Historia jednego studenta

Jak zapewne wiecie staram się być miłym człowiekiem, zwłaszcza gdy przychodzi do kontaktów ze studentami. Jednakże studenci, generalnie ludzie, to takie stworzenia które lubią sprawdzać na co mogą sobie pozwolić (tak ja to odbieram) i jeżeli da Im się palec to wezmą całą rękę.

Chyba pisałem już o tym studencie który podszedł do mnie w bibliotece i poprosił o pomoc w sprawdzeniu listu który miał wysłać do jakiejś uczelni za granicą. Zgodziłem się na poprawianie, a dostałem list tak przepełniony błędami że musiałbym pisać go od nowa co studentowi wyjaśniłem, a On od tamtej pory się już nie odezwał.

We wtorek podszedł do mnie student żeby zapytać się jak pracować by jak najwięcej wynieść z moich zajęć, no cóż, wiele to On się akurat na tych zajęciach dowiedzieć nie mógł bo są dla Niego po prostu za łatwe, co się zdarza, wyjaśniłem Mu to więc zapytał czy nie mógłby na przykład pisać wypracowań jak do egzaminu a ja bym Mu je sprawdzał na przerwie. Tego, no, nie za bardzo. Wyjaśniłem że jestem bardzo zajęty i usłyszałem:
– Ja też, codziennie spędzam dwie godziny na treningu w drużynie, a we wtorki i soboty to nawet mamy dwa treningi. A w ogóle to chyba ominąłem egzamin śród semestralny bo miałem trening. Co teraz mogę zrobić? Bo chcę wyjechać do USA na studia i muszę mieć bardzo wysoką średnią ocen.

Chyba ominąłem egzamin, a muszę mieć wysoką średnią. Te słowa zagotowały mi krew w żyłach. Opowiadasz tym ludziom na pierwszych zajęciach o tym żeby nie robili głupot, podajesz przykłady i wszyscy się śmieją, a potem i tak odwalą coś takiego. Jeszcze zrozumiałbym gdybym o tym egzaminie nie powiedział i był niezapowiedziany, albo gdyby był tylko w jednym tygodniu, ale mówiłem więc to naprawdę nie problem sobie zapisać, a w ostateczności przyjść na zajęcia z inną grupą. Ewentualnie zagadać do przewodniczącego klasy, poprosić o namiary do mnie i przedstawić sytuację. Tylko przedstawić ją szybko, a nie dwa tygodnie po fakcie. Przecież to niepoważne.

Chłopak trochę posmutniał gdy Mu to wyjaśniłem, ale jest z angielskiego bardzo dobry więc sobie poradzi i tę średnią podciągnie w następnym semestrze.

[Fotoblog]Maraton

show_large7

show_large6

show_large5

show_large4

show_large3

show_large2

show_large

Oficjalny czas to 4:20 z jakimiś groszami. Dało mi to 14. miejsce na 118. którzy ukończyli. Różnica między pierwszym a drugim zawodnikiem to kosmos, ponad pięćdziesiąt minut. Zupełnie inna liga. Dokulałem się 30 minut po drugim, więc nie tak najgorzej, ale ten pierwszy…no zupełnie inna liga, tak jak mówiłem.

[Wycinek z życia] Mama June w ciąży

O polityce jednego dziecka w Chinach chyba większość z nas słyszała. Zaczęto wprowadzać ją między 1978 a 1980 rokiem i dotknęła większości społeczeństwa. Wyjątkiem były tutaj mniejszości narodowe, które w ogóle nie podlegały tej polityce. O samej polityce, jej przyczynach i skutkach nie będę się tutaj rozpisywał, napiszę natomiast o jednej z historii które usłyszałem. Jednej, ale za to bardzo bliskiej.

