Kulturowy piątek

Czyli spojrzenie na najpopularniejsze frazy w języku chińskim w roku 2015.

Numerem jeden było dla mnie 世界呢么大,我想去看看, czyli Świat jest tak olbrzymi, chcę go zobaczyć. To nie byle jakie stwierdzenie, ba nie byle jakie zdanie, to oficjalna rezygnacja złożona przez nauczyciela w szkole średniej. Zdanie odbiło się takich echem w Chinach, że było ciągle powtarzane przez moich studentów na zajęciach.
10 znaków a jaka moc!

你们城里人真会玩, czyli Wy ludzie z wielkiego miasta naprawdę wiecie jak się bawić. Przy okazji kręcenia filmu, ktoś postanowił podszyć się pod jednego z aktorów a zrobił to tak sprytnie że media Go nie rozpoznały i zaczęły przeprowadzać wywiady i publikować zdjęcia. Po chwili oczywiście internauci zorientowali się o co chodzi i tak oto fraza zyskała na popularności.

duang, po prostu duang. Odgłos jaki wywoływały włosy Jackiego Chana w jednej z reklam szamponów. Słówko nie oznacza absolutnie nic, ale przez kilka tygodni było wszędzie, na każdej jednej możliwej reklamie czegokolwiek. Wszystko było duang, moda na to jednak szybko odeszła. Chociaż tak między Bogiem a prawdą, to nawet teraz wpisując duang pojawiły mi się dwie ikonki z Jackim Chanem mówiącym duang, więc chociaż moda odeszła to jednak słówko gdzieś tam się zakorzeniło, chociaż tak po prawdzie jest absolutnie bzdurne i zupełnie do życia niepotrzebne.

Tak na to patrzę to widzę że wygląda to o wiele lepiej niż panujące w 2014 no zuo no die, czyli nie spróbujesz to nie zginiesz, taki nowoczesny, chiński odpowiednik carpe diem i 你行你上,不行不逼逼, czyli jeżeli możesz coś zrobić to zrób to, a jeżeli nie możesz to nie narzekaj. To pierwsze to chyba w ogóle była jakaś opózniona chińska reakcja na amerykańskie YOLO (You Only Live Once, czyli właśnie carpe diem, które podbijało amerykański internet).

Nie wiedziałem

Taką odpowiedź uzyskałem dzisiaj od studenta na pytanie czemu nie było Cię na egzaminie w środku semestru? Także tego, nieźle, zwłaszcza że chłopak przyszedł na dwa zajęcia z sześciu. Rozumiem że trzeba być wyrozumiałym dla tych najstarszych studentów, w końcu praktyki i tak dalej, ale znajomość angielskiego kulała i to mocno. Naprawdę nie wiem dlaczego Oni byli/są zmuszani do uczęszczania na zajęcia ze studentami z grupy A skoro ewidentnie odstają.

Podobno całe klasy muszą na te zajęcia uczęszczać, ale kurczę…to trochę wbrew logice. Jak Oni mają równać do najlepszych, skoro to nie jest różnica jednego poziomu, a wręcz trzech jak na moje oko. Jedni nie mają problemów z opowiadaniem o swoim życiu, poglądach, filozofii, a drudzy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie o hobby. Nie jest to coś złego, w żadnym wypadku, ale zmuszanie kogoś takiego do uczęszczania na zajęcia za trudne do niczego dobrego nie doprowadzi, no nie ma na to najmniejszej opcji.

Drugi dzień egzaminów zaliczony, dzisiaj miałem nawet kilku studentów z fizyki stosowanej. W tym jednego którego rodzice wysłali na ten kierunek bo uznali że dzięki niemu znajdzie dobrą pracę, a On chociaż wolał studiować angielski to posłuchał rodziców. I jeszcze bym zrozumiał gdyby rodzice byli fizykami, ale nie, Oni najzwyczajniej w świecie uznali że to dobry wybór pod kątem pracy. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Chociaż w sumie, jak się jest naprawdę dobrym w czymś to praca Cię zawsze znajdzie.

Im więcej z tymi studentami rozmawiam tym bardziej doceniam to jak wiele swobody w wyborze studiów dali mi rodzice, przecież gdybym ja miał studiować fizykę to bym zwariował. Ja już na studiowanych z konieczności finansach byłem strasznie niezadowolony. Zresztą co ja innego miałbym studiować. Z angielskim wyszło prześwietnie, nie wiem czy z jakimkolwiek innym kierunkiem wyszłoby tak dobrze, także ja absolutnie na moje studia nie mogę, i nie będę, narzekać. A rodzicom jestem wdzięczny coraz bardziej z dnia na dzień.

