Szukanie roweru

Umyśliłem sobie jakiś czas temu że kupię sobie nowy rower. A że bardzo polubiłem konkretną markę to chcę rower konkretnej marki. 99% używanych odpada dla mnie w przedbiegach bo pewnie pochodzą od studentów czyli będą przechowywane na powietrzu. Deszczowym i wilgotnym powietrzu. W dodatku przekraczam wymiary standardowego studenta więc rower muszę mieć trochę ponad standardowy.

P1210296

Udaliśmy się więc dzisiaj do sklepu rowerowego. Nawet znaleźliśmy i nawet był otwarty w ten, przepełniony patriotycznymi hasłami publikowanymi na wechacie (Chińczycy uwielbiają wrzucać na wszystkie możliwe serwisy społecznościowe zdjęcia swoich telewizorów lub komputerów niby to pokazując co to tam akurat w TV czy komputerze oglądają), hucznie obchodzony dzień zwycięstwa nad Japonią (na paradę zaproszono nawet żołnierzy walczący po stronie KMT), nawet mieli rowery i byli chętni do pomocy (chociaż w tle leciała relacja z parady w Pekinie, swoją drogą była to pierwsza w historii ChRL parada wojskowa która nie miała miejsce w dniu niepodległości).

P1210302

I jak weszliśmy to od razu zobaczyłem rower który mi się podoba. Czerwoną szosówkę akurat w moim budżecie. Uparłem się na szosówkę, a nie na górala bo takie moje widzimisię. Góralska meridka była jedna i mi wystarczy, poza tym po górach jeździć nie zamierzam więc po co mi taki sprzęt?

P1210304

Zaczęło się przymierzanie. Wszystkie były za małe. Chociaż jedna taka, daleko hen poza tym ile chciałem wydać była prawie dobra i prowadziła się jak marzenie. No ale była daleko hen poza tym ile chciałem wydać…

P1210321

Chłopaki ze sklepu powiedzieli że jeden konkretny model byłby lepszy (jeszcze w okolicach tego ile chciałem wydać), ale akurat nie mają na stanie w moim rozmiarze, a właściwie to oni nic nie mają w moim rozmiarze na stanie, ale że są autoryzowanym sklepem to podzwonią, popytają, może w stolicy prowincji coś mają i sprowadzą. Lub nie sprowadzą.

P1210323

Wychodząc ze sklepu June tylko się śmiała pod nosem i mówiła Widzisz jacy Ci ludzie na południu są mali? Tak dużych rowerów nawet nie mają.

P1210340

 

P1210338

P1210325

Lekcja wprowadzająca

P1210239

Na dzisiaj miałem zaplanowane spotkanie z moją opiekunką czyli Chinką która nadzoruje dwóch nauczycieli z zagranicy. Nadzoruje w sensie pomaga Im wdrożyć się w system uniwersytetu Huaqiao. Wysłała mnóstwo plików na maila, ale że nie mam internetu to niczego jeszcze nie przeczytałem. Doprosić się o ten internet nie mogę, bo tym zajmuje się już inna osoba, ta sama która zajmowała się innymi rzeczami i prawdę mówiąc aż mnie głowa boli na myśl że będę się musiał z Nią użerać. Podobno w piątek przyjdzie technik żeby zobaczyć co i jak. Pewnie nie przyjdzie bo na czwartek i piątek planowane są dni wolne z okazji 70. rocznicy zwycięstwa nad Japonią. Jakoś tak się Chińczykom uwidziało że od tego roku zamiast święta środka jesieni będą świętować 70. Rocznice zwycięstwa wojsk zjednoczonych (a głównie to przecież Amerykanów) nad Japonią. Rozpisałem się zupełnie nie na temat, więc wracam.

Spotkanie się odbyło, a jakże. Tylko zamiast dowiedzieć się jak obsługuje się dość skomplikowanie wyglądającą klasę pełną komputerów, o której zresztą pisałem, dowiedziałem się wielu rzeczy bardziej przyziemnych. O egzaminach, rozkładach zajęć, ocenianiu studentów i mnóstwie innych rzeczy takich bardziej…nudnych.