Mamy przełom lat 1992 i 1993, June ma roczek, mama June jest w ciąży po raz drugi. Ojciec June zajmuje się naprawą radioodbiorników, a że wtedy massmedia były jeszcze ściślej kontrolowane przez państwo to jest formalnie zatrudniony przez lokalny urząd. Tylko i wyłącznie dlatego inspektorów niższego szczebla nie musieli się obawiać, ponieważ zawsze gdy miała być kontrola to Ich dom był omijany.
Tak, dobrze przeczytaliście – kontrola. Specjalni urzędnicy przychodzili do domów i sprawdzali czy kobieta jest w widocznej ciąży (nie mam pojęcia czy mieli testy ciążowe by sprawdzać te niewidoczne), a następnie jeżeli była to zabierano ją do kliniki aborcyjnej.
Problem pojawiał się gdy przychodziła kontrola z wyższego urzędu. No tak moi drodzy, to był temat traktowany bardzo poważnie więc i kontrole były kilku poziomowe.
Wyższy urząd już nie omijał domu June, tata jednak zawsze po znajomości usłyszał że kontrola będzie i mama miała czas żeby się schować u rodziny. Czy to pobiegła do swojej mamy, czy to do którejś z sióstr, zawsze miała się gdzie schować.

Tylko jeden raz nie miała. Jeden jedyny raz ojciec się nie dowiedział zawczasu i mama June ukryła się na strychu. Z zewnątrz dom wyglądał jakby strychu nie miał, ale jednak miał, nikt tam rzecz jasna nie mieszkał, chowali tam kukurydzę i tego dnia przez kilka godzin ukrywała się tam też mama June z roczną June.
Inspektorzy na szczęście wejście na strych nie znaleźli więc z wioski wyjechali z pustymi rękami.

Być może nawet by nie przyjechali gdyby ktoś nie wziął sobie polityki jednego dziecka bardziej do serca i nie zdecydował się na wypowiedzenie chińskiego odpowiednika uprzejmie donoszę.

Z tą kliniką aborcyjną trochę uprościłem, to jest temat na inną notkę, bo nie zawsze było tak że złapali to od razu aborcja.

Maraton

Numer siedem, pierwszy w pagórkach – zaliczony.

Ruszyłem szybko, ale jednak nie bardzo szybko. Zwolniłem gdy pojawiły się poważniejsze górki, a raczej jedna poważniejsza górka. Na trzynastym kilometrze zaczął się podbieg na 468 metrów. Podbieg to może i był, ale bardziej na początku, droga wiła się jak jakiś zakichany wąż i wkrótce zrobiło się z tego podejście. Skończyło się na dwudziestym kilometrze czyli całe to zakichane podejście miało 7 kilometrów. A potem zaczął się zbieg. Zbieg miał kilometrów sześć i tak mnie nogi niosły że zeszło mi na niego grubo ponad 30 minut. Grubo.
Potem jeszcze kilka kilometrów na płasko, lekkie podbiegi, ale te już przeplatałem z truchtem, dotarło do mnie że przesadziłem na początku i na tym zbiegu. To że jest 6 kilometrów z górki nie znaczy że należy pędzić. Inna sprawa, że przez te całe sześć kilometrów nie widziałem nikogo. Biegłem, biegłem i ani przede mną nie było nikogo, ani za mną nie było nikogo, to pędziłem ile mogłem. Dostałem za swoje, ale co tam, czasem można sobie zaszaleć. Do kolejnego maratonu mam jeszcze miesiąc. W każdym razie nagle się podbiegi skończyły i pojawiła się tama. Pierwszy raz w czasie zawodów musiałem schodzić ze schodów, a schodzić trzeba było powoli bo te schody strasznie strome i wąskie były.
36 kilometr to znowu podbieg na trzy kilometry, ale tego to już nikt nie biegł, wszyscy co najwyżej truchtali, a większość szła i od groma ludzi mnie tutaj wyprzedziło. Szło mi się tam strasznie ciężko, w pewnym momencie uda mi nie wytrzymały i musiałem się zatrzymać żeby je rozmasować, im mocniej je naciskałem tym lepiej się czułem i w końcu udało się je uruchomić na nowo. Ruszyłem przed siebie i nagle pojawił się zbieg, zbieg na trzy kilometry. Tyle tylko że już na samym początku poczułem że coś jest nie tak. Chwyciły mnie skurcze. A mnie nigdy skurcze nie chwytają. W dodatku w łydkach. Mam na nogach opaski uciskowe, żele jem z solą, do wszystkich napojów dosypałem sól i specjalne ustrojstwo uzupełniające elektrolity i łapią mnie w łydkach skurcze.
I to jakie.
Nie byłem w stanie iść, o biegu nie wspominając. Próbowałem łydki rozciągać, ale to wywoływało jeszcze większy ból, tyle tylko że czułem że to jest dobry ból, więc po ponownie parę minut straciłem, ale przynajmniej odzyskałem władzę nad łydkami. Do końca już biegłem i muszę powiedzieć że jestem bardzo zadowolony. Pierwszy maraton, powiedzmy że przełajowy bardziej niż górski, zaliczony i to na obcej ziemi.