Egzaminy

Pamiętam jak to się rok temu na egzaminach denerwowałem. W tym semestrze, jak na razie, nie denerwuję się w ogóle. Dzisiaj wszystko poszło bardzo przyjemnie, bez żadnych problemów, nikt się o nic nie wykłóca, wszyscy zaliczają na bardzo wysokich ocenach. Słowem – sielanka.

Jedna tylko dziewczyna poprosiła o drugą szansę, ale oprócz Niej, wszyscy są zadowoleni, a to jest bardzo ważne. Problemy zaczną się jutro, a jeszcze większe będą z pierwszym rokiem. Zaczną się bo tam jest parę studentów którzy na egzamin w środku semestru nie przyszli. Zobaczymy, zobaczymy. Jak na razie to mam kilka fajnych wymówek zapomniałem o egzaminie, nikt mi nie powiedział, musimy odbyć praktyki, zobaczymy co mi tam jeszcze studenci wymyślą.

Chociaż naprawdę jestem zadowolony, parę osób odstaje poziomem, w górę, parę odstaje poziomem w dół, ale tak ogólnie rzecz biorąc to każde z Nich na podany temat potrafiło się wypowiedzieć i ładnie zaprezentować. Bardzo to doceniam, bo widać że tych kilkanaście lat nauki nie poszło w las.

Szkoda trochę że był to koniec naszych zajęć i już więcej się nie spotkamy. Może parę osób spotkam kiedyś na English corner ale większości już raczej nie zobaczę. A szkoda bo niektórzy mają naprawdę dobrze poukładane w głowach.

To co jest trochę przygnębiające, bo zawsze się coś takiego znajdzie, to ogrom studentów którzy studiują nie to co chcą, nie tam gdzie chcą bo zabrakło Im punktów. Gro studentów jest na moim uniwersytecie bo koniecznie chcieli do tego miasta, ale zabrakło punktów by dostać się na Xiamen University czyli ten najbardziej prestiżowy uniwersytet w mieście. No i wylądowali tutaj. Jeszcze na kierunku który Im nie szczególnie pasuje, ale teraz pozostaje Im te kilka lat przetrzymać. Najbardziej smucą mnie historie ludzi chcących robić coś zupełnie innego, ale studiujących z powodu nacisków rodziny. Żal mi tych młodych ludzi strasznie, ale Oni mimo wszystko się uśmiechają i brną w te studia których wcale nie chcieli, nie lubią, ale które skończyć muszą bo tak.

Polska efektywność

Dojechaliśmy do tego Kantonu gdzie odebrał nas znajomy June. Trochę z samego rana pochodziliśmy po ciemnych ulicach, bo słońce wstaje tam jeszcze później niż w Xiamen, ale to w końcu nic nadzwyczajnego biorąc pod uwagę gdzie to miasto się znajduje.

Na śniadanie zjedliśmy dim sum, czyli takie tradycyjne kantońskie śniadanie, ale zdjęć nie dostaniecie bo akurat wtedy aparat postanowił odmówić mi posłuszeństwa i zdjęcia są zrobione komórką (czyli dostaniecie pod koniec roku akademickiego). Śniadanie było dość dziwne. Bo o ile mięso na śniadanie jakoś mnie nie rusza, w końcu wędlina, czy parówki to w Polsce norma, o tyle jedzenie mięsa z ciasteczkami, lub wręcz ciastka z mięsem w środku było dla mnie dość dziwne. W żadnym wypadku nie było to niesmaczne, jedynie połączenie tych dwóch rzeczy dało taki dość dziwny efekt.

Dotarliśmy w końcu do konsulatu. Przed konsulatem nikt nie czekał, czego jeszcze nie widziałem. No żeby nikt nie czekał? Nikt się o wizę nie ubiega? Co to za wybryki. Weszliśmy do środka i okazało się że wszystkie dokumenty są już przygotowane, trzeba tylko pokserować dokumenty od nas, wpisać daty i zapłacić. Zajęło to wszystko 30 minut. June powiedziała że jest pod wrażeniem tego jak efektywnie działają Polskie urzędy. Ja z podziwu do teraz wyjść nie mogę.