P1210247

Bardzo podoba mi się to że sam będę oceniał egzaminy i wprowadzał z nich oceny do systemu, ale bardzo nie podoba mi się fakt że te egzaminy będą odbywać się w tygodniach 19 i 20, a ja wprowadzać oceny mam w tygodniu 22, czyli będę mieć tydzień na sprawdzenie testów (kilku setek testów pewnie) i tu nie chodzi o samo wprowadzanie ocen czy sprawdzanie testów, ale to że odbywają się one w czasie w którym nie będę mieć nic za bardzo do roboty. Chyba że uda się gdzieś na te dwa tygodnie wyjechać. Bo i czemu nie.
Bardzo podoba mi się to że nie mam nad sobą Chińskiego nauczyciela, bo Oni chociaż też obecni, to uczą tylko pisania. Czyli nie ma sytuacji z poprzedniej szkoły gdzie moje oceny sobie a życie sobie bo i tak Chiński nauczyciel będzie je wprowadzał.
Nie za bardzo podoba mi się takie określenie co trzeba zrobić w ciągu semestru, czyli dokładnie podana lista rozdziałów z książki do przerobienia, zwłaszcza że wszystko wyliczone jest co do tygodnia, tak że nie ma możliwości na przesunięcie czegoś, czy zrobienie spokojnej lekcji o czymś co by studentom bardziej odpowiadało. Rozumiem dlaczego tak jest, bo jednak trzeba tych ludzi do jakiegoś ichniego egzaminu przygotować, ale i tak wolałbym mieć tutaj trochę większą swobodę. Chociaż prawdę mówiąc nie widziałem jeszcze książek więc nie wiem czy nie martwię się trochę na zapas.

P1210251

Dużo rzeczy mi się podoba, przynajmniej jak na razie. Tylko poziom skomplikowania ocen jest nieprzeciętny, o czym jeszcze napiszę jak tylko uda mi się zalogować na pocztę i ściągnąć te pliki.
P1210264

Nadgorliwość gorsza od faszyzmu

W dwudziestym pierwszym wieku w kraju rozwijającym się obcokrajowiec może założyć konto bez większych problemów. W Polsce jest z tym bardzo dużo zabawy, a w Chinach wystarczy paszport.

Że w tym roku będziemy musieli sami sobie rachunki płacić to polecono nam założenie konta (by zmniejszyć koszty przelewów między prowincjami) i złożenie polecenia przelewu stałego, a raczej przelewów stałych bo trzeba płacić za wodę i elektryczność.

 

P1210228

Zupa ze świńskich jelit.

Udaliśmy się do najbliższego oddziału Bank of China i nagle okazuje się że nie mogę założyć konta na swój paszport. Strasznie długo trwało dojście dlaczego, bo jeszcze na początku kasjer prosił o drugi dowód tożsamości, a potem olśniło mnie że mam przecież konto w BoC, założone jeszcze w Jiawang i gdy podałem kartę wszystko stało się jasne.

Ktoś w Jiawang wprowadził w system moje pierwsze imię i nazwisko, a w paszporcie jest zapisane pierwsze imię, drugie imię i dopiero nazwisko, więc kasjer stwierdził że konta mi nie może założyć bo chociaż numer paszportu się zgadza to dane w paszporcie się nie zgadzają. Próby wyjaśnienia że to naprawdę nie jest problem, że to przecież mój paszport i moje dane i my się tym drugim imieniem posługujemy bardzo rzadko spełzły na niczym i poszedł przykaz by zadzwonić, a najlepiej to udać się do Jiawang i poprosić o zmianę danych w systemie.

P1210230

No to wiem co będę robił w czasie mojej kolejnej podróży do Jiawang.

Na szczęście June mogła założyć konto bez większych problemów, więc pokrętnie bo pokrętnie ale się udało.

A wracając do domu w przejściu podziemnym ludzie sprzedawali różności. Od owoców, poprzez ładowarki do komórek, na biżuterii kończąc. Najbardziej rzucała się w oczy para sprzedawców owoców którzy przyjmowali płatności przez Alipay. Nie ma to jak przytachać kilka koszy owoców, postawić je w jedynym suchym miejscu w drodze do szkoły i zacząć sprzedawać pozwalając jednocześnie wszystkim (ale jednak głównie studentom) płacić bezpośrednio przez internet.

