Wtorek

Niektóre klasy miałem w tym roku takie średnie. Konkretniej były to klasy które najpierw przeszły przez trzyletni junior college, czyli takie cudo w którym uczyłem w Changchun, a potem poszli się doszkalać na czymś co nazwę licencjackimi studiami uzupełniającymi.

Jak więc nietrudno się domyślić z jednej strony nie są to studenci wybitni bo było nie było zawalili gaokao i poszli do tego junior college’u, a z drugiej strony są bardziej zmotywowani bo są na tych studiach uzupełniających. W dodatku widać że pochodzą z rodzin z ponad przeciętnymi dochodami.

W każdym razie obie klasy były super gdy robiliśmy proste rzeczy, za to gdy zaczęliśmy robić trudniejsze to było już dla Nich trochę za trudno, ale dalej się starali. Czyli generalnie byłem z Nich zadowolony. Po Changchun to jestem zadowolony gdy studenci w ogóle przychodzą na zajęcia. W ogóle to zrobię taką samoanalizę tego co zrobiłem dobrze, co źle, co muszę poprawić, a co uważam za bardzo dobre punkty, nie podsumowanie, i zapewne wrzucę razem z wynikami ankiet.

Piszę o tej klasie bo dzisiaj usłyszałem od jednej ze studentek że jestem excellent teacher i chociaż przyjąłem już Chiński sposób obrony przed komplementami i mówię no, no, just okay, to była nieustępliwa mówiąc że wszyscy tak uważają.
I takie coś jest bardzo budujące bo niby się czuje, ale też taki pozytyw jest potrzebny, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę kontekst.

Zawsze chciałem zostać nauczycielką. W zeszłym tygodniu miałam pierwsze trzy zajęcia w szkole językowej i to była tragedia. Moi uczniowie nic nie rozumieli. Nic nie potrafiłam przekazać, patrzyli się na mnie, próbowali coś zrobić, ale widziałam ze Oni mnie nie rozumieją, a ja nie wiedziałam co zrobić. Teraz nie wiem czy chcę zostać nauczycielką.

A teraz jeszcze brat zaprosił mnie do Australii gdzie mieszka i pracuje, ale ja nie chcę jechać bo mój angielski jest taki słaby, jak ja się z ludźmi porozumiem, przecież mnie nikt nie zrozumie, a On nie może się mną zajmować.

Czyli taki malutki kryzys wywołany trzema kiepskimi zajęciami. W dodatku pierwszymi. W Chinach, zresztą nie tylko w Chinach, panuje takie przekonanie że każdy może być nauczycielem, że nie ma nic trudnego w rozmawianiu z ludźmi, przekazywaniu Im wiedzy, rozwijaniu Ich jako ludzi i jako uczniów. I stąd takie kryzysy.

Nauczyciel obecnie, niezależnie od poziomu nauczania, to znacznie więcej niż wykładowca. Dlatego też odpowiedź padła taka:

Pierwszy…hmm…rok(haha) jest zawsze trudny. Nikt nie rodzi się doskonałym nauczycielem, spróbuj mówić do Nich tak jak mówiłaś do siebie gdy się tego uczyłaś po raz pierwszy. Pamiętaj że Oni nie wiedzą tego co Ty wiesz, więc staraj się wszystko upraszczać, zejdź dwa poziomy niżej i pokaż Im że potrafią, a potem stopniowo ruszaj w górę.

A do Australii powinnaś pojechać, ja Cię rozumiem, więc ludzie tam też Cię zrozumieją. Zrób zdjęcie domu i adresu brata i pokazuj je ludziom pytając o drogę. Nie przejmuj się tym że czegoś nie rozumiesz, lub Oni czegoś nie rozumieją. To zupełnie normalne.

I powiedziała że spróbuje ze szkołą w kolejnym tygodniu. I dobrze, bo nie powinno się tak szybko rezygnować z czegokolwiek, a zwłaszcza z pracy którą chciało się wykonywać od zawsze.

Egzaminów dzień drugi

I na dzień dobry przyszła jedna z Pań z biura. Przyszła, posiedziała i wyszła. Studenci byli równie zdziwieni co ja.