Jakby tak wszystko w Polsce działało to chyba więcej ludzi by w tym kraju zostawało. Ja do teraz nie mogę wyjść z podziwu.

Teraz mamy już ostatni dokument potrzebny do wzięcia ślubu, potem pozostanie jeszcze tylko milion innych dokumentów by umiejscowić ślub w Polsce, ale tym to będziemy się martwić pod koniec lutego, czyli już po odwiedzinach w Chińskim urzędzie stanu cywilnego.

Ach, kamera wróciła do życia w Xiamen, ale skoro zdjęcia wrzucam i tak raz na dwa tygodnie to wielkiej różnicy Wam to nie robi. Gdyby tylko instagram nie był w Chinach zablokowany (niech by szlag trafił tych buntowników z Hong Kongu!) to mielibyście zdjęcia w miarę na bieżąco, a tak…musicie czekać.

Piątek

Pogoda przewspaniała, słonecznie, nie za ciepło, ani grama chmurki na niebie, wręcz wymarzona pogoda do biegania z samego rana.

Jedną z większych zalet biegania biegów długich jest to że można przyzwoicie poznać okolicę. Bo jak człowiek biega te osiem kilometrów to co tam tak naprawdę zobaczy, a i trasy się szybko powtarzają. A jak biega te dwadzieścia z hakiem to nie dość że lepiej poznaje tereny to jeszcze wykreśla nowe trasy, a nie ma wielu przyjemniejszych rzeczy od odkrywania nowych tras. Zwłaszcza gdy okazują się być spokojne, lub zawierają jakiś element motywujący pokroju górki, czy wręcz góry.

Wiadomo że najlepszy do takich rzeczy byłby rower, ale gdy się nie ma takiego pod ręką to i dobre buty wystarczą. Czasem kiepskie też, tylko potem często coś boli.

A piszę o tym bo jutro czeka mnie dwadzieścia osiem kilometrów. Jest to dla mnie o tyle ciekawe doświadczenie, że takiego dystansu nie pokonałem od dwóch tygodni, tak poważniej to od sierpnia, a tak zupełnie poważnie gdy mówimy jedynie o treningach to od…maja zeszłego roku, czyli strasznie długo. W tym roku wszystko kończyło się na dwudziestu sześciu kilometrach. Nie twierdzę że te dwa kilometry więcej coś zmienią, ale fajnie będzie taki dystans potrenować, zwłaszcza że w następną sobotę przyjdzie mi go pobiec ponownie. Pogoda powinna dopisać, czyli tym razem nie będzie za ciepło, prowiant przygotowany, pozostaje jeszcze znaleźć trasę. Pomysł jest, kwestia tego jak to wyjdzie jutro.

Jest taka jedna trasa która prowadzi obok szkoły. Szkoła jak szkoła, po drugiej stronie budynki, sklepy, nic ciekawego. Pozornie nic ciekawego, bo gdy przychodzi pora przyjścia do szkoły uczniowie przychodzą do niej idąc specjalną kładką prowadzącą prosto z akademików na teren kampusu. Nie mieli pieniędzy by wybudować akademiki na terenie szkoły więc wybudowali je po drugiej stronie ulicy i postawili kładkę nad drogą, do której dostęp mają tylko uczniowie. Zrobiło to na mnie niemałe wrażenie.

O albo parę tygodni temu inny biegacz uciekał przed psem. Dużym psem który ani trochę nie był agresywny, ale który ewidentnie chciał się bawić i wręcz wydawał się smutny że nikt się z nim bawić nie chce. Prawdę mówiąc to sam zacząłem uciekać bo chociaż pies wydaje się miły to lepiej mieć się tutaj na baczności.

Użeranie się

Nie mam pojęcia czy już się skończyłem użerać, ale wszystko wskazuje na to że tak. Przyznaję się do błędu już na wstępie – za szybko przygotowałem egzamin. Po tym jak okazało się że musimy przygotować tylko dwie wersje, zamiast po dwóch na każdego nauczyciela (co łącznie dałoby sześć wersji dla pierwszego roku i czterech dla roku drugiego) okazało się że jednak z moim egzaminem coś jest nie tak. Nie chciałem zgodzić się na jedną poprawkę bo dotyczyła umieszczenia ćwiczenia którego nie ćwiczyliśmy i przez to czułem że byłoby to niesprawiedliwe wobec studentów. Wysłałem propozycję innego ćwiczenia, ale i tak zostałem poproszony na rozmowę. Na rozmowie okazało się że Pani maila nie sprawdziła i moja propozycja jest jak najbardziej do przyjęcia, także straciłem 20 minut, więc nie tak źle.