Dwudziesty pierwszy wiek w kraju rozwijającym się jest pełen sprzeczności.

Witamy w dwudziestym pierwszym wieku w kraju rozwijającym się

 Byliśmy dzisiaj na zakupach w supermarkecie. Pod nosem mamy dwa mniejsze, takie do potrzeb podstawowych, ale do takiego większego musimy się z czterdzieści minut przespacerować. Przespacerować po drodze zamkniętej bo jeszcze będącej w czasie budowy, ale dla pieszych jak najbardziej dostępnej. Przynajmniej nieoficjalnie. Kto wie co tak naprawdę jest oficjalne a nieoficjalne w tym rozwijającym się kraju.

Byliśmy na zakupach i jak to w czasie każdego normalnego procesu robienia zakupów bywa nadszedł moment ów proces zwieńczający czyli udanie się do kasy i uiszczenie opłaty. Uiszczać opłatę można w Chinach na wiele różnych sposobów, można płacić gotówką, można płacić kartą, można płacić, tak jak w Polsce zresztą, telefonem komórkowym, ale można też płacić tak jak w Polsce jeszcze nie można czyli przy pomocy aplikacji.

Mamy w Polsce taki serwis zwący się PayU, powiązany jest blisko z allegro, może nawet do tegoż serwisu należy, nie wiem. Dzięki niemu możemy płacić za zakupy błyskawicznie. Wystarczy zalogować się na konto bankowo, lub nawet stworzyć własny portfel i z niego płacić za zakupy bez potrzeby logowania się do banku. Słowem wygoda, zwłaszcza gdy ma się mocno skomplikowany system logowania do bankowości elektronicznej i jeszcze mocniej skomplikowany system wydawania pieniędzy przez internet.

W Chinach odpowiednikiem tego PayU jest Alipay. Alipay to już prawie bank. Można w nim odłożyć pieniądze, które procentują, na śmiesznym procencie, ale zawsze. Można przez niego doładować konto w komórce, trochę taniej niż normalnie, można kupić bilet na pociąg, bilet na samolot, zamówić taksówkę, zamówić jedzenie, wysłać komuś pieniądze, kupić coś na taobao i parę innych rzeczy wszystko z poziomu aplikacji (no z wyjątkiem tego taobao, ale to dlatego że Alipay i taobao mają tego samego właściciela), bez konieczności instalowania miliona innych apek. Czyli wygodnie.
Można też, o czym dowiedziałem się dzisiaj, zapłacić za zakupy w supermarkecie. Wystarczy podejść do kasy, włączyć aplikację, nacisnąć dwa przyciski i dać kasjerce telefon do zeskanowania. I tyle. Transakcja zakończona, dziękujemy za zakupy, życzymy miłego dnia i zapraszamy ponownie.

Dwudziesty pierwszy wiek w kraju rozwijającym się potrafi być całkiem wygodny.

Deszcz

Dzisiaj pada dopiero drugi raz, a biorąc pod uwagę że poprzedni raz to tylko kropiło to dopiero pierwszy. W nocy też padało, nawet nie wiem do której, ale może nawet do dzisiaj.

Słońce wstaje tutaj mniej więcej jak w Polsce czyli w okolicach piątej, ale o dziewiętnastej już jest ciemno. Przynajmniej na niebie bo wszystkie okoliczne światła tak się świecą że ciemności z dwudziestego piętra praktycznie nie widać.

Zapomniałem w ogóle wspomnieć że dostałem już swój plan i okazuje się że będę uczyć pierwszo i drugo roczniaków i wszyscy Oni są z kierunków nieangielskich, czyli może być wesoło. W dodatku będę w tym roku uczył także rozumienia tekstu słuchanego, czyli w końcu coś nowego. Pewnie dostanę książeczkę, lub dwie, jedną do słuchania, drugą do mówienia, i będę mógł moich nowych studentów dręczyć.

