Pogoda

Jak już pisałem tydzień temu rozpoczęła się zima. Przynajmniej ta solarna. Rozpoczęła się w niedzielę. Nie będę ukrywać, te pory solarne sprawdzają się w środkowych Chinach. W Zhengzhou i Xuzhou faktycznie ten listopad jest takim przedsionkiem zimy, a i w Polsce mamy przecież przedzimie. W Changchun oczywiście już śnieg pada.
A u nas? 32 stopnie w niedzielę. Podobno rekordowo upalny weekend. W tym tygodniu czeka nas ochłodzenie, temperatura w nocy ma spaść do 18 stopni! DO OSIEMNASTU STOPNI! Jak my będziemy spać?! Przecież to niewyobrażalne, dobrze że mamy kurtki zimowe z Zhengzhou to jakoś te zimne noce wytrzymamy.

No już dość żartów. W weekend trzeba było te dwadzieścia sześć kilometrów przebiec i było nie najgorzej, ale dzień później przy czternastu kilometrach nie dałem już rady i zrobiłem tylko trzynaście. Za ciepło, za duszno, może za dużo, ale prawdę mówiąc jest nieporównywalnie lepiej od tego jak było jeszcze miesiąc temu.

A teraz trochę o smogu bo praktycznie zawsze gdy mówi się o zanieczyszczonym powietrzu, zwłaszcza teraz gdy jest to taki popularny temat w Polsce, mówi się o Pekinie, niektórzy rzucają przykład Szanghaju, ale to chyba bardziej na zasadzie znam to miasto w Chinach to podam nazwę, bo poziom PM2.5 w Szanghaju jest o wiele niższy niż w Pekinie, a w samym Pekinie aż tak źle nie ma. Gorzej nie jest nawet na północnym wschodzie, chociaż tam w zimę jest źle. Najgorzej jest w prowincji Hebei, czyli blisko Pekinu i tam średnie dzienne stężenie w miastach najbardziej zanieczyszczonych waha się w okolicach 140-150. W Pekinie koło 90, a w Szanghaju 60, w Xiamen około 30, ale to jest jedno z najmniej zanieczyszczonych miast w Chinach.
Tylko że te wszystkie wyniki bledną gdy spojrzymy na listę najbardziej zanieczyszczonych miast na świecie i zorientujemy si ę że w pierwszej dwudziestce nie ma żadnego miasta z Chin, jest za to kilkanaście z Indii, a reszta to Pakistan, Bangladesz i Iran. Tylko że tam to skażenie nie prezentuje się tak ładnie w telewizji więc o tym się nie mówi aż tyle.

Nowy kurs

W kontrakcie mam bardzo ładnie napisane że mam zaplanowanych 14 godzin tygodniowo, a jeżeli mam więcej to liczone są nadgodziny. Myk z nadgodzinami jest taki że rozliczane są w trybie rocznym, czyli jeżeli średnio w ciągu dwóch semestrów będę mieć 14 godzin tygodniowo to nadgodziny nie będą liczone. A że w tym semestrze mam godzin 16 to w kolejnym będę mieć 12 (bo nie oszukujmy się, nikt nie chce płacić za nadgodziny). Będę mieć bo studenci drugiego roku kończą te konkretne zajęcia po trzech semestrach, czyli dwóch na pierwszym i jednym na drugim roku. Zostaną mi same pierwszaki, a że tych mam raptem 3 grupy to godzin będę mieć 6.

6 godzin to już się w ogóle nikomu nie podoba, bo przecież to jest jeden dzień na uczelni, więc jak to tak? Także usłyszałem dzisiaj że mam sobie wymyślić kurs który chcę prowadzić. Czyli mam stworzyć typową godziną zapchajdziurę dla studentów. Tylko że ona ma być bardziej dla mnie niż dla studentów. Zapytałem się więc o to ile godzin będę musiał na to zaplanować, bo przecież do tych 12 dalej mi trochę będzie brakować (po cichu liczyłem na to że nikt się nie zorientuje że mam 16 i dostanę 14 w przyszłym semestrze), usłyszałem że mam się tym nie przejmować bo wydział się tym zajmie.
Oczywiście że się wydział tym zajmie. Pewnie skończy się na tym że będę musiał chodzić co tydzień na English corner, na którym tydzień w tydzień muszę się przedstawiać i uczestniczyć w rozmowach prowadzonych w kółko (czyli jedna osoba skończy to druga się wypowiada i tak 15 osób mówi o tym samym) co jest niewyobrażalnie nudne, a do tego dostanę swoje zajęcie i będzie tego razem 10 godzin. Wszystko na zasadzie będzie Pan zadowolony. No rany.