June powiedziała że to pewnie z powodu tego studenta z wczoraj, ale sam nie wiem…znaczy też mam takie przeczucie, ale logika podpowiada mi że jednak nie to nie On. Iść na skargę bo zaczął się kłócić o studentów w klasie? To nie brzmi logicznie.

Albo upał trochę zelżał albo się do niego przyzwyczaiłem. Te ponad 30 stopni każdego dnia nie robi już na mnie aż takiego wrażenia. Dalej jest ciepło, ale już nie tak nieprzyjemnie. W sumie to jeszcze tylko miesiąc został więc jakoś to przetrzymam, a potem może być jeszcze cieplej. Chociaż prawdę mówiąc to wolałbym żeby w końcu deszcz spadł bo nie chcę by Ci ludzie przechodzili powtórki z zeszłego roku kiedy to panowała tu susza.

Dostałem wczoraj od moich studentów pałkę do obijania sobie ramion. Czasem mnie bolą bo spanie na boku mi nie służy co widać zauważyli. Pałka jest owinięta w pluszowego psa w ciapki. To jeden z najbardziej sympatycznych prezentów jakie dostałem od studentów. Sympatyczniejszy tym bardziej że się tego zupełnie nie spodziewałem.

Od niedzieli dzieciaki, a właściwie to młodzież, za parę miesięcy studenci wręcz, z Jiawang pisze gaokao czyli tutejszą maturę. Od niedzieli…tak mnie to zaskoczyło że dopiero w poniedziałek życzyłem Im powodzenia. Kto to widział żeby egzaminy zaczynać w niedziele?
Zostało im jeszcze tylko kilka dni egzaminów i potem koniec szkoły, pora na studia. Mam nadzieję że dostaną się tam gdzie chcą.

Bardzo ciekawym konceptem jest decyzja podejmowana samodzielnie o zostawaniu na kolejny rok w ogólniaku by poprawić swój wynik na gaokao. W Polsce ludzie chcą się wyrwać na studia, potem je zmienić czy tam zacząć od nowa, ale wyrwać się z ogólniaka, a tutaj Ci młodzi ludzie którym zależy na możliwie najwyższym wyniku zostają kolejny rok w ogólniaku i się uczą tego samego raz jeszcze. Ja bym tak nie mógł. Półtorej roku spędziłem na studiach próbując uczyć się czegoś czego nie znosiłem i w końcu dostałem się na te moje studia wymarzone.

Jestem wtedy kiedy krzyczę

Nie lubię krzyczeć.
Krzyk na uczniów uważam za pedagogiczną porażkę.
Krzyk na drugiego człowieka uważam za osobistą porażkę.

A jednak czasem mi się zdarza. Czasem najzwyczajniej w świecie nie wytrzymuję i krzyczę. Krzyczałem w Jiawang z dwa razy, parę razy zdarzyło mi się w Changchun. Tutaj zdarzało mi się głównie gdy studenci jawnie ignorowali moje polecenia w czasie egzaminu. Nigdy w czasie zajęć. Z jakiegoś powodu tutejsi studenci bardzo poważnie podchodzą do zajęć, ale egzaminy…no cóż, egzaminy stanowią dla Nich pewną trudność.

Dzisiaj nie wytrzymałem i wydarłem się na studenta. Nie krzyczałem, darłem się. Bardziej z bezsilności niż z tego że mnie zezłościł.

Wprowadziłem zasadę Maksimum czterech studentów w klasie, gdy jest Ich więcej nie mogę Ich kontrolować i patrzeć czy aby nie ściągają (ściągać na egzaminie ustnym, to naprawdę się zdarza…).
Na poprzednim egzaminie w tej grupie jeden ze studentów wszedł poza kolejką i powiedziałem Mu dosadnie żeby wyszedł bo ma być tylko czterech studentów. Wyszedł, wrócił, został oceniony uczciwie, według tego co powiedział, a nie według swojego zachowania. Ten element jest dla mnie bardzo trudny, ale uważam że każdy nauczyciel powinien być w stanie odciąć się od tego co myśli o danym człowieku a oceniać jedynie Jego odpowiedzi.

