Ostatnia prosta

Tak to można nazwać bo zostały jeszcze tylko cztery dni, a właściwie to tylko trzy. No i rzecz jasna same egzaminy.

Dziwny jest dla mnie ten rok cały. Z jednej strony fajnie spróbować czegoś nowego czyli zajęć ze słuchania, ale z drugiej strony…no cóż, brakuje mi takiego bardziej bezpośredniego kontaktu ze studentami. Owszem, czasem to jest męczące, ale dzięki temu Oni są bardziej ludzcy.

Nie mamy wielu możliwości by normalnie porozmawiać, jedną z najlepszych jest egzamin końcowy i wtedy wychodzą różne kwiatki. Jak chociażby student który stwierdził że całe wakacje spędzi w domu ucząc się bo nie chce tracić czasu na nic innego, a jedyne miejsce w które mógłby ewentualnie wyjechać to takie w którym odbyłaby się jakaś interesująca go konferencja.

O…albo studentka która stwierdziła że nie lubi nigdzie wyjeżdżać bo łatwo gubi drogę i się boi że nie znajdzie drogi powrotnej.

Że o rzeszy studentów która nosa nie wyściubiła poza kampus przez cały rok nie wspomnę.

Naprawdę zastanawiają mnie Ci młodzi ludzie. Dlatego w przyszłym roku trochę zmienię podejście.

W ogóle nie czuję żebym przez ten rok rozwinął się jako nauczyciel i to mnie trochę irytuje, ale zamiast patrzeć na to w ten sposób spojrzę tak – rozwinąłem się bo widzę jaśniej co mogę i powinienem poprawić, no i przede wszystkim w końcu prowadziłem zajęcia z czegoś innego niż konwersacje.

O tym jak bardzo studenci oderwani są od rzeczywistości niech świadczy takie coś: w mojej szkole są oni zobowiązani do uczestnictwa w zajęciach społecznych by lepiej zintegrować się ze społeczeństwem. Co to za zajęcia społeczne? A różnie, niektórzy idą do pracy, niektórzy zajmą się ankietami i rozmowami z ludźmi, a na końcu napiszą na ten temat esej.
Oczywiście na temat tego czego nauczyli się w pracy i w czasie rozmów z normalnymi ludźmi. No tak, to ma bardzo dużo sensu bo przecież Ci młodzi ludzie spędzili 11 lat swojego życia zamknięci w szkole, a niektórzy w dalszym ciągu wyjść z niej nie chcą.

Weekendowe bieganie [18-19 VI

Na plus: pobudka o trzeciej trzydzieści przeszła bez problemów.
Na minus: i tak było duszno.
Na plus: zobaczyłem wschód słońca z zupełnie nowej perspektywy.
Na minus: musiałem zmienić planowaną trasę z powodu braku wody.
Na plus: mogłem kilka razy odpocząć.
Na minus: musiałem kilka razy odpocząć.
Na plus: spróbowałem żelu bekonowo klonowego.
Na minus: był paskudny.
Na minus: żelki czereśniowe także były paskudne.
Na minus: przebiegłem tylko 30 kilometrów.

Wyrzucając śmieci wieczorem zdałem sobie sprawę że dotarłem do momentu w którym przebiegnięcie trzydziestu kilometrów to porażka bo zaplanowałem przebiec 32, a miałem nadzieję na więcej.

To pierwszy bieg w czasie którego nie miałem ze sobą domowej roboty izotoników i nie wiem jeszcze czy to z tego powodu poszło mi tak słabo, czy jest to problem bardziej złożony. A pewnie jest bo czułem że mam ze sobą za mało kalorii. Jeden żel i jedna paczka żelków powinna wystarczyć, ale nie wystarczyła, więc trzeba z tego lekcję wyciągnąć.