Kurs już sobie wymyśliłem, miałem moment w którym stwierdziłem że zrobię coś ambitnego ale potem dotarło do mnie że to nie są studenci filologii angielskiej i pewnych tematów po angielsku nie ogarną, więc padło na Poznawanie kultury krajów zachodu poprzez filmografię. Czyli dokładnie to samo co chciałem robić poza lekcjami, w ramach kółka filmowego: prelekcja, seans i dyskusja. Teraz nie będzie się to niczym różnić, ale będą za to oceny. Dostaną do napisania esej i tyle. Słabe to strasznie.

Wczoraj nie było notki

To będzie dzisiaj, ale jutro już nie będzie bo zaczyna się trzydniowy weekend, a jak wiecie w weekendy notek nie piszę.

Zbliża się dzień niepodległości, a wraz z nim dzień zakupów w Chinach. W tym roku bez szaleństw z mojej strony, ale jednak parę rzeczy chcę kupić, przede wszystkim buty do biegania, bo chociaż okazyjnie kupiłem terenowe to jednak za dużo w nich nie biegam bo z jednej strony mnie obcierają, a z drugiej są troszku ciężkie (czyli nie że mnie obcierają z jednej s trony, a po prostu są kapkę za wąskie w czubie a nie chciało mi się ich przeszunorowywać co mogłoby pomóc). Także buty do biegania, a reszta to w sumie bardziej rzeczy które i tak bym kupił, ale wstrzymuję się do środy bo będzie przynajmniej trochę taniej. Taobao rzuci dodatkową zniżką bylebym tylko kupił u nich, a nie u konkurencji. Ot chiński sposób na walkę z konkurencją.

Ale to nie jest jedyny sposób na walkę z konkurencją według taobao. Innym, na razie jeszcze nie potwierdzonym, jest szantażowanie sprzedawców ubrań grożąc im że jeżeli będą sprzedawać też w ten dzień, TYLKO W TEN DZIEŃ!, u konkurencji to koniec z dodatkowymi reklamami, i darmowym promowaniem, ich sklepów na taobao. Nie jest to jeszcze potwierdzone, ale podobno już zgłoszone i jakaś tam organizacja w Chinach to bada. Zobaczymy co wybada.

Muszę zrobić adnotację do notki z wtorku bo do niemożliwości kupienia sezamu, białego, doszła niemożliwość kupienia ziarniaków kukurydzy. Ziarniak kukurydzy to owoc, czyli to co wyrasta z kolby i spożywamy, aż musiałem to sprawdzić bo przyznam się uczciwie nie miałem pojęcia jak to się poprawnie nazywa. A po co mi ziarniaki kukurydzy zapytacie, to podstawowy składnik naszych kolacji. Od paru tygodni jemy zagotowane ziarniaki, czasem z fasolą, czasem bez fasoli, dla smaku nawet z cukrem i generalnie jest bardzo smaczne, ale co najważniejsze biega się po tym bardzo przyjemnie bo dużo miejsca w brzuchu nie zajmuje.

A skoro już piszę o taobao, to właśnie kupiłem mleko. Po raz drugi, poprzednio kupiłem łowieckie, tym razem z mlekovity. Polskie mleko w Chinach nie ma co prawda aż takiej renomy jak Niemiecki czy Australijskie, ale dzięki temu jest tańsze a mi o wiele bliższe. Nie wiem, widzą państwo czy to mleko będzie miało najszybszy transport, ale na razie i tak mamy jeszcze dwa litry, więc przeżyjemy.