Pokulaliśmy się dzisiaj z June na kampus, który mam dosłownie po drugiej stronie ulicy, do sali będę mieć mniej więcej tak samo blisko jak rok temu, więc jest bardzo fajnie, a w dodatku moja sala, chociaż chwilowo pusta, jest z założenia salą tylko do słuchania więc każdy ze studentów ma przed sobą monitor, do tego słuchawki i mikrofon, a ja mam przed sobą dwa monitory, słuchawki, mikrofon i…aż nie wiem czy będę potrafił z tych wszystkich cudów od razu korzystać. Czyli tu jest bardzo, bardzo duży plus. Oczywiście ustwianie studentów w parach przy stole bez możliwości łatwej zmiany miejsc trochę psuje mi koncepcję prowadzenie swobodnych rozmów, ale jeżeli oprogramowanie będzie dobre, to nie będzie nawet potrzeby przesiadania studentów. Powinno wystarczyć wybranie numerów i ustalenia grupy. To dopiero by było. Mógłbym dobierać zależnie od umiejętności i za każdym razem zmieniać by nikt się za bardzo nie przyzwyczajał, by co zajęcia wychodzili ze swojej strefy komfortu, przez co łatwiej będzie Im posługiwać się językiem poza zajęciami.

Że nie wspomnę już o tym jak bardzo fajnie będzie prowadzić zajęcia ze słuchania w takiej sali, w końcu bez krzyku i wszystko będzie można ładnie przedstawić na monitorze, wręcz można filmy oglądać, czyli coś bardziej praktycznego od tych oklepanych słuchowisk.

Tyle tylko że na razie w mojej sali nie ma żadnych komputerów, ale przecież mają jeszcze czas do dziewiątego września kiedy to zajęcia zaczynam.

Lęk wysokości

Po przyjeździe do Xiamen okazało się że chociaż mamy mieszkanie z dwoma sypialniami (jej), pokojem dziennym, łazienką, kuchnią i dwoma balkonami (ale jednym takim malutkim z którego co najwyżej można popodglądać kogoś w ubikacji więc nie ma co zazdrościć), to nie mamy internetu (to w sumie standard, tylko raz miałem internet zaraz po przyjeździe do Chin, tylko pierwszego roku w Jiawang), a mieszkanie znajduje się na dwudziestym piętrze.

Dwudziestym z trzydziestu czterech.

Czyli nie mieszkamy na kampusie, mieszkamy obok, ale dwudzieste piętro? Kurde…No przynajmniej widok mamy fajny, Tylko że na balkon nie mogę wchodzić i patrzeć w dół bo od razu ściska mnie w dołku. Myślę że to kwestia zbyt rozwiniętej wyobraźni. A raczej wiedzy na temat tego co by ze mnie zostało gdybym z tego piętra spadł i spotkał się z betonem.
Za to gdy patrzę przed siebie to jest całkiem przyjemnie, więc duży plus.

Pogoda jest.
Jest duszno, dzisiaj pada, padało też rano i po obiedzie, więc to już trzeci deszcz. Tylko że tutaj deszcz nie przynosi ochłodzenia. Pada i jak było duszno tak dalej jest duszno. Mam nadzieję że ubrania mi nie zgniją, bo to jest okropne.

Gdy przyjechałem trzy lata temu, po raz pierwszy, do Chin to w czasie biegu oddychało mi się ciężko. Myślałem że po trzech latach mi przeszło, bo i w Changchun i w Longhu (Zhengzhou) było już znacznie lepiej, ale dzisiaj rano…no masakra. Inna sprawa, że dalej z upartością maniaka, staram się biegać szybko, a ewidentnie muszę zwolnić i się stopniowo przyzwyczajać do warunków jakie tu panują.
Tych warunków nie ma co porównywać do Polski czy do Longhu, gdzie momentami było ciężko, tutaj jest ciężko na zupełnie innym poziomie. No ale co poradzisz? Nic nie poradzisz, trzeba zacisnąć zęby i robić swoje, w końcu ludzie tu też biegają, nawet jest fajny maraton w styczniu, więc aż tak źle być nie może.

Tylko to dwudzieste piętro, chociaż nic do bieganie nie ma, trochę mnie przeraża.

