Bez formy

Człowiekowi wydaje się że sześć tygodni bez biegania to długo. Spada wydolność, wzrasta waga, motywacja maleje, mięśnie się rozleniwiają i powrót jest trudny. Nawet bardzo trudny.
Wielokrotnie miałem blisko czterotygodniowe przerwy, najdłuższa od biegania wynosiła 25 lat, ale mówiąc poważniej to chyba sześć miesięcy w 2009 gdy zacząłem biegać w czerwcu, skończyłem we wrześniu i kupiłem bieżnię by biegać w lutym.

Z ciekawości sprawdziłem w dzienniku treningowym i wychodzi na to że faktycznie najdłuższa była ta sześciomiesięczna z powodu której liczę że bieganie zacząłem w 2010 a nie w 2009. A potem to tylko takie po trzy lub cztery tygodnie, nigdy dłużej…Aż do tego roku. Trochę mnie to zaskoczyło, bo myślałem, że nawet, jeżeli te obowiązkowe przerwy w październiku nie były dłuższe to ta po pierwszym powrocie z Chin, lub ta związana z podróżowaniem po pierwszym roku, będzie dłuższa. Jednak nie.

To teraz mam usprawiedliwienie na wypadek gdyby moje bieganie było słabe. Pech polega na tym że wcale nie jest, jest bardzo w porządku. Jakieś 4-6 tygodni od poziomu sprzed przerwy, może jeszcze mniej. Z racji zbliżającego się maratonu nie będzie mi jednak dane się o tym przekonać. Po nim czeka mnie przymusowy odpoczynek od szybszego biegania.

Forma biegowa to jedno, forma zawodowa to drugie. Zawód nauczyciela jest związany z ogromnymi przerwami. Tak już jest i raczej się to nie zmieni. Z jednej strony jest to fantastyczne bo hej mam 2 miesiące wolnego i jeszcze mi płacą!, a z drugiej już niezbyt przyjemne bo hej, mam 2 miesiące wolnego, czyli…dwa miesiące bez praktyki. I to jest tragedia. Owszem, są rzeczy których się nie zapomina, ale tak jak do biegania trzeba wracać spokojnie, tak i do każdej pracy powinno się wracać stopniowo.

A nie wrzucać człowiekowi cały dzień zajęć już w drugim tygodniu i to na dodatek w poniedziałek! To się nie godzi!
Na szczęście od teraz już tylko po maksymalnie dwa zajęcia dziennie.

Leniwy Czwartek

Tak się w tym semestrze złożyło że dostałem dodatkowy dzień wolny. Tak się nieszczęśliwie złożyło że jest to czwartek. Nieszczęśliwie bo idealny byłby poniedziałek lub piątek tak żeby wydłużyć sobie weekend. Tak dobrze to nie ma…

By się w te czwartki nie zanudzić a inne dni nie zajechać wybrałem właśnie je na dni w których poświęcę dwie godziny życia i pójdę do English Corner. No może nie poświęcę bo wlicza się to w moją pensję, ale i tak traktuję to jako zło konieczne. O czym zresztą sami doskonale wiecie.

W teorii mogłem sobie rozbić English Corner na dwa dni, albo wrzucić we wtorek, ale pierwsze rozwiązanie to fantastyka, a drugie sprawiłoby że nienawidziłbym wtorków, a tego nie chcę bo lubię wtorki. To były moje jedyne dni wolne w Changchun, w ostatnim semestrze, i miło mi się przez to kojarzą.

Wychodząc dzisiaj rano pobiegać zauważyłem że przesunięto otwarcie English Corner z dzisiaj na poniedziałek. Czyli cały dzień mam wolny i mogę się lenić. To naprawdę fantastyczna wiadomość, nie ma to jak dostać jeden dzień wolny za darmo, pomimo tego że w głowie jest świadomość o kolejnych piętnastu czwartkach zajętych.

Nie, nie będę ich odliczał bo to mi tylko życie utrudni.

