Radiowóz

Minął mnie dzisiaj radiowóz i na parę sekund przestało mi bić serce. Mógłbym napisać że chciałem odwrócić się i pobiec w drugą stronę, ale byłoby to kłamstwo bo zostały mi jeszcze cztery kilometry z trzynastu i wszystko przede mną miało być z górki więc nie miałem najmniejszej ochoty znowu biec pod górę. Bliższe prawdy jest stwierdzenie że chciałem uciec w bok, ale w swojej białej koszulce nie byłbym w stanie ukryć się w polu zielonej kukurydzy. Nie mogąc uciec w bok i nie chcąc zawrócić pobiegłem przed siebie.

By zrozumieć dlaczego serce mi się zatrzymało musimy cofnąć się do marca, do sytuacji której na blogu nie opisałem, a przynajmniej nie mam momentu opisywania jej w pamięci, ani w pliku z blogiem, także chyba się nią nie podzieliłem.

Był wczesny poranek. Dopiero unosiła się mgła, lub smog, w końcu to Chiny i ciężko rozróżnić, ruszyliśmy z June na śniadanie. Upatrzyliśmy sobie restaurację z zupą wołową. Zupa wołowa i zupa z jagnięciny to jedne ze specjalności Luoyang, oczywiście nie znajdziecie o tym informacji w większości przewodników, bo one skupiają się na jedzeniu typu bufet wodny czyli tradycyjnych dwanaście dań związanych z płynami które to je się od wielkiego dzwonu. Są to same zupy z kawałkami mięsa i krwią, lub bez krwi to już zależy od restauracji. Nie ma tam żadnego makaronu, ale można kupić chleb i sobie wrzucić, a warto bo z reguły jest to świetny chleb.
Upatrzyliśmy sobie tę restaurację, June zamówiła zupę i chleb dla mnie, a dla siebie poszła po coś obok, bo nie bardzo chciała jeść mięso wtedy.
Zajadałem się zupą w praktycznie pustej restauracji, ludzie nawet na mnie zwracali uwagi i nawet do głowy nie przyszłoby mi to co miało się za chwilę wydarzyć.
Wyszliśmy z restauracji i nie uszliśmy nawet 50 metrów gdy podjechała pod nas policyjny transporter z którego wyskoczyło 3 policjantów, a w środku został jeszcze kierowca. Jeden z nich, zapewne najwyższy stopniem, podszedł do June.
– Jesteś jego tłumaczką?
– Tak.
– Wiesz, że tu obcokrajowcy nie mogą przebywać?
– Wiem i już idziemy.
– Możemy Was odwieźć na dworzec autobusowy.
– Nie, nie trzeba, za mostem czeka na nas znajoma w samochodzie.
– Dobrze. Do widzenia.
– Do widzenia.
Nie wiem czy wydarzyło się to tak szybko że tego nie zarejestrowałem czy też byłem tym tak zestresowany że nie chciałem tego zarejestrować. Ostatecznie nic się nie stało, dotarliśmy do znajomej w samochodzie a potem pojechaliśmy na chińskie wesele. Tylko że…od tego zdarzenia minęło pięć miesięcy a ja z June nie pojechałem do Jej rodziców ani razu. Staram się nie myśleć o tym jak bardzo jest to skomplikowane i zupełnie bezsensowne, bo przecież tej bazy wojskowej nie widziałem nawet z dystansu, ale fakt jest taki że w ten marcowy poranek po raz pierwszy poczułem że faktycznie nie powinienem tam przebywać. Na całe szczęście June mieszka w mniejszej wiosce na wzgórzu gdzie może ludzie się tym aż tak bardzo nie przejmują.

Nie mogę biegać bo mnie wywiozą z tego miasta to wymówka której chyba nikt inny nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.