Klaustrofobia

Jeszcze przed sekundą rozmawiałem i nic nie zapowiadało że coś się zmieni. Owszem, to nie była najprzyjemniejsza rozmowa dla żadnej ze stron, ale nie było to też coś szczególnie nieprzyjemnego, chociaż zdecydowanie bliżej temu właśnie.
A chwilę później zdałem sobie sprawę z tego jak blisko siebie jesteśmy i, co gorsza, jakie małe jest to pomieszczenie. Serce zaczęło bić szybciej i głośniej, wręcz waliło jak młot pneumatyczny w czasie tych paskudnych letnich dni gdy nie dość że skwar doskwiera to jeszcze ktoś z urzędu miasta uznał że to najlepsza pora na załatanie tej dziury która czeka na załatanie równo cztery lata, rok po poprzednich wyborach.
Gdy serce waliło tak szybko jak tylko mogło płuca zdecydowały że mają za mało powietrza, w końcu z oczu płynęły sygnały o dwóch osobach w tak przeraźliwie ciasnym pomieszczeniu więc informacja poszła a odpowiedzią było mamy problemy z oddychaniem! I wtedy zacząłem łapać powietrze jak ryba wodę, łapczywie, pełnymi ustami, ale nie tak skutecznie, pomimo moich najszczerszych chęci dalej czułem że nie potrafię oddychać.

Wtedy się obudziłem, rozejrzałem się i dotarło do mnie że jestem na trzecim łóżku, tym najbliżej sufitu, tym najtańszym bo oferującym najmniej miejsca. Można powiedzieć zwłaszcza moich rozmiarów, ale przecież ta malutka Chinka z łóżka obok też uderzyła się w głowę, i to nie raz. Druga myśl po przebudzeniu to muszę się wydostać z tego pociągu, wyjść na zewnątrz, przecież ja się uduszę, tutaj nie ma powietrza, zaraz umrę, muszę zejść, otworzyć drzwi. A potem przyszła kolejna nie Bartek, nie musisz, to był tylko sen, nie masz klaustrofobii. Bo to prawda, nie mam, nigdy nie miałem. Lęk wysokości to i owszem, ale małych przestrzeni? Nie. Nie moja bajka. Trwało to parę minut, ale głowa w końcu uspokoiła ciało i nawet się z łóżka nie musiałem ruszać.

Tych kilka minut jednak to było wystarczająco długo by zrozumieć jak czują się ludzie z klaustrofobią. Aż za dużo, już chyba wolę mój mały lęk wysokości.

Facet

Nienawidzę tego koguta. Pieje od czwartej nad ranem, dzień w dzień. Skąd wiem że od czwartej? Bo codziennie mnie budzi więc sprawdzam która godzina. Zawsze jest to czwarta. Podobnie było z moim kotem który patrzył na mnie punktualnie o 2:30 każdego dnia z wyjątkiem niedziel. Kotu darowałem, kogutowi też muszę.

Dzisiaj o 5:44 zapiał i gdy miał skończyć urwał, myślałem więc że ktoś już nie wytrzymał i odciął mu łeb. Skąd wiem że była to 5:44? Bo równo minutę później odezwał się mój budzik a w raz z nim kogut. Jednak nikt go nie zabił.

Ruszyłem biegać. Po raz czwarty z rzędu tą samą drogą w górę i po raz czwarty tą samą drogą w dół. Ciągle sobie powtarzam że muszę biegać wolniej i ciągle sam siebie nie słucham, a to nie dobrze. W każdym razie przebiegłem te kilkanaście kilometrów i dotarło do mnie że nowa koszulka jest tak ładna jak niepraktyczna. Może i nadaje się do biegania dla ludzi którzy biegają sobie od czasu do czasu po parę kilometrów ale dla mnie lepiąca się od potu koszula jest dość średnim pomysłem.

Po raz czwarty ludzie w oddalonych o 4-5 kilometry domkach patrzyli się na mnie dziwnie, a ja po raz czwarty patrzyłem się przed siebie i na tę kozę przypiętą do drzewa, której ewidentnie nie w smak było takie życie.