Dzisiaj napisałem wszystko co chciałem na tablicy po czym chciałem przystąpić do egzaminu ale kilku studentów powiedziało mi że przyszło z innej grupy i nie ma Ich pytań, więc poszedłem je dopisać i zacząłem sprawdzać które są które.
Stoję więc obrócony plecami do sali i patrzę w zeszyt próbując jasno i wyraźnie napisać które pytania są dla której grupy (bo słówka parzyste/nieparzyste są przez Nich zastępowane pojedyncze/podwójne).
Wchodzi student i się zaczyna:
– A ile to jest osób w sali.
Obracam się i patrzę że faktycznie nie wszyscy wyszli.
– Jeszcze egzaminu nie zaczęliśmy.
– A poprzednio to na mnie nakrzyczałeś jak wszedłem i było za dużo osób.
– Ale my jeszcze egzaminu nie zaczęliśmy.
– A poprzednio to gdy wszedłem to na mnie nakrzyczałeś. A teraz to jest tyle osób.
– No tak, ale ja jeszcze nie zacząłem egzam…
– A poprzednio to na mnie nakrzyczałeś jak wszedłem i było za dużo osób.
– Czy mógłbyś mi nie przerywać? Czy tak traktujecie nauczycieli w Chinach?
– Myślisz że tak traktujemy nauczycieli w Chinach?
– Czy ktoś może mi powiedzieć czy to jest normalne w Chinach? Że przychodzicie i kłócicie się z nauczycielem?
– Ja chcę tylko powiedzieć kilka słów.
– Słucham.
– A poprzednio to na mnie nakrzyczałeś jak wszedłem i było za dużo osób.
– CZY TY ROZUMIESZ CO JA DO CIEBIE MÓWIĘ?
– Nie rozumiem.
– WYJDŹ!
Student wychodzi, w sali mam tylko czwórkę studentów.

Do teraz do mnie nie dociera o czym On myślał. No nie dociera do mnie.
Gdy w końcu przyszedł przeprosiłem Go że podniosłem głos, ale powiedziałem że uważam jego zachowanie za bezczelne. W dalszym ciągu przerywał mi w pół zdania i mówił że nakrzyczałem bo było za dużo osób w Sali. Poziom dyskusji sięgnął dna.
To miejsce nie jest dla mnie. Naprawdę nie jest dla mnie. Jak student który nie rozumie co do Niego mówię może się ze mną kłócić gdy jeszcze nie ma racji…Ja tego nie ogarniam.
Myślałem że wytrzymam rok bez krzyku…może następnym razem.

Upał

Czuję że zaraz mózg mi się usmaży. To zdecydowanie nie jest pogoda dla mnie. Podobno w tym tygodniu ma w końcu spaść deszcz, ale dopóki nie zobaczę to nie uwierzę. Nie dlatego że jestem okropnym niedowiarkiem, ale prognozy pogody to tylko prognozy więc nie można ich brać za pewnik, niezależnie od tego jak często się do tej pory sprawdzały.

Przede mną jeszcze dwa zajęcia, trzy godziny, ale po raz pierwszy mam w sobie niechęć. Niechęć po części wzięła się z tego upału, a po części z faktu że dzisiaj dwóm grupom powiedziałem o egzaminie końcowym. No tak, końcowym jedne zajęcia po śródsemestralnych.

Tym razem postanowiłem trochę wyprzedzić studium języków obcych i stwierdziłem że skoro rząd ustalił 22. Czerwca dniem wolnym nieodrabianym to zajęć nie będzie. A skoro wypada to w szesnastym tygodniu to znaczy że i sprawdzianu nie będzie. Nie wiem co prawa jak to będzie oficjalnie rozwiązane, ale prawdę mówiąc nie mam zamiaru czekać i się dowiadywać skoro mogę te sprawdziany już zapowiedzieć i przeprowadzić.

Mam nadzieję że nikt nie pomyśli o wydłużaniu do tygodnia siedemnastego, chociaż kto to wie…Ja i tak uwinę się z wszystkimi grupami tak szybko jak to możliwe. W końcu trzeciego lipca wylatujemy do Polski, także trzeba te wszystkie sprawy zamknąć jak najszybciej.