Po przeskoczeniu dzisiaj płotu, bo brama znowu jest zamknięta o tej godzinie, nie biegło się już tak łatwo jak wczoraj. Inna sprawa że wybrałem trasę, która zawsze jest wolniejsza, ale to tylko wymówka. Nie biegało się tak łatwo, bo nie oszukujmy się, nogi nie są jeszcze przyzwyczajone do biegania dwa dni pod rząd, a będą musiały przyzwyczaić się do jeszcze szybszej regeneracji bo czekają mnie jeszcze trzy wyjścia w tym tygodniu. Potem znowu dwa dni przerwy i…no sami wiecie, to taki niekończący się cykl.

Jutro mam w planie zrobić jakieś biegowe odcinki żeby trochę te zastane długim bieganiem mięśnie rozruszać i zmotywować do szybszego biegania, co z tego wyjdzie to się okaże, nie ma się co oszukiwać, bo główną rolę odegra tutaj pogoda i jeżeli temperatura dopiszę to pewnie odcinki zrobię, a jak będzie zimno, to cóż, czeka mnie dalsze klepanie kilometrów. W końcu jak jest maraton to Swoje Trzeba Wybiegać.

Czekanie

Właśnie rozlega się dzwonek informujący że do pierwszych zajęć popołudniowych zostało dziesięć minut. Oznacza to że do moich zajęć zostały jeszcze dwie godziny i dziesięć minut. Sporo.

Nie znoszę czegoś takiego, nigdy nie lubiłem i nie polubię. Człowiek budzi się rano, idzie biegać, wraca, robi wszystko co robi rano, idzie na zakupy, odbiera przesyłki i nagle w porze obiadowej gdy myśli że ma jeszcze pół dnia przed sobą zdaje sobie sprawę że jeszcze trzeba iść na zajęcia.

Albo gdzieś wyjechać, wyskoczyć na jeden dzień. Nie można, bo jak to tak? Przecież są zajęcia od 1610 do 1800. To jeszcze jest mały problem. Od maja będą od 1640 do 1830. To już jest dopiero przegięcie. Żeby ludzi trzymać w szkole do tej godziny? To jest niepoważne.

Będę o tym pisać jeszcze wielokrotnie, mam nadzieję że nie szesnaście razy, ale na pewno kilka razy ten temat się przewinie.

Dwa dni przerwy od biegania nie są czymś co lubię, nigdy tego nie robiłem, chyba że musiałem, w tym semestrze nie mam jednak wyjścia, o czym już pisałem.
Dzisiaj wyszło z tego całkiem przyzwoite bieganie i czuję że jest dobrze, zobaczę jak będę czuł się w niedzielę po tych pięciu dniach.

O ile samo bieganie to nie problem to wstawanie rano potrafi być problematyczne. Trzeba samego siebie przekonać że warto iść biegać, że to jest naprawdę to czego chcemy a leżenie w łóżku jest czymś czego nie chcemy.

Pewną praktykę już w tym mam, w dodatku mam taki komfort że nawet jeżeli jeden dzień odpuszczę to pozostaną mi jeszcze cztery, także nie muszę się za bardzo martwić. Poza tym nastawienie do biegania mam bardzo dobre. Jestem mocno zmotywowany tym nadchodzącym maratonem (jeszcze tylko osiemnaście dni, czyli dwa długie biegi w soboty), ale przede wszystkim czuję ogromną radość gdy idę biegać.

A że coraz wcześniej robi się jasno to za parę tygodni te problemy ze wstawaniem znikną aż do jesieni. Aż chce się biegać.

Radość

Rok temu w Changchun o tej porze miałem już dość. Dwa dni zajęć i miałem ochotę tym walnąć o podłogę i wrócić. Może przesadzam, ale pewny jestem że zniechęcenie przyszło tam bardzo szybko i miałem tego wszystkiego po dziurki w nosie.