Tydzień spokoju

Mniej więcej tyle czasu minęło od poprzedniego ataku wiatru. Było już tak cicho i spokojnie, ale znowu się zaczyna. Nie wiem za bardzo dlaczego skoro tajfuny się skończyły, wyczerpały się w tym roku, ale wiać wieje nadal. Zobaczymy.

Chyba tydzień temu pisałem o tym że nie pada, bo faktycznie nie pada, trochę pokropiło w piątek, ale generalnie mówiąc ma się to nijak do typowej polskiej jesieni. Kto to widział żeby w listopadzie jeszcze w krótkich spodenkach biegać, chociaż niektórzy studenci mają już kurtki poubierane w klasie, a ludzie z samego rana także chodzą w kurtkach. Przy dwudziestu stopniach na plusie…Rozpieszczeni są jak widać strasznie.

Ja się tak rozpieścić tą pogodą nie dam, korzystam z niej jak tylko mogę czyli zrywam się o piątej i idę biegać. Widać że pora roku jest już inna bo słońce wstaje coraz później i potrzeba już paru minut żeby się rozgrzać. Absolutnie nie mam zamiaru z tego powodu narzekać, dla mnie są to warunki idealne.

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy w przeprowadzaniu się z miejsca na miejsce w Chinach jest dostępność produktów które można by uznać za podstawowe. Przykładowo w Jiawang było zawsze kilka rodzajów tofu, część świeżych, część smażonych, w Changchun było już gorzej, ale też nie można było narzekać zwłaszcza że tofu było w praktycznie każdym sklepie, ale jednak wybór był mniejszy. W Xiamen tofu jest, ponownie z większym wyborem, ale tutaj skupiają się na tofu świeżym.
Gorzej jest na przykład z sezamem. Czasem tak człowieka najdzie że chciałby upiec chleb/bułki z sezamem. Co wtedy robi? Idzie do sklepu i kupuje sezam bo resztę składników ma w domu. Dla nas jest to zadanie utrudnione bo w żadnym z pobliskich sklepów (do Tesco mamy jednak trochę dalej) sezamu nie ma. Znaczy jest, ale czarny. Czarny sezam nie jest zły, czasem wręcz jest bardzo dobry, ale jednak smakuje inaczej.

To po części moje wydziwianie bo przecież co to za problem kupić sezam przez internet, wyjdzie taniej niż w sklepie, przesyłka prosto pod drzwi, w dodatku za wysyłkę nie trzeba płacić, więc same plusy, ale jednak taka swoboda zakupów gdy nagle człowieka nachodzi ochota na coś, ale musi to zamówić i czekać parę dni aż przyjdzie, znika. I tak jest z wieloma rzeczami. Całe szczęście że mój ukochany bób kupuję już w internecie całkowicie uniezależniając się od sklepów, a orzeszki ziemne znaleźliśmy praktycznie takie same jak w Polsce także rezygnując z długotrwałego procesu poszukiwania czegoś dostatecznie dobrego.

Witamy w listopadzie

W Chinach zima zaczyna się w okolicach 7-go listopada. To wtedy przypada ten pierwszy solarny okres zimowy. Pierwszy z sześciu, czyli niby już zima, ale jeszcze nie ma aż tak źle. Ten koniec jesieni da się już odczuć. Przede wszystkim patrząc na owoce dostępne w sklepach. Coraz mniejszy wybór, coraz mniej pomelo, winogron, durian coraz droższy a coraz więcej gruszek i mandarynek. Temperatura też spada, co nie znaczy że jest chłodno. Bo przy 23 stopniach nie można mówić o chłodzie. Jest bardzo przyjemnie, ale porównując to do temperatur sprzed miesiąca czuć że jest chłodniej. Ot taki okres przejściowy.