Od jakiegoś czasu pytam studentów o to jaką pracę chcieliby mieć w przyszłości i nie przestają mnie zadziwiać. Pisałem już chyba o chłopaku który chce otworzyć sklep z butami bo je uwielbia, zapewne nie pisałem o masie, ale to prawdziwej masie, studentów którzy chcą być nauczycielami bo ich życie jest proste, nie pracują zbyt długo i mają masę czasu wolnego by robić co im się podoba (Oni w to naprawdę wierzą…), ale dzisiaj jeden ze studentów takie naprawdę przyszłościowego, moim zdaniem, kierunku jakim jest programowanie, powiedział że chce pracować w sklepie.
Dlaczego?
Bo do sklepu przychodzisz kiedy zaczynasz pracę, wychodzisz kiedy ją kończysz. Po pracy masz czas dla siebie, nie ma stresu, nie ma presji, nie musisz się przejmować.

Ten młody człowiek, w wieku dwudziestu jeden lat, jest już tak zmęczony ciągłą presją, że woli pracować w sklepie niż robić coś co mogłoby Go zmęczyć psychicznie.
Zapewne nie on jeden, ale to właśnie on się przyznał.

Ostatni tydzień egzaminów

Zaczęło się wczoraj od studenta który nie wiedział jak zapytać się o ilość pytań na sprawdzianie. Znaczy wiedzieć wiedział, nie wiedział jak zapytać się o to po angielsku więc pytał przy pomocy translatora i efekt był do tego stopnia ciekawy że nawet June nie potrafiła się domyślić o co chodzi. Nawet June bo jako Chinka ma pewno przewagę nade mną w domyślaniu się co Chińczyk miał na myśli pisząc po angielsku. W końcu rozumie ten język znacznie lepiej niż ja, a gdy ktoś pisze tak jakby pisał po chińsku to Jej zawsze będzie łatwiej to zrozumieć.

W sumie to nawet do chłopaka nie mam pretensji bo jednak Jego angielski jest słabiutki, ale zawsze się stara, przychodzi na zajęcia, odrabia zadania domowe i w dodatku zadaje masę pytań odnośnie sprawdzianów, czyli zależy Mu. A takich studentów lubię najbardziej.

W ogóle to jestem bardzo zaskoczony zachowaniem moich studentów. Zaskoczony na plus. Rozmawiając z innymi nauczycielami odnoszę wrażenie że Ci moi są jacyś szczególni, ani nie śpią na lekcjach, ani nie rozmawiają za dużo, więcej mnie słucha niż gapi się w telefon, czyli chyba ten pobyt w Changchun miał sens. Dzięki niemu zrozumiałem jak podchodzić do studentów w Chinach i jak sobie z Nimi radzić.

Dotarło do mnie że po skończeniu tego tygodnia (czyli jeszcze dwóch godzin dzisiaj i dwóch w piątek) zostały mi jeszcze cztery tygodnie zajęć a potem to już same sprawdziany. Innymi słowy do końca semestru zostało mi 5 tygodni. Masakrycznie mało, ale to dobrze bo nie mam chęci zostawać to dłużej niż to konieczne.

Jutro też ruszam do szpitala na badania. Niestety nie uda się tym razem przenieść pozwolenia pobytu/wizy, więc trzeba wyrobić nową wizę. A żeby wyrobić nową wizę trzeba przejść badania. Skoro jutro i pojutrze odbywają się zawody sportowe to wstydem byłoby nie skorzystać z okazji i nie ruszyć do szpitala skoro jest to de facto dzień wolny od pracy.

Nie lubię

Takich długich przerw w pisaniu. Zakładając tego bloga dawno temu założyłem sobie że będę pisać codziennie. Zawsze wyjeżdżając w zimę przygotowywałem Wam notki tak żeby same się wrzucały.
Po przeprowadzce do Zhengzhou stwierdziłem że chociaż weekendy sobie odpuszczę bo przecież z June też muszę trochę pobyć, w tygodniu nie mamy tego czasu razem aż tyle, więc weekendy są tylko dla nas.