To był również pierwszy bieg w czasie którego nie potrafiłem doliczyć się ilu litrów wypiłem. Doszło do tego że się zatrzymałem i zacząłem liczyć. 5 butelek to dwa i pół lira, więc 10 to pięć litrów, ale 12 to sześć? I tego że jedna butelka to pół litra, więc dwie to litr mój mózg nie był w stanie przetworzyć. Zajęło mi to dobrych kilka minut. To wtedy dotarło do mnie że lepiej będzie nie próbować biec dalej tylko spokojnie dojść do domu, kupić coś do jedzenia, wziąć prysznic i zacząć się regenerować.  Nie wiem czy to bardziej wina odwodnienia (w co nie do końca chce mi się wierzyć), braku kalorii, czy zwykłego, ludzkiego zmęczenia. Od czasu do czasu zdarzają mi się takie matematyczne zastoje w czasie biegu, ale nie przypominam sobie bym doświadczył tego aż tak dotkliwie. No cóż, na wszystko przychodzi kiedyś pora.

Dobra wiadomość jest taka że dotarł do mnie bukłak, czyli trochę zmniejszy mi się ilość potrzebnych butelek.

W niedzielę było już znacznie lepiej, ale mogło być to też za sprawą chłodniejszego powietrza z rana.

Taka ciekawostka która muszę się podzielić bo jestem z siebie bardzo dumny.
W piątek June kupiła do obiadu bułki, ale takie trochę inne niż normalnie bo fikuśnie zawijane. Zapytałem jak się nazywają i w sobotę kupiłem podobne, ale bez szczypiorku, więc myślałem że to coś innego. Dlatego w niedzielę zapytałem sprzedawcę:
– 这是什么? (Co to jest?)
– huazheer (za skarby nie wiem jak to napisać, ale ze wiem jak brzmi to sobie poradzę, dokładnie tego samego słowa nauczyła mnie June)
Na co jeden z okolicznych gapiów powiedział:
– huablabla (czyli użyl jakiegoś lokalnego słowa bo południowcy sobie z dźwiękiem ‘r’ nie radzą)
A ja powtórzyłem huazheer za June co ewidentnie wprawiło właściciela piekarni w dobry humor bo powiedział 对huazheer.

Miło jest zauważyć że po czterech latach w końcu zaczął mi ten język trochę bardziej wchodzić do głowy.

Kilka słów o pogodzie

Wstaję rano i z miejsca jestem spocony. Rano to dla mnie 5:20. Macham na to ręką bo mogę być spocony po nocy, ale gdy pokonuję pierwszych pięć metrów z łazienki do balkonu i czuję jak na czole pojawiają się nowe kropelki potu to wiem że jest ciepło i duszno.

Wypijam pierwszy kubek wody.

Po toalecie i zabraniu zegarka z balkonu wypijam drugi kubek i wychodzę na dwór.

Przed potem nie ma już ucieczki. Jest ciepło, duszno, słowem strasznie.

Co chwilę muszę się zatrzymywać by się napić. Ale to przynosi ulgę tylko na chwilę, duchota jest taka że powietrze mógłbym żuć.

Są dni kiedy mam wrażenie że już się przyzwyczaiłem, że ciało się przestawiło i jest, jeżeli nie dobrze to przynajmniej przyzwoicie.

A potem są takie dni jak ten cały tydzień kiedy nic mnie z mieszkania nie wyciągnie, a gdy już muszę wyjść wracam zlany potem i odechciewa mi się wszystkiego.

W dodatku czuję się potwornie zmęczony.
Początkowo myślałem że to sprawka tych 34 kilometrów w sobotę, ale potem dotarło do mnie że przecież po poprzednich trzydziestkach tak nie było, więc powód musi być gdzieś indziej. No i zapewne jest to ta pogoda.

Podobnie zmęczony byłem rok temu w Zhengzhou, wtedy myślałem że to przetrenowanie, ale tutaj…no cóż, tutaj tak nie myślę, nie mam też za bardzo jak tego sprawdzić, bo to dopiero pierwszy tydzień.