Zawsze gdy widzę kozę przypomina się jak kiedyś w Jiawang jechałem na meridce i zauważyłem kozę skaczącą w dół z trzymetrowego mostu , od razu przyśpieszyłem bo przecież to już dość wysoko dla takiego stworzenia. Tak przynajmniej wtedy myślałem. Teraz myślę że kozy zostały stworzone do skakania.

Wracając zatrzymałem się na moment by kupić świeżo wypieczony chleb , a potem jeszcze paręset metrów, zakręt i…jakiś facet stoi przed drzwiami. Nie mam pojęcia kto to, więc się odsuwam i idę rozciągać gdzie indziej a przy okazji dzwonię do June. Raz, drugi, w końcu trzeci. Nie odbiera. A przemoczona koszula lepi się do ciała w ten nie całkiem ciepły poranek więc decyduję się wejść do mieszkania. Odkręcam zamek, wchodzę, zakręcam i idę obudzić June. Wyrwana ze snu idzie otworzyć drzwi, a facet już stoi w przedsionku.

Na szczęście, bardziej dla Niego chociaż dla nas pewnie też, facet miał sprawę do ojca June, a że Jego nie ma to sobie poszedł. A mnie w tym wszystkim dziwi ten brak poszanowania dla zamknięty drzwi. Rozumiem że wystarczy pokręcić by je otworzyć, ale czy to znaczy że się kręcić powinno?

Owca na dachu

Uwielbiam jagnięcinę. Jest to najpyszniejsze mięso ze wszystkich jakie znam, wyraziste i wpasowujące się idealnie w moje gusta.

Najpyszniejszego kebaba jakiego jadłem w życiu zjadłem lata temu w Krakowie i był z jagnięciny, a przynajmniej z baraniny. Nigdy przedtem i nigdy potem nie zjadłem równie pysznego kebaba. Nie zrozumcie mnie źle, były przyzwoite, ba nawet bardzo dobre, ale tamten wtedy był czymś wyjątkowym. Może w mojej pamięci robię go czymś jeszcze bardziej wyjątkowym, ale nie dbam o to, to był najlepszy kebab w życiu.

Niektórym, jak mojej babci, zapach jagnięciny się nie podoba. Mój dziadek, podobnie jak ja, jagnięcinę lubił i raz poprosił babcię by ją przyrządziła. Babcia, jak na dobrą żonę przystało, przygotowała pyszny obiad, podała go dziadkowi, a następnie umyła garnek i wyniosła go na śmietnik bo nie mogła znieść zapachu. Mi jednak ten zapach w ogóle nie przeszkadza, ba uwielbiam go.

Jagnięciny jednak nie jem. Nie dlatego że w Chinach czasami podmienia się ją na szczurze mięso, a po grillowaniu nie czuć różnicy (podobno). To zresztą i tak nie jest wielki problem bo wystarczy udać się w miejsce gdzie obrana ze skóry owca wisi i czeka. Wtedy ma się pewność że to nie szczur.

Nie jem odkąd June przeczytała mi jak w Chinach zapalił się budynek na owczej farmie i kilkaset owiec zginęło upieczonych żywcem. Oczywiście Przygoda z owcą Murakamiego i Trium owiec, oraz Sprawiedliwość owiec Leoni Swann także się do tego przyczyniły, ale w mniejszym stopniu.

A skoro nie jem owiec, to siłą rzeczy nie jem też kóz, w końcu w Chinach owca to koza a koza to owca. Dlatego też czasem rok owcy nazywa się u nas rokiem kozy. Nie dość że te słowa brzmią tak samo to jeszcze są zapisywane w ten sam sposób. Czasem jak ktoś ma czas to powie że koza to górska owca, ale z reguły nikt się do takich drobnostek nie przywiązuje.

Piszę o tym wszystkim bo wczoraj idąc z June w odwiedziny do jednej z Jej ciotek, oczywiście po zmroku, bo tu już przed 20 jest ciemno i ani śladu gwiazd na niebie, widziałem owcę na dachu. Nie zdążyłem nawet Junen jej pokazać bo uciekła. Zobaczyła że się na nią patrzę i uciekła sprawiając że w powietrzu zawisły słowa hej June, widzisz tę owcę na dachu?