Oczywiście czasem weekendy są dłuższe. Jak na przykład w zeszłym tygodniu kiedy to zaczął się w czwartek. A zaczął się bo praktycznie nikt do English Corner nie przyszedł. Znaczy ja przyszedłem, przyszło też parę studentów, ale to tyle. Reszta już wybyła na weekend majowy. I dobrze, bo dzięki temu urwałem się już po godzinie.

A w tym tygodniu już sprawdziany i jestem z tego bardzo, ale to bardzo zadowolony. W końcu można sobie troszeczkę odsapnąć. W końcu ileż można uczyć, sprawdziany są bardzo istotne ;-)

Zauważyłem jedną rzecz, którą będę musiał mocno poprawić w przyszłości – łatwy sprawdzian nie oznacza że studenci się na niego przygotują. Dostali takie same pytania jak na zadania domowe, w dodatku wiedzieli o tym od dwóch tygodniu, a i tak chcieli cwaniakować i spisywać z książek. Jeżeli w przyszłości znowu trafi mi się praca na uniwersytecie (a na to się zanosi) to będę musiał to zmienić i postawić na trudniejsze sprawdziany.

Po jednym ze sprawdzianów podchodzi do mnie studentka i pyta:
Co mogę zrobić by lepiej mówić? Bo powiedziałeś żebym chodziła do English Corner, ale tam zawsze jest mnóstwo studentów wokół nauczycieli i nie mam okazji z Nimi porozmawiać.
– Cóż, to albo rozmawiaj ze znajomymi…
– Wszyscy jesteśmy na podobnym poziomie, więc nikt nie wyłapuje błędów.
– Albo przychodź w czwartki między 4 a 6, bo wtedy ja tam jestem. Ze mną nikt nie rozmawia, bo nie jestem zbyt miły.
– Hahaha, to nieprawda, jesteś bardzo miły.
– Tak, dla Was jestem, bo jesteście moimi studentami, ale tam są studenci anglistyki a wobec Nich mam bardzo wysokie oczekiwania, które ciągle zawodzą.

To prawda. Czasem nie daję wiary, jak chociażby dwa tygodnie temu gdy przyszły nauczyciel angielskiego próbował mi wmówić że nauczanie języka obcego powinno zaczynać się w wieku 10-11 lat bo inaczej języki mogą się mieszać. Zuile.

Bez formy

Człowiekowi wydaje się że sześć tygodni bez biegania to długo. Spada wydolność, wzrasta waga, motywacja maleje, mięśnie się rozleniwiają i powrót jest trudny. Nawet bardzo trudny.
Wielokrotnie miałem blisko czterotygodniowe przerwy, najdłuższa od biegania wynosiła 25 lat, ale mówiąc poważniej to chyba sześć miesięcy w 2009 gdy zacząłem biegać w czerwcu, skończyłem we wrześniu i kupiłem bieżnię by biegać w lutym.

Z ciekawości sprawdziłem w dzienniku treningowym i wychodzi na to że faktycznie najdłuższa była ta sześciomiesięczna z powodu której liczę że bieganie zacząłem w 2010 a nie w 2009. A potem to tylko takie po trzy lub cztery tygodnie, nigdy dłużej…Aż do tego roku. Trochę mnie to zaskoczyło, bo myślałem, że nawet, jeżeli te obowiązkowe przerwy w październiku nie były dłuższe to ta po pierwszym powrocie z Chin, lub ta związana z podróżowaniem po pierwszym roku, będzie dłuższa. Jednak nie.

To teraz mam usprawiedliwienie na wypadek gdyby moje bieganie było słabe. Pech polega na tym że wcale nie jest, jest bardzo w porządku. Jakieś 4-6 tygodni od poziomu sprzed przerwy, może jeszcze mniej. Z racji zbliżającego się maratonu nie będzie mi jednak dane się o tym przekonać. Po nim czeka mnie przymusowy odpoczynek od szybszego biegania.

Forma biegowa to jedno, forma zawodowa to drugie. Zawód nauczyciela jest związany z ogromnymi przerwami. Tak już jest i raczej się to nie zmieni. Z jednej strony jest to fantastyczne bo hej mam 2 miesiące wolnego i jeszcze mi płacą!, a z drugiej już niezbyt przyjemne bo hej, mam 2 miesiące wolnego, czyli…dwa miesiące bez praktyki. I to jest tragedia. Owszem, są rzeczy których się nie zapomina, ale tak jak do biegania trzeba wracać spokojnie, tak i do każdej pracy powinno się wracać stopniowo.