Naniesienie tych poprawek to pikuś, raptem parę minut. Gorzej było z dogrywaniem informacji do nagrań. To zajęło mi już parę godzin, ale koniec końców i z tym dałem radę dzisiaj. A czy dobrze? No mam nadzieję że dowiem się jeszcze dzisiaj i będę mógł podesłać resztę plików. W końcu egzaminy już za miesiąc.

W poniedziałek jedziemy z June do Kantonu, lub jak to się ładnie po chińsku pisze – Guangzhou 广州 celem odwiedzenia polskiego konsulatu i uzyskania ostatniego dokumenty potrzebnego do wejścia w stan małżeński. Przynajmniej w Chinach. Potem pewnie czekają nas jeszcze jakieś inne zabawy, żeby dokumenty został zalegalizowany w Polsce, ale tym to się będziemy martwić potem, na razie – do Kantonu i tyle.

Próbujemy tez kupić bilety by wrócić na święto wiosny do domu June, ale naprawdę próba przejazdu ze wschodu na zachód jest niezwykle, niezwykle utrudniona z powodu milionów ludzi wyruszających dokładnie w taką samą podróż. Biletów nie ma, kupić nie można. Znaczy można, tylko że kosztują dużo drożej bo kupuje się je do ostatniej stacji zamiast do stacji docelowej. Pięknie. W ostateczności spędzimy kilkanaście godzin na stojąco, chyba że uda nam się gdzieś przycupnąć.

Oczywiście rano nie padało. Dzień był dzisiaj przepiękny, a wschód słońca wręcz zapierał dech.

Wczoraj notki znowu nie było

Tym razem ponieważ June była w szpitalu na badaniach, a że potem była pod narkozą, to lepiej było Jej samej nie zostawiać na dłużej i jakoś tak wyszło że niczego nie napisałem.
Badania wyszły dobrze, w sensie niczego nie wykazały, więc nie ma się co martwić.

Sprawę w banku załatwiłem, trwało to raptem 50 minut, z których 40 to było czekanie aż ktoś mnie obsłuży, bo popsuł się komputer i z trzech okienek zrobiło się jedno, przy którym jeszcze przy wyjściu siedziała ta sama dziewczyna. Przypuszczam że przyszła w porze lunchu i tak siedziała tam trzy godziny z hakiem.

Pada, to chyba największa zmiana od czasu ostatniej notki. Z jednej strony jest to informacja dobra, bo w końcu Xiamen przypomina mi dom, oto taka typowa Polska jesień, chłodno, pochmurno, wieje i jeszcze pada. A z drugiej strony jest to informacja jeszcze lepsza bo w końcu będę mieć okazję przetestować moją nową kurtkę przeciwdeszczową (o ile nie przestanie padać jutro rano). Czyli są dwie dobre strony, to taki żart bo rok temu moi studenci uwielbiali mówić z jednej strony A, a z drugiej strony A, czyli nauczono Ich ładnego zwrotu, ale już nie nauczono jak z niego korzystać.

Co tam jeszcze, ach…pamiętacie tego studenta który powiedział że chyba zapomniał o egzaminie? Teraz powiedział że nikt Mu o egzaminie nie powiedział i dlatego nie przyszedł. Myślę że imienne zaproszenia to dobry pomysł na kolejny semestr. Kolejne wymówki brzmiały ja nie chcę trenować, ale muszę bo robię to dla szkoły, ale niestety zwolnienia z zajęć od prowadzącego zajęcia z WFu nie przyniósł. Może przygotuje na następne zajęcia.

Do tego muszę użerać się z Chińskimi nauczycielami w sprawie egzaminu, ale o tym będę pisać jutro bo to jest zbyt długa i zbyt męcząca dla mnie historia na dzisiaj.

Zakończę pozytywnym akcentem: pracownicy konsulatu w Kantonie są wspaniali i niezwykle pomocni. Dziękuję, dobranoc.

Pozytywne strony biegania

Zapomniałem karty bankomatowej. Moja wina. W Chinach większość bankomatów jest na tyle dobrze pomyślana że jeżeli po minucie nikt karty nie weźmie to on ją sobie zje. Ot tak, na przechowanie.