Nie wiem czy da się to zauważyć, ale nie jestem wielkim fanem miejsca w którym pracuję. Wybrałem je bo wybór w okolicy June był niewielki, a coś trzeba było wybrać, bo jak to tak żyć kolejny rok na odległość?

Fanem nie jestem, ale to co lubię robię. Nie wyobrażam sobie bycia nauczycielem jednocześnie tego nie lubiąc. Miałem w życiu wielu nauczycieli, niektórych średnich, innych bardzo słabych, tych dobrych była garstka. Na uniwersytecie było podobnie, tylko tam średnich było najmniej. Byli albo bardzo dobrzy, albo bardzo słabi. Jak to tłumaczył nam dziekan nie każdy dobry badacz, jest dobrym nauczycielem. No tak, nawet jeżeli kończył kierunek nauczycielski…

Tak sobie mędrkuję a chcę w końcu dojść do tematu dzisiejszego wpisu, czyli radości.

Drugie zajęcia dzisiaj. Grupa która pojawia się raz na dwa tygodnie w całości, w dodatku to najsłabsza z wszystkich moich grup. Na dodatek dzisiaj nie mieli jeszcze książek. I w Changchun w takiej chwili dosięgłaby mnie złość. Albo, co bardziej prawdopodobne, kompletna niechęć do dalszego prowadzenia zajęć, bo skoro nie mają książek to Im nie zależy.

A to się nie wydarzyło.

Poczułem radość. Pisząc na tablicy treść zadań poczułem radość że robię coś co pomoże tym młodym ludziom zrozumieć angielski, że robimy coś praktycznego (bo akurat mamy temat o opisywaniu przedmiotów gdy zapomnimy jakiegoś słówka) co Im się przyda. To był taki prawdziwy moment radości, uczucia zadowolenia z pracy. Przypominając sobie to co działo się rok temu w Changchun nie mogę wyjść z podziwu, no nie mogę. Oby trwało to jak najdłużej. Czuję że tego mi naprawdę brakowało, że jednak ten zawód to jest coś co daje mi ogromną satysfakcję i…radość. Jeszcze parę lat temu parsknąłbym śmiechem gdybym to usłyszał.

Początek

Początki zawsze są trudne, w sumie to kto to widział żeby po ponad dwumiesięcznej przerwie zaczynać o ósmej rano w poniedziałek? No właśnie…

Dlatego też pierwsze zajęcia trwały godzinę z małym hakiem. Dostałem te same grupy, więc nie musiałem silić się na przedstawianie się i opisywanie zasad, bo wszystko studenci już wiedzieli. A skoro temat krótki i przyjemny, bo jednak całkowicie języka nie zapominali, to po co trzymać Ich dłużej?

Tyle teorii, bo w praktyce wyszło tak że siedząc na schodach i pisząc plan na kolejne zajęcia spojrzał na mnie kobieta, ja spojrzałem na nią i się uśmiechnąłem, po czym kontynuowałem pisanie, ale Ona dalej się patrzyła. Czułem to, tak jak mysz czuje wzrok kota gdy ten podejdzie za blisko. Po chwili podszedł Pan i wskazał na moje nazwisko na liście.
– To Ty? (Chiński)
– Tak
(Chiński)
– A studenci? (Angielski)
– Skończyliśmy pierwsze zajęcia to ich puściłem (Angielski)
– ???
– Zajęcia skończone (Chiński)
Wyciąga komórkę i pokazuje godzinę.
– No tak, ale zrobiłem wszystko co miałem zaplanowane, dobra rozgarnięta grupa, nie sprawiała żadnych kłopotów, to po co miałem Ich trzymać? (Angielski)
Pan zaczął coś tam wyszukiwać w telefonie, ale ostatecznie zrezygnował i odszedł razem z Panią i innym Panem.