Koza byłaby o wiele mniej dziwna na dachu niż owca, ale z drugiej strony w tej wiosce część budynków budowana jest na dole drogi, a część na górze, więc spokojnie mogła sobie przeczłapać.

Tak wiem że nie ma zdjęć, ale nic na to teraz nie poradzę. Po 28-ym sierpnia to się zmieni.

Radiowóz

Minął mnie dzisiaj radiowóz i na parę sekund przestało mi bić serce. Mógłbym napisać że chciałem odwrócić się i pobiec w drugą stronę, ale byłoby to kłamstwo bo zostały mi jeszcze cztery kilometry z trzynastu i wszystko przede mną miało być z górki więc nie miałem najmniejszej ochoty znowu biec pod górę. Bliższe prawdy jest stwierdzenie że chciałem uciec w bok, ale w swojej białej koszulce nie byłbym w stanie ukryć się w polu zielonej kukurydzy. Nie mogąc uciec w bok i nie chcąc zawrócić pobiegłem przed siebie.

By zrozumieć dlaczego serce mi się zatrzymało musimy cofnąć się do marca, do sytuacji której na blogu nie opisałem, a przynajmniej nie mam momentu opisywania jej w pamięci, ani w pliku z blogiem, także chyba się nią nie podzieliłem.

Był wczesny poranek. Dopiero unosiła się mgła, lub smog, w końcu to Chiny i ciężko rozróżnić, ruszyliśmy z June na śniadanie. Upatrzyliśmy sobie restaurację z zupą wołową. Zupa wołowa i zupa z jagnięciny to jedne ze specjalności Luoyang, oczywiście nie znajdziecie o tym informacji w większości przewodników, bo one skupiają się na jedzeniu typu bufet wodny czyli tradycyjnych dwanaście dań związanych z płynami które to je się od wielkiego dzwonu. Są to same zupy z kawałkami mięsa i krwią, lub bez krwi to już zależy od restauracji. Nie ma tam żadnego makaronu, ale można kupić chleb i sobie wrzucić, a warto bo z reguły jest to świetny chleb.
Upatrzyliśmy sobie tę restaurację, June zamówiła zupę i chleb dla mnie, a dla siebie poszła po coś obok, bo nie bardzo chciała jeść mięso wtedy.
Zajadałem się zupą w praktycznie pustej restauracji, ludzie nawet na mnie zwracali uwagi i nawet do głowy nie przyszłoby mi to co miało się za chwilę wydarzyć.
Wyszliśmy z restauracji i nie uszliśmy nawet 50 metrów gdy podjechała pod nas policyjny transporter z którego wyskoczyło 3 policjantów, a w środku został jeszcze kierowca. Jeden z nich, zapewne najwyższy stopniem, podszedł do June.
– Jesteś jego tłumaczką?
– Tak.
– Wiesz, że tu obcokrajowcy nie mogą przebywać?
– Wiem i już idziemy.
– Możemy Was odwieźć na dworzec autobusowy.
– Nie, nie trzeba, za mostem czeka na nas znajoma w samochodzie.
– Dobrze. Do widzenia.
– Do widzenia.
Nie wiem czy wydarzyło się to tak szybko że tego nie zarejestrowałem czy też byłem tym tak zestresowany że nie chciałem tego zarejestrować. Ostatecznie nic się nie stało, dotarliśmy do znajomej w samochodzie a potem pojechaliśmy na chińskie wesele. Tylko że…od tego zdarzenia minęło pięć miesięcy a ja z June nie pojechałem do Jej rodziców ani razu. Staram się nie myśleć o tym jak bardzo jest to skomplikowane i zupełnie bezsensowne, bo przecież tej bazy wojskowej nie widziałem nawet z dystansu, ale fakt jest taki że w ten marcowy poranek po raz pierwszy poczułem że faktycznie nie powinienem tam przebywać. Na całe szczęście June mieszka w mniejszej wiosce na wzgórzu gdzie może ludzie się tym aż tak bardzo nie przejmują.

Nie mogę biegać bo mnie wywiozą z tego miasta to wymówka której chyba nikt inny nie ma.