Dzisiaj byłem już biegać, po kilometrze chwyciła mnie kolka, więcej szedłem niż biegłem, ale przetruchtałem piątkę i trochę się podłamałem, bo po sierpniowym maratonie czułem się znacznie lepiej, a teraz tak mi słabo poszło. Jednak po napisaniu tej notki jest mi już trochę lepiej, w końcu biegam dla zabawy, a nie dla jakichś tam wyników.

Na razie koniec

Z historiami rzecz jasna. Nie wiem czy się podobają czy nie, ale na razie ich wystarczy.

Dzisiaj zrobiło się naprawdę chłodno, do tego stopnia że mi wręcz było zimno w czasie porannego biegu. A to się jeszcze nie zdarzyło. Wygląda na to że trzeba będzie ubrać coś z długim rękawem w poniedziałek (albo wtorek, zależnie od tego kiedy wrócę do siebie po niedzielnym maratonie).

Niedzielny maraton…aż sam w to nie mogę uwierzyć do końca. Pojawiła się myśl nagle, tego samego dnia się zapisałem i już. To mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło w przypadku takiego biegu. Jestem jednak dobrej myśli bo trochę tych kilometrów w tym roku wybiegałem, znaczną część nawet w ciągu ostatnich trzech miesięcy, więc może nie będzie super szybko, ale ukończyć ukończę. Trochę pewnie mnie uda będą boleć, w końcu tyle pagórków będzie że szkoda gadać, ale powinno być dobrze.

A skoro już mówię o bieganiu to przypomina mi się środa kiedy to rozmawiałem z jednym ze studentów i powiedział że wystartuje w maratonie w styczniu. Od razu się ucieszyłem i zapytałem jaki ma plan, a On odrzekł że biega po pięć kilometrów dziennie, w tym tygodniu pobiegnie dziesięć w niedzielę, za dwa piętnaście, za trzy dwadzieścia jeden, a za cztery trzydzieści. Ambitnie to może nie, bardziej szaleńczo, ale kto wie, zapytałem więc od jak dawna biega. Od tygodnia. Znaczy zaczął biegać w zeszłym tygodniu i chce przebiec maraton w styczniu.
Nie chcę używać tutaj słowa głupota bo ten młody człowiek sprawia wrażenie całkiem inteligentnego, ale On chyba nie ma zielonego pojęcia o tym czym jest maraton. Ja nie mówię że tego się nie da zrobić, bo wszystko się da, ale od zera do maratonu w 7 tygodni…no ciężko. To będzie krew, pot i łzy, ale najmniej potu.

Ja swój pierwszy przebiegłem (haha, bardziej pokonałem), niech no to policzę, dwa tygodnie w maju (9 biegów), cztery tygodnie w czerwcu (10 biegów), trzy tygodnie w czerwcu (7 biegów), cztery tygodnie w sierpniu (11 biegów), 3 tygodnie we wrześniu (11 biegów), w lutym 4 tygodnie (12 biegów), cztery w marcu (biegów 13), cztery w kwietniu (11 biegów), cztery w maju (13 biegów) i 2 tygodnie w czerwcu (8 biegów), czyli razem 34 tygodnie rozbite 16 tygodniami przerwy i 105 treningów biegowych. Czyli nie tak mało jak myślałem, wystarczyło by uporać się z maratonem w mniej niż pięć godzin, ale nie polecam tego nikomu. Pewnie można zrobić jeszcze mniej za pierwszym razem i też ten dystans pokonać, ale…no cóż, nie sztuką jest maraton pokonać, sztuką jest się do niego przygotować.