Ach…plan mam w tym semestrze paskudny. Co drugi poniedziałek zaczynem o ósmej i kończę o osiemnastej mając cztery zajęcia, a w co drugi poniedziałek zaczynam o ósmej i kończę o osiemnastej mając trzy zajęcia. W co drugi wtorek mam trzy zajęcia, a w co drugi tylko dwa. W środy mam jedne zajęcia, za to od szesnastej do osiemnastej. W czwartki nie mam zajęć więc wrzuciłem sobie English Corner, a w piątki mam tylko dwa zajęcia. Innymi słowy, jest kiepsko, ale nic nie poradzę, muszę to przetrzymać.
Plan jest o tyle przekombinowany że w poniedziałki i wtorki nie mogę biegać rano, a że po południu nie biegam, to robię sobie dwa dni przerwy, czego nie znoszę i nigdy nie praktykowałem więc nie wiem jakie będą skutki.

Jest za to jeden plus tego wszystkiego. Semestralne egzaminy kończą się w pierwszym tygodniu lipca, więc czeka mnie szybki powrót do domu, a June szybki przylot do Polski.

W końcu w Laosie

P1160502 (Copy)

W końcu, bo ta wyprawa tak naprawdę rozpoczęła się rok temu, to wtedy powstały założenia by do Laosu pojechać i spędzić tam kilkanaście dni. To wtedy też okazało się że przyjazd do Laosu wiąże się z pewnymi problemami dla obywateli Chin. A raczej wiązał się wtedy, o czym za chwilę.

P1160503 (Copy)

Po śniadaniu ruszyliśmy do granicy, gdzie June od razu zapytała o dostępność wiz po stronie Laotańskiej i…nie ma żadnego problemu. O ile rok temu ktoś po stronie chińskiej stwierdził że wiz na miejscu w Laosie Chińczycy nie dostają, o tyle teraz nikt już tak nie mówił i nagle rzeczywistość zaczyna pokrywać się z tym co znajduje się w internecie.

P1160509 (Copy)

Sama odprawa po stronie chińskiej poszła bezproblemowo, paszport, karteczka wyjazdowa, pieczątka i już można przechodzić.

Przeszliśmy oboje z June i…stoimy, czekamy…w końcu June pyta się strażnika granicznego czy mamy czekać na jakiś autobus czy iść, a strażnik odpowiada że czekać. No to czekamy, czekamy…aż w końcu znudziło mi się czekanie, wziąłem June za rękę i poszliśmy.

P1160511 (Copy)

Na horyzoncie ukazała się piękna, złota budowla, mająca przypominać świątynię w stylu znanym z Azji południowo wschodniej, cała pozłacana. Tak oto wygląda budynek po stronie Laotańskiej.

P1160513 (Copy)

Tutaj już June mogła przechodzić bezproblemowo bo wizę miała wyrobioną zawczasu, ja natomiast musiałem zapłacić 250 RMB, dodać zdjęcie i dostałem wizę po 10 minutach.

Laotański strażnik graniczny spojrzał w paszport, wrzucił go do czytnika i puścił w dal.

W teorii miało być przed nami raptem kilka minut spaceru, rzeczywistości nie sprawdziliśmy bowiem stojąc w kolejce, przyglądając się ubezpieczeniom samochodów zagadał do nas pewien Chińczyk i stwierdził że nas podrzuci kawałek bo jedzie akurat w tym samym kierunku co my.

I pojechaliśmy do Luang Namtha.

P1160550 (Copy)

Luang Namtha

Po drodze okazało się że razem ze znajomym prowadzą plantację arbuzów w Laosie. Tam je hodują a sprzedają w Chinach. I zaczął opowiadać o Chińczykach w Laosie.
Nie powiedział nic pozytywnego. Przynajmniej nic pozytywnego mi June nie przytoczyła. Opowiadał za to o tych drzewach z brązowymi drzewami które okazały się być drzewami kauczukowymi zasadzonymi przez Chińczyków. Wytłumaczył też że żeby je zasadzić najpierw wycięto las i zmieniono kształt góry by moc ich więcej zasadzić.
Krzyczał i narzekał na chciwych Chińczyków. Opowiadał że mnóstwo Chińczyków robi tak jak on, ale niszczą pola z innych upraw, niszczą tutejsze tereny by hodować jak najwięcej arbuzów, bananów i drzew kauczukowych.
Opowiadał też o mieszkańcach Laosu, że Im to w gruncie rzeczy do szczęścia potrzeba jedynie ryżu i ostrych przypraw, nie mają ambicji by piąć się w górę, mieć jak najwięcej pieniędzy, a on, jako Chińczyk, musi to cholera, robić (tak to przedstawiła June).