Brakuje mi roweru i zwiedzania okolicznych terenów na rowerze, ale że zakładam iż do maratonu mnie przyjmą to biegam coraz dłuższe dystanse i powolutku odkrywam okolice. Oczywiście biegam w kółko tak żeby wrócić do domu, ale już raz zdarzyło mi się przypadkiem wydłużyć trasę bo wolałem się wrócić niż szukać drogi, a za innym razem posiłkowałem się mapą. No i dzięki tej mapie dowiedziałem się że mam ładną osiemnastokilometrową pętlę wokół zbiornika wodnego tuż za blokiem.

Raz dobiegłem też na wyspę, ale przyznam się uczciwie że wcale mi się ten biegł nie podobał bo trzeba było się przez trzy kilometry tłuc po estakadzie, na chodniku, przy całej kawalkadzie samochodów. Hałas był wtedy przeokrutny.

Problemem z bieganiem według mapy jest taki że nie wszystkie drogi są na nich pokazane. A może inaczej, drogi nawet i mogą być pokazane, ale nagminnie zdarza się że chodniki są niezdatne do użytkowania bo są pozastawiane czy to samochodami czy znakami ostrzegającymi o dziurach, lub też są rozkopane. To strasznie wybija z rytmu, więc chociaż lubię pobiegać by znaleźć nowe trasy to robię to raz w tygodniu w trakcie wycieczek biegowych, inaczej zwariowałbym od tych ciągłych zmian rytmu. A tak, ten jeden dzień w tygodniu kiedy człowiek nie musi martwić się zajęciami można wyjść spokojnie pobiegać, zgubić się w czasie biegu, dać wybić się z rytmu, potem znowu się w nim odnaleźć i znowu zgubić i nie ma w tym nic złego bo na końcu drogi i tak czeka naleśnik. Lub nie czeka, bo chyba mi się przejadły.

Za to może czekać pomelo, chociaż to też już pewnie nie za długo.

Sukces

Różnie można podchodzić do tego czym jest sukces w edukacji. Jeszcze na studiach postawiono przed nami pytanie co jest większym osiągnięciem, podniesienie średniej ocen z poziomu 60 na 75 czy 80 na 90, czyli wyciągnięcie uczniów średnich do dobrych czy dobrych do bardzo dobrych. I to jest bardzo dobre pytanie na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi.

Prawdę mówiąc to wydaje mi się że nie ma na to pytanie odpowiedzi bo oba osiągnięcia są sukcesem, procentowo większym będzie to podskoczenie 15 punktów procentowych, ale realnie jest to niemożliwe do ocenienia. To są po prostu dwa kompletnie różne wyzwania. O ile tym uczniom średnim może wystarczy tylko trochę pomóc i trochę Ich nakierować, lub coś wytłumaczyć, o tyle by pomóc tym uczniom już dobrym wskoczyć na poziom jeszcze wyższy będzie trzeba poświęcić więcej czasu i uwagi. Że nie wspomnę o zupełnie innych wymaganiach, czy motywacji.

Do tej pory zawsze pracowałem z uczniami słabymi/średnimi. Parę lepszych jednostek zawsze się znajdzie, jak chociażby jeden chłopak który wyjedzie studiować do Anglii (chociaż między Bogiem a prawdą to rozumiałem go tak w 8 przypadkach na 10, ale to kwestia tego że mówił przeraźliwie cicho), ale generalnie większość wahała się tak w okolicach średniej. No z wyjątkiem oczywiście Jiawang, ale to zupełnie inna kategoria, mój pierwszy rok w Chinach i nijak nie mogę tych dzieci…młodych ludzi oceniać sprawiedliwie.

Sukces to zresztą nie tylko podniesienie średniej ocen bo to tylko testy, a edukacji nie powinno się sprowadzać do czegoś tak łatwo mierzalnego jak numerki bo wtedy człowiek łatwo wpada w pęd za ocenami i kończy się to tym że najlepsi nauczyciele to wcale nie ci którzy uczą najlepiej, a ci którzy najlepiej przygotowują do testów. Co też jest oczywiście istotne, ale ja chyba jestem romantykiem i wolę na to patrzeć bardziej pod kątem przekazywania pasji i zarażania nią podopiecznych.