[Wycinek z życia]Historia Zhen

Tym razem jest to historia sąsiadki June. Została sąsiadką po ślubie. Chodziła z June do przedszkola, ale pochodziła z innej wioski. A nazywa się Zhen (powiedzmy że dżen).

Gdy jednego dnia June wróciła do domu z koledżu zobaczyła Zhen na ulicy. Idąc wlokła za sobą lewą nogę, przybrała strasznie na wadze, a twarz bardziej przypominała twarz osoby opóźnionej w rozwoju. June zapytała się kuzynki co się stało i okazało się że miała męża, ale takiego chińskiego męża, czyli bez ślubu, jedynie z imprezą, mieli dziecko.

Przydarzył się Jej wypadek, potrącił Ją samochód. Wylądowała w szpitalu i było wiadomo że będzie z Nią źle, że zapewne nie wróci do pełni zdrowia. Rodzina męża uznała że nie ma się co zajmować tą córką. Mąż oporów nie miał, zostawił żonę, zabrał dziecko (syna, bo córkę to by pewnie zostawili) i uciekł. Nie mieli ślubu, więc żadnych prawnych obowiązków wobec siebie nie mieli, nikt nie mógł go zmusić do pomocy.

Zhen zaopiekowali się Jej właśni rodzice.

Teraz Zhen znalazła sobie męża, a raczej mąż znalazł Zhen. Nie z miłości, a z obowiązku, w końcu Zhen może mieć jeszcze dzieci, a mąż był starym kawalerem. Starym kawalerem bo jest gruby (i nie ma w tym ani krztyny przesady bo Go widziałem) i podobno niezbyt skory do pracy. Ślub oczywiście w stylu chińskim, czyli bez żadnych obowiązków prawnych.

Teściowa Zhen nie lubi. Zabrania Jej wychodzić z domu. I to poprzednie zdanie powinno Wam wyjaśnić dlaczego Jej nie lubi. Zdarzyło się jednak że Zhen z domu wyszła i upadła na twarz raniąc ją sobie. Nawet mama June radziła Jej co zrobić by ukryć tę ranę. Nie pomogło bo ludzie lubią plotkować i Zhen musiała kajać się przed teściową mówiąc mamo, wiem że chcesz dla mnie najlepiej, boisz się że się przewrócę i zrobię sobie krzywdę, dlatego nie chcesz żebym wychodziła z domu, przepraszam.

[Wycinek z życia]Historia Gao

Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć historię jednej z współpracownic June. Dla przypomnienia: June pracowała przez rok w przedszkolu, które przedszkolem być nie powinno a jedynie czymś w rodzaju miejsca w którym dzieci się znajdują gdy rodzice są w pracy. Jednak skoro to Chiny to rodzic wymaga by dziecko się czegoś uczyło, dlatego też June uczyła.

Uczyła przez blisko rok i miała przez ten czas kilka współpracownic. Jedna z nich nazywała się Gao. Takie przynajmniej było jedno z Jej imion, wymawia się to gał (tak żeby się lepiej czytało), była Ona asystentką June w klasie. Czyli June uczyła a Gao miała sprzątać, zmywać naczynia, nadzorować dzieciaki by te nie szalały, czyli trzymać dyscyplinę, oraz pomagać w prostych sprawach. W końcu to June była nauczycielką.