Zdałem sobie sprawę z zagubionej karty w domu. June od razu zadzwoniła do banku i kartę zablokowała, na pięć dni bo założyła że ktoś ją w banku znalazł, lub zjadł ją bankomat.

Pięć dni to niewiele, ale skoro przed paroma godzinami byliśmy w tym bankomacie to od razu do niego pobiegłem. Tak szybko do szkoły jeszcze nie dobiegłem. Okazuje się że mogę z mojego mieszkania dostać się na drugi koniec kampusu w dziewięć minut, łącznie ze zjechaniem windą na parter. I to w jeansach. Czyli takie bieganie to jednak jest korzystne.

Chociaż na studiach to rzadko biegłem na autobus czy tramwaj, wychodziłem z założenia że zawsze będzie następny, no i z reguły nadjeżdżał następny, ale też nie zawsze, bo jednak z komunikacją miejską człowiek nigdy nie może być niczego pewny. Czasem z tego powodu na zajęcia docierałem spóźniony, bo nie zdarzyło mi się nie dotrzeć. Pewnie gdybym wyznawał inną filozofię to nigdy na zajęcia bym się nie spóźnił, ale gdzie byłby ten cały fun.

Jutro karta będzie do odbioru, a skoro już się dokulam do banku to aktywuję sobie to pierońskie konto internetowe, bo czas już najwyższy. Dobrze że bank jest na kampusie, nie dobrze że pewnie w momencie kiedy ja będę chciał coś załatwić to samo będzie chciało zrobić ze stu studentów, jak to mają w zwyczaju. A może będzie Ich tylko pięćdziesięciu i wszystko poleci raz dwa? Trzeba mieć nadzieję że tak, zresztą i tak zakładam że zejdzie mi na to pół popołudnia.

To trzeba Polakiem się wychować żeby narzekać na to że trzeba w ogonku odstać, a nie cieszyć się że karcie nic nie ma i żadne pieniądze z konta nie zniknęły.

Koniec raz jeszcz

Dzisiaj skończyły się egzaminy śródsemestralne. Za dwa tygodnie kończy się semestr, a ja tutaj dopiero te egzaminy kończę, no bomba. Wszystko to z powodu tego dnia sportu i przeraźliwie długiej przerwy w październiku. Ten tydzień wolnego to niby fajna sprawa, ale też tak niesamowicie irytująco rozwala program zajęć, że szkoda gadać.

Pogoda się nam znowu ochłodziła, rano musiałem ubrać długi rękaw idąc biegać, a jutro chyba nawet dorzucę drugą warstwą. Kto by się tego spodziewał w grudniu? Był to też pierwszy bieg dłuższy w czasie którego nic nie piłem. Niesamowite.

Jutro znowu nie będziemy mieć wody, znowu bo już nie mieliśmy przez cały wtorek i ¾ środy. Nie polecam. Naprawdę nie polecam.

Bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie dzisiaj studenci z pierwszego roku, naprawdę bardzo dobrze się przygotowali, Ich wystąpienia były dobrze wykonane, widać że sporo nad nimi pracowali, trochę przeszkadza mi fakt ze nauczyli się ich na pamięć, ale oprócz tej jednej, jedynej, maleńkiej rysy wszystko inne były po prostu świetne. I słownictwo, i gramatyka i nawet wymowa. A do tego, co było dla mnie bardzo ważne, były to wystąpienia długie.

Jutro będę udzielał dwóch wywiadów związanych z moją pracą. Pierwszaki mają przedmiot który obrazowo nazwiemy planowaniem kariery i jednym z Ich zadań jest przeprowadzenie wywiadu z kimś kogo praca Ich inspiruje. No i dwie grupy wybrały mnie. Będzie to bardzo ciekawe doświadczenie dla mnie i staram się tym za bardzo nie przejmować, ale takie rzeczy generalnie mnie stresują trochę. Rozmowy kwalifikacyjne to nie jest jakiś wielki problem dla mnie, ale takie opowiadanie o sobie mnie zawsze stresuje. Ludzie się na Ciebie, oczekują czegoś, a Ty zamiast prowadzić z Nimi rozmowę, mówisz i mówisz. Chyba więc zamiast trzymać się sztywno formuły pytanie – odpowiedź zrobię coś mniej stresującego i pomagającego mi w skupieniu się na odpowiedziach, czyli dialogu. One zawsze są przyjemniejsze i mniej stresogenne.