Ja swój mały sukces odniosłem dzisiaj. Przepytałem całą klasę. Tak, zdarzało mi się to przedtem, ale to było z zadań domowych, a dzisiaj porozmawiałem ze wszystkimi w czasie lekcji. I jestem z tego bardzo dumny, bo jednak pogadać z trzydziestoma pięcioma studentami to jest wyczyn. Już planuję powtórzyć to w przyszłym tygodniu.

Spychologia

W Polsce jednym ze sposobów radzenia sobie z problemami jest spychologia, czyli spychanie problemów na innych ludzi. Podobno teraz w urzędach jest lepiej i nie trzeba już biegać od okienka do okienka, z piętra na piętro i wręcz dopraszać się o jakieś podstawowe sprawy. Podobno, nie wiem, niczego w urzędach nie załatwiałem już od kilku lat.

W Chinach metoda ta jest nie tylko popularna, jest wręcz, moim zdaniem, metodą priorytetową. Jest pierwszym rozwiązaniem które przychodzi ludziom na myśl gdy tylko widzą problem. Zepchnąć go na kogoś innego.

Studenci na mojej uczelni muszę zapisać się na zajęcia językowe, tak jak u nas trzeba się zapisywać na lektoraty i zajęcia z WF-u. Norma, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. W tym tygodniu, ósmym tygodniu zajęć, czyli równo w połowie semestru, dostałem ostateczne listy zapisanych studentów na moje zajęcia wraz z zadaniem sprawdzenia czy są na nich wszyscy studenci. Skąd ja mam to wiedzieć…Przecież te moje listy obecności mogą być niepełne, bo ktoś się zapisał na zajęcia ale nigdy nie przyszedł więc na mojej liście Go/Jej nie będzie. Czyli co mam zrobić? Oddelegować zadanie do starostów grupowych. Którzy przecież muszą zająć się kilkoma grupami bo częściej niż rzadziej te grupy są z kilku kierunków.

Ten schemat wygląda o tak: Administracja->Opiekun nauczycieli z zagranicy->Nauczyciel z zagranicy->Student. Opublikowanie tych list, przepuszczenie ich przez jakiś program by porównać listy zapisanych z listami wszystkich studentów, bezpośrednie skontaktowanie się ze starostami to zadania przerastające administrację. Po co się z tym męczyć, niech robi to ktoś inny. Tyle dobrego że ta opiekunka stwierdziła że faktycznie administracja powinna się tym zająć, ale nie chciała. Prawdę mówiąc to myślę że to Jej broszka i jedynie próbuje zwalić winę na innych, ale w tych sprawach jestem strasznie cyniczny więc mogę być w błędzie.

Z innej beczki, w tym tygodniu ruszyły zapisy do maratonu w Xiamen i od razu się zapisałem, ale teraz muszę czekać do 11 listopada bo dopiero wtedy ogłoszona zostanie lista zapisanych. Teoretycznie jako obcokrajowiec mam zagwarantowane miejsce (zapewne dlatego że muszę płacić 5 razy tle co Chińczycy), ale wszystko okaże się za dwa tygodnie. Do tego czasu, pozostaje czekać i mieć nadzieję że znajdę się wśród tych 25000 ludzi którzy będą mogli wziąć udział.

Granice prywatności

W Chinach chyba nie ma czegoś takiego jak sprawy zbyt prywatne. A może są, ale jeszcze się z nimi nie spotkałem. Ludzie rozmawiają o pieniądzach na porządku dziennym, ot przykład pierwszy z brzegu, dzisiaj zadzwonił do mnie student (który najpierw skontaktował się z prowadzącą English Corner, która to najpierw zapytała się mnie czy w ogóle może ten numer przekazać – jak na Chiny rzecz niespotykana), by powiedzieć mi że Jego nauczyciele poszukują nauczyciela angielskiego i chcieliby się dowiedzieć jaka jest moja stawka (żeby do finansów delegować studentów…), rozmowy o życiu rodzinnym to chleb powszedni, w końcu wszędzie pytają się o to czy masz rodzinę, a dzisiaj dwie studentki zapytały się mnie czy mamy z June dziecko. Zresztą to bardzo częste pytanie gdy tylko mówię o June.