Gao była o parę lat młodsza od June, ale miała już córeczkę. Mąż był, ale nie było bo…cóż, w Chinach często małżeństwa zawierane są mniej formalnie. Tak na zasadzie, zrobimy przyjęcie, powiemy wszystkim że jesteśmy razem, ale do urzędu nie pójdziemy. Z pewnością ma to jakieś profity, a wady jakie są to nietrudno się domyślić. W każdym razie mąż był, poznali się gdy Gao skończyła odpowiednik gimnazjum, wtedy też Gao zaszła w ciążę. Mąż lubił potraktować Gao rurką, Jego matka Gao nie lubiła i ta strona w ogóle się córeczką nie zajmowała.

Za to rodzice z którymi Gao zostawiała córeczkę od czasu do czasu na parę godzin gdy szła się gdzieś zabawić. Nie wiem czy zabawić to odpowiednie słowo, bo nie przychodziła do pracy na kacu, nie paliła, ale w Chinach uwielbiają słowo wan er które tłumaczą jako zabawa. Raczej chodziła na randki, czy po ludzku poszwędać się ze znajomymi.

Raz czy dwa nawet June poszła z Gao i Jej córką do sklepu czy do restauracji coś zjeść. W końcu pracowały razem, chociaż June rzadko kiedy była zadowolona z tego jak Gao sprząta.

Minęły dwa miesiące drugiego semestru i nagle Gao przestała na zajęcia przychodzić. Po paru dniach wyjaśniło się dlaczego. Zostawiła córkę rodzicom, a sama ruszyła gdzieś z innym Panem którego poznała i który stwierdził że chce być z Gao, ale bez córki. June mówiła że nagrała do tego wiadomość w której mówiła jak ciężko jest Jej się rozstać z córką, ale uważa że zasługuje Ona, córka w sensie, na lepsze życie niż te które może Jej dać.

I tak Yao Yao zostawiła matka.

Został ojciec do którego dowodu wpisana jest córka i według prawa powinna być pod Jego opieką, ale On się nigdy córką nie zajmował. Na szczęście dla córki zaopiekowali się Nią rodzice Gao.

W końcu Gao wróciła. Mieszkają, a przynajmniej mieszkali, z mężem i Yao Yao.

Niespodzianka

Miałem w Jiawang jednego takiego ucznia który mnie trochę drażnił. Może nie tyle On sam w sobie co Jego podejście do angielskiego. Było stanowczo zbyt olewackie jak na mój gust. Generalnie to cała ta klasa miała w drugim semestrze podejście olewackie. Lidia tłumaczyła że to z powodu ich nauczycielki angielskiego której za bardzo nie lubią bo nie potrafi Im niczego wytłumaczyć i Oni z tego angielskiego nic nie rozumieją więc spędzę z Nimi trochę czasu i Im pomogę, co jak doskonale wiemy nie wydarzyło się nigdy.
Pod koniec nasze relacje trochę się ociepliły, zwłaszcza po tych zajęciach z gramatyki z których nic nie zrozumieli, ale widać było że się starają docenić moje nieudolne próby wyjaśnienia zawiłości angielskiej gramatyki.
Gdzieś tak wtedy dotarło do mnie, od Lidii, że ten uczeń jest przewodniczącym klasy, świetnie sobie radzi z matematyką i generalnie to jest jednym z najlepszych uczniów w tej klasie. Zaskoczyło mnie to wtedy okropnie bo sądziłem że takie olewackie podejście do angielskiego obecne jest także na innych zajęciach. A nie było. Dla Niego mój przedmiot to była po prostu strata czasu który mógłby poświęcić na naukę matematyki. Dotarło to do mnie trochę za późno.

W każdym razie napisał do mnie niedawno mówiąc spójrz na zdjęcie, to ja, no to oczywiście Go poznałem, fryzury przez te trzy lata nie zmienił. W Chinach chyba tak jest że jak ktoś decyduje się na fryzurę w pewnym wieku to zostaje z nią do końca. Dlatego też tylu ludzi ma te sześcianowe fryzury. Porozmawialiśmy chwilę i okazuje się że jest w Suzhou, przepięknym mieście, studiuje, ale nie tam gdzie chciał bo zawalił chiński i matematykę na gaokao. Zawalił w sensie nie zdobył tylu punktów ile by chciał. Teraz kiepsko Mu idzie z angielskim, ale zaciśnie zęby i da radę bo zbliżają się wakacje i trzeba się dobrze zaprezentować (Jego słowa).