P1160552 (Copy)

Lubię myśleć że zawsze ma się wybór, ale czasem presja otoczenia, rodziny, przyjaciół, jest tak wielka że ten wybór znika i człowiek jest zmuszony do robienia czegoś czego nie chce. Z jednej strony żal mi tego Chińczyka, a z drugiej, no cóż bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie jak to powiedział Gandhi.

P1160594 (Copy)

Wysiedliśmy przy stacji autobusowej Luang Namtha i usłyszeliśmy że oddalona jest od centrum o dziesięć kilometrów.
Phi, dziesięć kilometrów, przejdziemy!
I zaczęliśmy maszerować w samo południe.

I maszerowaliśmy…po raz pierwszy zatrzymaliśmy się na obiad, który był obiadem dla mnie. Wtedy też nauczyliśmy się mówić sa bai dee, czyli dzień dobry i do widzenia. Nudle ryżowe na kwaśno z talerzem zieleniny z miętą na czele będą potrawą która najczęściej będziemy wybierać w Laosie, ale ta pierwsza była szczególna.

P1160586 (Copy)

June oczywiście nie mogło umknąć piękne ubranie starszej Pani siedzącej obok i musiała je przymierzyć. Prośba o to była przekomiczna bowiem ani my po Laotańsku, ani te Panie po Angielsku czy Chińsku.

P1160588 (Copy)

Ruszyliśmy dalej, zatrzymując się ponownie w innej restauracji gdzie poczęstowano nas wodą, oraz w jeszcze innej gdzie zjadłem inny makaron.

P1160601 (Copy)

P1160609 (Copy)

P1160610 (Copy)

W końcu jednak, po ponad dwu i pół godzinnym spacerze, dotarliśmy do centrum Luang Namtha.

A co to?

Luang Namtha to miejscowość w północnym Laosie, która znana jest znana przede wszystkim z bardzo dobrych połączeń autobusowych z resztą kraju, oraz pobliskiego parku narodowego.
W gruncie rzeczy jest to skupisko wiosek ciągnące się przez ponad dziesięć kilometrów. Doszło do tego z powodu amerykańskich bombardowań w czasie drugiej wojny Indochińskiej w czasie to których starsza część wioski została zmieciona z powierzchni ziemi, więc ludzie przenieśli się trochę dalej. Stare nawyki często jednak wykorzenić, więc po pewnym czasie część ludzi wróciła na stare tereny i efekt jest taki że lotnisko i dworzec autobusowy znajdują się dziesięć kilometrów od głównych targów (dwóch) i serca miejscowości.
Miejscowości? Wioseczki, bo mieszka tam niewiele ponad 3000 osób.

P1160620 (Copy)

Jedną rzecz trzeba sobie uświadomić: w Laosie mieszka bardzo mało ludzi. Stolica i największe miasto to Vientine zamieszkiwane przez trochę ponad 700k, co jest wynikiem ze wszechmiar przyzwoitym, ale gdy weźmiemy pod uwagę że cały kraj zamieszkuje niecałe siedem milionów ludzi, a rozmawiamy tu o kraju wielkości Rumunii czy Wielkiej Brytanii to okazuje się że ten kraj jest najzwyczajniej w świecie pusty.

P1160627 (Copy)

Hotel znaleźliśmy bez problemu. Laos to nie Chiny, tutaj obcokrajowcy często nawet nie muszą pokazywać paszportu przy rejestracji, wystarczy kasa z góry i podpis.