Rozmowy o rodzinie, opowiadanie o tym że rodzice są uparci, trudni w obyciu to norma. Do teraz przed oczami mam, i zapomnieć nigdy nie chcę, studenta który powiedział mi że nie wiedział że ojciec go lubi dopóki nie dostał od niego iPada na dwudzieste pierwsze urodziny, bo dopiero wtedy zrozumiał że ojciec jest się w stanie dla Niego wykosztować więc coś do Niego czuje.

Także te granice prywatności, w rozumieniu przeciętnego Polaka, są dość rozciągnięte. A dzisiaj jeden ze studentów rozciągnął je jeszcze bardziej. A skoro rozciągnął je przede mną, przed całą grupą to i ja opowiem Wam Jego historię.

W pierwszej klasie ogólniaka zakochał się w dziewczynie, rozmawiali, bawili się, ale w pewnym punkcie Ona powiedziała nie, a w drugim semestrze ich drogi się rozeszły bo trafili do innych klas. Z tego powodu przestali ze sobą rozmawiać, ale On o Niej nie zapomniał. Po trzech latach ogólniak się skończył, On poszedł na studia, Ona uczyła się raz jeszcze bo wymarzyła sobie świetny uniwersytet. On przez ten czas pracował nad sobą by być jeszcze lepszym i by w końcu Ją do siebie przekonać. Po roku, czyli w tym roku, udało się Jej do niego dostać, a On pojechał do Niej z gratulacjami. Wziął kwiaty, czekoladki i zaplanował cały wspólny dzień. Po trzech i pół roku nie rozmawiania ze sobą W OGÓLE. Ona, rzecz jasna, się nie zgodziła. On wrócił do szkoły ze złamanym sercem. Po paru miesiącach Ona jednak zmieniła zdania i powiedziała że mogą spróbować. On się nie zgodził twierdząc że chce zachować Ją w pamięci taką jaka była w ogólniaku.

Ja bym nie miał odwagi się do czegoś takiego przyznać publicznie.

Teraz mogę zobaczyć świat

Dezerter lata temu nagrał utwór Plakat, zarzucę cytatem najbardziej zapadającym w pamięć (…)wiem że inaczej nie zobaczę świata, jak tylko na plakacie, albo w głupim filmie.

Czasem zapominamy o tym jak łatwo jest nam obecnie podróżować między krajami. Wystarczy dowód, od biedy paszport, no czasem, ale to już w ostateczności, potrzebujemy wizę. Chyba tylko do USA jest się nam, Polakom, tak dość trudno dostać z powodu wizy.
A przecież jeszcze paręnaście lat temu żeby pojechać do Czech trzeba było pokazać paszport i dostać do niego pieczątkę. DO CZECH PASZPORT!
Przed oczami mam olbrzymi korek na przejściu w Cieszynie w którym tata spędził kiedyś dwa dni, a razem z mamą przywoziliśmy Mu jedzenie.

Internetu cenzurowanego nie mamy, możemy oglądać co chcemy, kiedy chcemy i nie ma większego znaczenia z jakiego kraju pochodzi materiał, czy jest zgodny z poglądami polskiego rządku, czy też jest im przeciwny. Nie musimy się, za bardzo, martwić tym co piszemy w internecie bo zasadniczo nikt nas nie wtrąci za to do więzienia, co najwyżej posta nam usuną.

A dla obywateli Chin tak lekko nie ma. Wszędzie paszport, prawie wszędzie wizy, w dodatku do Unii Europejskiej mają ciężko się dostać, chyba że przez jakąś agencję, do Japonii, Korei czy na Tajwan mają dostać się bardzo trudno, chyba że w ramach zorganizowanych wycieczek, a i w tedy ten Tajwan jest trudny do zdobycia.