Naprawdę mnie to poruszyło bo myślałem że kto jak kto ale On to się ze mną nie skontaktuje, bo i po co. A jednak. Kurczę, fajnie tak. Bardzo miło na sercu.

Zdjęcia

Wczoraj wrzuciłem zdjęcia z zeszłego tygodnia co normalnie robię co dwa tygodnie, ale że w najbliższą niedzielę biegnę ten maraton pagórkowaty to raczej nie będę miał głowy do wrzucania zdjęć. Właściwie to mógłbym je wrzucić w sobotę, a najlepiej to by było gdybym wrzucał je codziennie, ale uznałem że skoro robię ich obecnie tak mało (już rok temu było słabo, ale teraz to już naprawdę jest okropnie wręcz kiepsko pod tym względem) to lepiej wrzucać je w momencie gdy trochę się ich uzbiera. Dlatego czasem musicie na nie trochę poczekać.

Za to dodałem do nich podpisy bo domyślam się że niektóre zdjęcia jedzenia wyglądają ciekawie i aż ciekawość niektórych zżera by dowiedzieć się co to jest, lub ważniejsze jak to się robi, problem z jak to się robi może kiedyś rozwiążemy, ale nie wiem kiedy i czy w ogóle.

W każdym razie zdjęcia są, do tego podpisy i jak wywnioskować możecie beninkaza szorstka robi furorę. Absolutnie bez smaku, ten owoc nie ma nic, trochę węglowodanów i tyle. Wspaniałe jedzenie które stosowane jest jako warzywo i doskonale spełnia się jako typowy zapychacz żołądka. Zrobić z tym gęstą zupę i tylko jeść.

Na zupy to jest jednak zdecydowanie za ciepło. Prognozy pogody zapowiadały spadek temperatury i nawet deszcze w piątek, ale już tego nie zapowiadają (w końcu to długoterminowe, a one to praktycznie nigdy się nie sprawdzają), temperatura zamiast w okolicach 20 stopni ma oscylować w okolicach 25 stopni, czyli niby chłodniej, ale jak przygrzeje słońce to się pewnie i 30 zrobi. Nie ma opcji żeby się nie spocić.

Chociaż dzisiaj biegając z rana widziałem parę osób w kurtkach. Kurtkach. Ja nie żartuję. Gdy blisko półtora tysiąca lat temu północ z południem połączyły się ponownie Ci z północy uważali że Ci z południa są słabi i w ogóle nie przygotowani do życia, rozpieszczeni tym dobrobytem, wszechobecnym jedzeniem i przyjaznym środowiskiem. Ci z południa uważali z kolei że Ci z północy są chamscy, brutalni, głośni i wulgarni. Półtorej tysiąca lat później i dalej widać dlaczego Chińczycy z północy mieli takie a nie inne zdanie o swoich pobratymcach z południa.

[FOTO]Niedziela

P1220348

Beninkaza szorstka na ostro

 

P1220421

Ziemniaki

P1220419

Wieprzowina w sosie słodko kwaśnym

P1220416

Kulki o smaku rzodkiewki i dyni (bez smaku praktycznie)

P1220407

Beninkaza szorstka na ostro (ona absolutnie nie ma żadnego smaku, a przez to można z nią robić naprawdę świetne rzeczy)

 

P1220405

Tofu z pomidorami i papryką

P1220404

Słodkie, ale nie mam pojęcia co…

P1220398 P1220397

Beninkaza szorstka tym razem nie na ostro

P1220390

U góry – bakłażan z pomidorami i papryką, na dole tofu na ostro

P1220372

Tofu w sosie pomidorowym

P1220362

Suszone tofu na ostro

P1220349

Świeże tofu na ostro

P1220401

P1220357

P1220386