P1160646 (Copy)

Po zrzuceni plecaków poszliśmy szukać biura które zabierze nas na wycieczkę do puszczy. Pochodziliśmy, poszukaliśmy, ale w końcu znaleźliśmy.

P1160643 (Copy)

P1160642 (Copy)

A potem przyszła kolej na kolację i pierwsza bagietkę od niepamiętnych czasów.

Na południe!

P1160475 (Copy)

Wczesna pobudka w południowym Yunnanie jest dość kłopotliwa. Słońce wstało, pogoda dopisuje, ludzi wokół nie ma, więc jest to idealna pora na spacer i z tym kłopotów nie ma. Kłopoty zaczynają się gdy człowiek postanowi coś zjeść przed ósmą. Tak, dobrze przeczytaliście, do ósmej rano to ciągle wcześnie. Sam tego nie potrafiłem zaakceptować, ale to prawda.
Znalezienie czegoś do jedzenia o tej porze jest niezwykle trudne. W żadnym wypadku nie niemożliwe, ale najzwyczajniej w świecie trudne. Po dwudziestu minutach szukania (DWUDZIESTU MINUTACH! To mi się jeszcze w Chinach nie przytrafiło) znaleźliśmy małą restaurację z nudlami.

P1160477 (Copy)

P1160479 (Copy)

Było to o tyle ciekawe że serwowali w niej jedynie nudle z wywarem, opcjonalnie mięso, a wszystko inne dopierało się już samodzielnie. Czyli można było doprawić sobie po swojemu dodając tyle papryki ile dusza zapragnie. Dla mnie to po prostu bomba, bo uwielbiam ostro przyprawione potrawy a tutaj miałem kilka ich rodzajów do wyboru.

P1160480 (Copy)

Po śniadaniu spotkaliśmy się z Rei Rei u której zostawiliśmy ciepłe ubrania (no naprawdę, przecież nie będziemy się po Laosie przechadzać w kurtkach zimowych), zjedliśmy obiad i ruszyliśmy prosto na granicę.

P1160485 (Copy)

Błyskawiczna przesiadka w Mengla do Mohan i już po kilku godzinach zameldowaliśmy się w tym samym hotelu co rok temu, nawet w tym samym pokoju.

P1160481 (Copy)

Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić zamówienia tych samych potraw co rok temu, ale tym razem makaron na zimno smakował jakoś inaczej…

P1160495 (Copy)

Ostatnie dwa dni w Dali i na południe

P1160432 (Copy)

P1160434 (Copy)

P1160435 (Copy)

Na ostatnią noc musieliśmy zmienić hostel. Zrobiliśmy mały upgrade, czyli z hostelu udaliśmy się do hotelu. Nasze szczęście że były w praktycznie tej samej cenie, aż się człowiekowi żal robi na myśl że mógł cały tydzień spędzić w takich warunkach.

P1160446 (Copy)

W ogóle to właściciele tego drugiego hotelu ładnie to sobie wymyślili. Przyjechali z Harbinu, czyli dalekiej północy, i wynajęli sobie ten hotel by wynajmować go dalej.

P1160447 (Copy)

Po śniadaniu ruszyliśmy kupić bilety autobusowe. Tak na wszelki wypadek, bo z tym to nigdy nie wiadomo. Po raz pierwszy kupiliśmy bilety na przejazd za dnia. Autobus miał, co prawda, być dalej sypialny, ale w Jinghong miał zameldować się około czwartej nad ranem.

P1160449 (Copy)

Biletu udało dostać się bez problemu, widać niewiele osób kieruje się z Dali do Jinghong. Po powrocie postanowiliśmy spędzić nasz ostatni dzień w Dali spacerując i udając się do restauracji odwiedzonej dnia pierwszego i zamawiając znane nam już dania.