Internet to w ogóle inna bajka. Czasem jest to bardziej intranet, taka sieć wewnętrzna bo mało co na zewnątrz wychodzi, ostatnimi czasy rozmowy przez skype’a są coraz trudniejsza, o youtubie, google, to w ogóle można zapomnieć. Ogólnie to nie ma lekko, chociaż taki przeciętny Chińczyk i tak się obejdzie bo część rzeczy z youtube’a i tak ktoś gdzieś jakoś opublikuje, a to że jest to raptem wycinek i będzie w śmiesznie słabej jakości? Grunt że jest. Też się kiedyś tak cieszyłem, że w ogóle miałem cokolwiek.

A piszę o tym wszystkim bo przyszedł do mnie dzisiaj jeden ze studentów i zapytał czy mam dostęp do facebooka, albo youtube’a. Wytłumaczyłem Mu co i jak, ale okazało się że z darmowego programu nie może skorzystać bo władza automatycznie blokuje wejście na stronę z której można go pobrać. No to wysłałem Mu mailem. I teraz działa, przegląda co tylko chce i w podziękowaniu usłyszałem teraz mogę w końcu zobaczyć świat i od razu zrobiło mi się ciepło na sercu.

Poranne widoki

Zdjęć nie będzie bo chociaż biegam z telefonem i zdjęcia robić bym mógł to jednak zatrzymywanie się i robienie zdjęć mija się z celem bo wtedy prawie w ogóle bym nie biegał.

A robić zdjęć jest czemu bo widoki tutaj są po prostu kapitalne, zwłaszcza gdy człowiek zerwie się jeszcze przed świtem i ruszy w stronę zbiornika wodnego z jednej strony którego nie widać tego drugiego. Słońce powoli wstaje, wychodzi z tych chmur które opatulają całe niebo od dnia poprzedniego i rzuca promienie na wodę zmieniając ją w zbiornik wodny z olbrzymią pomarańczą. To naprawdę fantastyczne i do takich widoków ciężko jest się przyzwyczaić chociaż widzi się je praktycznie codziennie.

Ludzie wychodzą tutaj biegać z samego rana, nie ćwiczyć tai chi, chociaż parę osób zawsze się znajdzie, ale właśnie biegać. Nie tak jak w Changchun gdzie prawie nikt nie biegał w tym olbrzymim, jak na Chińskie realia, parku, ani w Xuzhou gdzie większość ludzi to przede wszystkim tańczyła i uprawiała tai chi, ani w Zhengzhou gdzie chociaż studenci biegali to głównie w kółko, a oprócz Nich prawie nikogo innego tam nie było więc nikt niczego nie robił. Tutaj widać codziennie ludzi, którzy biegają, witają się z innymi biegaczami, czyli jest swojsko.

I człowiek biega tak między tymi zbiornikami wodnymi, w okolicy jednych z najciekawszych, pod kątem architektonicznym, akademików w mieście i aż chce się biegać. Czyste powietrze, widać słońce, niebo błękitne, temperatura wręcz za wysoka jak na koniec października, bo kto to widział żeby jeszcze w ostatnim tygodniu października tak się pocić i wypijać w ciągu godziny pół litra wody. W Polsce to nawet w środku lata mi się nie zdarzało, ja z wodą nie biegałem przecież od czterech lat, a tutaj to nie wyobrażam sobie tej wody ze sobą nie mieć.
Za dwa tygodnie rozpoczyna się w Chinach zima, czyli przychodzi ten pierwszy zimowy okres solarny, a ja w sali wysiedzieć nie mogę, bo klimatyzację w końcu wyłączyli.

Jak dobrze pójdzie to uda mi się zapisać na maraton. To w ogóle ciekawe bo chociaż miejsc jest całkiem sporo, jakieś dwadzieścia pięć tysięcy, to zapisy uruchamiane są dopiero w listopadzie, przynajmniej tak było do tej pory, więc na ledwie dwa miesiące przed samym maratonem. W dodatku poszli po rozum do głowy i na trzy tygodnie przed maratonem, odbywa się połówka, czyli tak idealnie żeby się przetrzeć. Zapisać się spróbuję, w tym roku z dotarciem nie powinno być większych problemów. Nie mieszkamy już na odludziu i wiemy że nikt z uczelni nam nie pomoże. Tego dowiedziałem się od studentów którzy też chcą wziąć udział.