A nie wrzucać człowiekowi cały dzień zajęć już w drugim tygodniu i to na dodatek w poniedziałek! To się nie godzi!
Na szczęście od teraz już tylko po maksymalnie dwa zajęcia dziennie.

Radość

Rok temu w Changchun o tej porze miałem już dość. Dwa dni zajęć i miałem ochotę tym walnąć o podłogę i wrócić. Może przesadzam, ale pewny jestem że zniechęcenie przyszło tam bardzo szybko i miałem tego wszystkiego po dziurki w nosie.

Nie wiem czy da się to zauważyć, ale nie jestem wielkim fanem miejsca w którym pracuję. Wybrałem je bo wybór w okolicy June był niewielki, a coś trzeba było wybrać, bo jak to tak żyć kolejny rok na odległość?

Fanem nie jestem, ale to co lubię robię. Nie wyobrażam sobie bycia nauczycielem jednocześnie tego nie lubiąc. Miałem w życiu wielu nauczycieli, niektórych średnich, innych bardzo słabych, tych dobrych była garstka. Na uniwersytecie było podobnie, tylko tam średnich było najmniej. Byli albo bardzo dobrzy, albo bardzo słabi. Jak to tłumaczył nam dziekan nie każdy dobry badacz, jest dobrym nauczycielem. No tak, nawet jeżeli kończył kierunek nauczycielski…

Tak sobie mędrkuję a chcę w końcu dojść do tematu dzisiejszego wpisu, czyli radości.

Drugie zajęcia dzisiaj. Grupa która pojawia się raz na dwa tygodnie w całości, w dodatku to najsłabsza z wszystkich moich grup. Na dodatek dzisiaj nie mieli jeszcze książek. I w Changchun w takiej chwili dosięgłaby mnie złość. Albo, co bardziej prawdopodobne, kompletna niechęć do dalszego prowadzenia zajęć, bo skoro nie mają książek to Im nie zależy.

A to się nie wydarzyło.

Poczułem radość. Pisząc na tablicy treść zadań poczułem radość że robię coś co pomoże tym młodym ludziom zrozumieć angielski, że robimy coś praktycznego (bo akurat mamy temat o opisywaniu przedmiotów gdy zapomnimy jakiegoś słówka) co Im się przyda. To był taki prawdziwy moment radości, uczucia zadowolenia z pracy. Przypominając sobie to co działo się rok temu w Changchun nie mogę wyjść z podziwu, no nie mogę. Oby trwało to jak najdłużej. Czuję że tego mi naprawdę brakowało, że jednak ten zawód to jest coś co daje mi ogromną satysfakcję i…radość. Jeszcze parę lat temu parsknąłbym śmiechem gdybym to usłyszał.

Początek

Początki zawsze są trudne, w sumie to kto to widział żeby po ponad dwumiesięcznej przerwie zaczynać o ósmej rano w poniedziałek? No właśnie…

Dlatego też pierwsze zajęcia trwały godzinę z małym hakiem. Dostałem te same grupy, więc nie musiałem silić się na przedstawianie się i opisywanie zasad, bo wszystko studenci już wiedzieli. A skoro temat krótki i przyjemny, bo jednak całkowicie języka nie zapominali, to po co trzymać Ich dłużej?

Tyle teorii, bo w praktyce wyszło tak że siedząc na schodach i pisząc plan na kolejne zajęcia spojrzał na mnie kobieta, ja spojrzałem na nią i się uśmiechnąłem, po czym kontynuowałem pisanie, ale Ona dalej się patrzyła. Czułem to, tak jak mysz czuje wzrok kota gdy ten podejdzie za blisko. Po chwili podszedł Pan i wskazał na moje nazwisko na liście.
To Ty? (Chiński)
– Tak
(Chiński)
A studenci? (Angielski)
– Skończyliśmy pierwsze zajęcia to ich puściłem (Angielski)
– ???
– Zajęcia skończone (Chiński)
Wyciąga komórkę i pokazuje godzinę.
– No tak, ale zrobiłem wszystko co miałem zaplanowane, dobra rozgarnięta grupa, nie sprawiała żadnych kłopotów, to po co miałem Ich trzymać? (Angielski)
Pan zaczął coś tam wyszukiwać w telefonie, ale ostatecznie zrezygnował i odszedł razem z Panią i innym Panem.