P1160456 (Copy)

Dali, i Lijiang, pełne są hosteli i hoteli umieszczonych w domach przypominających te budowane przez mniejszość Bai (w końcu ten region to autonomiczny region mniejszości Bai), więc wyglądają bardzo, ale to bardzo ciekawie. Jednak najciekawszy hostel jaki widziałem w Dali miał okno zamiast ściany, które wychodziło na ulicę.

P1160457 (Copy)

Droga do Jinghong minęła mi spokojnie, June już trochę mniej bo strasznie ją odchorowała, co zresztą będzie motywem przewodnim wszystkich naszych podróży autobusowych w Laosie.

P1160420 (Copy)

Razem z nami jechał inny przybysz z zagranicy, nauczyciel z Hiszpanii pracujący na uniwersytecie w malowniczym Guilin, który będzie kiedyś naszym celem.

P1160431 (Copy)

Do celu dotarliśmy w środku nocy, o wiele za wcześnie niż mieliśmy. O wiele za późno by prosić Rei Rei, czyli znajomą którą poznaliśmy rok temu, o nocleg, oraz o wiele za wcześnie by spędzić kilka godzin włócząc się po ulicach. Dlatego też wylądowaliśmy w hotelu. Drugim, bo pierwszy oczywiście nie przyjmował obcokrajowców. I tak nam się poszczęściło bo bałem się że skończy się na jakimś pseudo trzygwiazdkowym turystycznym cudzie.

P1160460 (Copy)t

P1160470 (Copy)

P1160469 (Copy)

P1160464 (Copy)

P1160460 (Copy)

Erhai i Xizhou

P1160298 (Copy)

Xuzhou, Suzhou i jeszcze Xizhou. Człowiekowi te nazwy naprawdę mogą się pomylić. Można spróbować to zapamiętać o tak: Xuzhou to węgiel, Suzhou to piękne ogrody a Xizhou to oryginalna architektura z czasów dynastii Ming.
Innymi słowy Xizhou to Dali zanim Dali zostało wypełnione turystami.

P1160299 (Copy)

Jak już wspominał Dali, a w szczególności stare miasto, znajduje się w fenomenalnym miejscu u podnóża gór i tuż nad brzegiem olbrzymiego jeziora Erhai (blisko 250 kilometrów kwadratowych), czyli widoki są niesamowite.

P1160309 (Copy)

A skoro są niesamowite to postanowiliśmy z June wynająć skuter i pojechać do Xizhou, czyli jednego z ostatnich miast które mogliby chińscy turyści zniszczyć, a jeszcze tego nie zrobili.

P1160312 (Copy)

Wokół jeziora można wybrać się na dwa sposoby: drogą płatną, lub bezpłatną, ale publiczną. Wybraliśmy tę drugą i ruszyliśmy przed siebie odwiedzając mnóstwo pobliskich miast i miasteczek. Oczywiście nie sposób objechać całego jeziora w jeden dzień, więc skupiliśmy się na dojeździe do Xizhou.

P1160410 (Copy)

Po drodze zjedliśmy makaron na zimno i podładowaliśmy trochę akumulator w skuterze.

P1160335 (Copy)

P1160336 (Copy)

Jezioro ciągnie się niemiłosiernie, podobnie jak korek w którym nagle utknęliśmy bo ktoś postanowił zawrócić, a ktoś inny uznał że nie odpuści i się nie cofnie.

P1160345 (Copy)

W końcu jednak dotarliśmy do Xizhou, które było ogromnym, ale to ogromnym zaskoczeniem. Owszem, czytałem o nim, ale absolutnie nie byłem na nie przygotowany. To naprawdę jedno z ostatnich autentycznych miast w tym rejonie. Dali i Lijiang były i są przebudowywane, za to wioski wokół jeziora Erhai, z Xizhou na czele, pozostają autentyczne.

P1160360 (Copy)

Przynajmniej na razie bowiem i tutaj da się zauważyć wszechobecną pogoń do odnawiania, przebudowywania, zmieniania, czyli dostosowywania do standardów oczekiwanych przez chińskiego turystę masowego.

P1160366 (Copy)

Wkrótce zniknie błoto z ulic, stare budynki zostaną odmalowane, dachy przebudowane, całe ulice zostaną wymienione na nowe, oryginalne sklepy zostaną zastąpione sklepami sprzedającymi to co wszędzie, a wokół wyrośnie olbrzymia baza hotelowa.

P1160370 (Copy)

Pozostaje jedynie cieszyć się ze udało nam się to zobaczyć zanim do tego doszło.

P1160371 (Copy)

Wracając skuter zaczął zwalniać i zwalniać, aż w końcu prawie się zatrzymał więc zrobiliśmy sobie, i jemu, godzinną przerwę na podładowanie akumulatorów, po której ruszyliśmy przed siebie.

P1160389 (Copy)

Rezygnując z wąskich uliczek jechaliśmy już normalną drogą, jedynie od czasu do czasu, w przypadku wzniesień schodząc ze skutera i wlokąc go ze sobą. Godzina ładowania to jednak za mało. Do Dali dojechaliśmy z zawrotną prędkością 9km/h, ale dojechaliśmy.

P1160408 (Copy)

Taka prędkość była jedyną możliwością by June usiadła w końcu za sterami tegoż poskramiacza dróg.

P1160415 (Copy)

Dali

P1160271 (Copy)

Pierwsze co rzuca się w oczy w starym mieście Dali to mnogość uliczek, podobnie jak w Lijiang. Różnica jest jednak taka że w Dali te ulice są o wiele szersze co pozwala na rozwój prywatnej sieci motorowych taksówek.

P1160055 (Copy)

Podobnie jak w Lijiang, przez miasto płynie strumyk, lub pewnie ze dwa.

To był dzień, który June spędziła na próbach zakupów, próbach bo odzew wśród znajomych był znikomy, więc i zakupy były praktycznie nieistniejące, a ja spędziłem na przyglądaniu się ludziom na ulicach.

P1160131 (Copy)

To normalne że w Chinach jest mnóstwo ludzi, ale w miejscowościach typowo turystycznych to nagromadzenie jest jeszcze większe, więc zawsze można wypatrzeć kogoś interesującego.

P1160194 (Copy)

P1160189 (Copy)

P1160243 (Copy)

Samo stare miasto okazuje się być o wiele bardziej nowoczesne od starego miasta w Lijiang, zapewne z powodu znacznej odległości od nowego miasta i to właśnie w Dali udaje się nam bezproblemowo kupić dolary.
Bezproblemowo bo próbowaliśmy też kupić w Lijiang, ale June nie wzięła dowodu osobistego, a obcokrajowcom nie sprzedamy.

P1160006 (Copy)

Co bardzo, ale to bardzo przypadło mi do gustu to wkomponowanie siedzib banków w stare budynki, tak że na pierwszy rzut oka nie są widoczne i nie przeszkadzają w odbieraniu miasta.

P1160078 (Copy)

Jednym z chyba najciekawszych budynków jest kościół katolicki umieszczony w starym budynku z czasów dynastii Ming. Z zewnątrz wyróżnia go jedynie krzyż na dachu, a gdyby nie on nie można by odgadnąć że to katolicka świątynia.
Oczywiście kościół podupadł wiele lat temu, ale podjęto próby radowania zarówno budynku jak i katolików którzy zaczęli przyjmować wiarę. Obecnie w okolicach ma ich być około trzydzieści tysięcy, czyli całkiem przyzwoicie.
Sama świątynia jest dokładnie w takim samym stanie z zewnątrz jak na zdjęciach z roku 1999, w dodatku obok niej stoją te same rusztowania, tylko że teraz ściana przy nich wygląda o wiele gorzej.

P1160230 (Copy)

Dali słynie w całych Chinach nie tylko ze starego miasta, ale także z wytwarzania materiału zwanego batik, oraz marmuru, nazywanego wręcz kamieniem z Dali.

P1160043 (Copy)

P1160116 (Copy)

P1160025 (Copy)

P1160261 (Copy)