Ach…plan mam w tym semestrze paskudny. Co drugi poniedziałek zaczynem o ósmej i kończę o osiemnastej mając cztery zajęcia, a w co drugi poniedziałek zaczynam o ósmej i kończę o osiemnastej mając trzy zajęcia. W co drugi wtorek mam trzy zajęcia, a w co drugi tylko dwa. W środy mam jedne zajęcia, za to od szesnastej do osiemnastej. W czwartki nie mam zajęć więc wrzuciłem sobie English Corner, a w piątki mam tylko dwa zajęcia. Innymi słowy, jest kiepsko, ale nic nie poradzę, muszę to przetrzymać.
Plan jest o tyle przekombinowany że w poniedziałki i wtorki nie mogę biegać rano, a że po południu nie biegam, to robię sobie dwa dni przerwy, czego nie znoszę i nigdy nie praktykowałem więc nie wiem jakie będą skutki.

Jest za to jeden plus tego wszystkiego. Semestralne egzaminy kończą się w pierwszym tygodniu lipca, więc czeka mnie szybki powrót do domu, a June szybki przylot do Polski.

Dzień drugi

P1150435 (Copy)

Dzisiaj to przeleciało bez nerwów. Wiedziałem zresztą że tak będzie. Same dobre grupy, jutro będzie podobnie. W czwartek trochę inaczej, bo nie będzie w ogóle.

P1150437 (Copy)

Jeden ze studentów po skończonym egzaminie powiedział że chce mnie uścisnąć. To o tyle ciekawe że ja Go prawie nie pamiętam, ale widać jakoś musiałem Go dotknąć.  To naprawdę miłe bo, tak jak pisałem już wcześniej, człowiek dociera do ludzi i często nawet nie wiem że do Nich dotarł. A to zawsze się tak przyjemnie na sercu robi wiedząc że się dociera do ludzi.

P1150438 (Copy)

Życzono mi dzisiaj szczęśliwego nowego roku, wielokrotnie.
To jest o tyle miłe że Chińczycy mają, a przynajmniej mieli, z tym problem. Z tym czyli z kalendarze gregoriańskim. Oni muszą tutaj żyć w oparciu o dwa kalendarze: znany nam gregoriański właśnie i księżycowo-słoneczny. Powiedzmy że oba są równoważne.

Problem z tym jest taki że chociaż są równoważne to jednak równoważne  nie są co bardzo dobrze widać gdy się kogoś z Chin zapyta o datę urodzin. Powiedzieć powiedzą, ale czy to będzie data poprawna to już można gdybać.

P1150439 (Copy)

Weźmy na świecznik taką June. W dowodzie ma wpisane że urodziła się 22-go listopada 1991. Sama twierdzi że był to siódmy dzień stycznia 1990. O ile dni się jeszcze jako tako zgadzają bo dwudziesty drugi dzień jedenastego miesiąca w kalendarzu księżycowo-słonecznym wypadał siódmego dnia pierwszego miesiąca w kalendarzu gregoriańskim, o tyle było to w roku 1991. Czyli zapewne June urodziła się właśnie 7-go stycznia 1991. Tyle wyszło z mojego małego dochodzenia, ale pewności i tak nie mam.

P1150440 (Copy)

To i tak jest lepsze od tych historii o dzieciach które były rejestrowane dopiero gdy wioskę odwiedził jakiś urzędnik.

Ach…a jeden ze studentów powiedział że mu bardzo przykro i bardzo mnie przeprasza że nie przyniósł mi jabłka tydzień temu. I naprawdę było Mu głupio z tego powodu, a przecież wcale nie musiał…niesamowite, naprawdę niesamowite jacy to są mili młodzi ludzie.

P1150443 (Copy)