Przeraża mnie trochę prognoza pogody na sobotę, bo chociaż słupek rtęci ma oscylować w okolicy 26 kresek gdy wstanę, a gdy planowo skończę biegać będzie na kresce numer 30, to odczuwalna temperatura ma być o 8 stopni wyższa. Innymi słowy, duszno, duszno i jeszcze raz duszno. W takie dni człowiekowi zupełnie odechciewa się biegać, zwłaszcza że pozostawiają mnie odwodnionego na kilka kolejnych. To jest mój straszny problem tutaj. Niezależnie od tego jak wiele piję i tak mam wrażenie że to jest za mało.

Może jednak kierowanie się metodą by mocz był w miarę słomkowy jest błędne i powinienem dążyć do tego żeby mocz był całkowicie przeźroczysty? Może to pomoże, bo pomysłów już innych nie mam.

Witam po tygodniu

Weekend mnie zmasakrował. A jeżeli muszę być konkrety to sobotnie wybieganie mnie zniszczyło chociaż w sobotę tego aż tak nie czułem. Zamiast planowanych 32 kilometrów zrobiłem 34 w tym dodatkowo dwa podbiegi pod wzgórze na których czułem się świetnie.

Potem co prawda zaczął się lekki kryzys, bo jednak nogi zbiegające ze wzgórza to nie są te same nogi co nogi biegające po płaskim, ale dałem radę.

Bardzo byłem z tego biegu zadowolony bo chociaż okupiłem go solidnymi obtarciami to wytrzymałem  trzy godziny w tym upale. Co prawda po drodze musiałem kupić jeszcze półtorej litra wody, ale dzięki temu dotarło do mnie że zamiast zawracać sobie głowę przygotowywaniem izotoników najzwyczajniej w świecie będę pić wodę i też będzie dobrze. Może tylko dodam do niej trochę soli, tak na wszelki wypadek.

Na szczęście dotarł do mnie już sudocrem, więc mam już coś na obtarcia, do tego mam malutką apteczkę i folię ratunkową, słowem zebrałem już wszystko co będę mieć w plecaku w czasie ultramaratonu. Jedyną różnicą będzie to że zamiast 3 litrów napojów będą 2 litry w bukłaku, więc powinno być lżej.

Do tego doszło kilkanaście żelów, w tym dziesięć które wezmę ze sobą do Polski i dziesięć które zużyję w Chinach bo mają mniejszą zawartość aminokwasów (czyli nie są aż takie dobre), ale mają o wiele ciekawsze smaki. I teraz je wymienię bo są tego warte: solony karmel, jeżyna, bez smaku, trzy różne jagody, cytryna, karmel, espresso, solony arbuz, ogórek z miętą i bekon z sosem klonowym.

Pierwsza próba już w sobotę.

A teraz może wyjaśnię dlaczego to wybieganie mnie zniszczyło skoro wszystko jest tak dobrze, otóż w poniedziałek i środę biegło mi się tragicznie. TRA-GI-CZNIE. Takiego braku energii nie miałem od dawna, chociaż trzeba przyznać że oba biegi były bieganiem pod górę, łącznie dziesięć razy, czyli łącznie około 1600 metrów, co jak na moje dotychczasowe osiągnięcia jest całkiem przyzwoite. Dla porównania, przez pierwsze dwa tygodnie czerwca suma podbiegów wyniosła 4800 metrów, czyli więcej niż w jakikolwiek inny miesiąc odkąd tu przyjechałem (no z wyjątkiem maja), czyli jak na kogoś kto mieszka nad morzem radzę sobie całkiem nieźle. Mogłoby być lepiej, ale tragedii nie ma.

Wolne

Od dzisiaj aż do niedzieli mam wolne, a że od poniedziałku zaczynają się egzaminy to można powiedzieć że zaczęły mi się wakacje.

Wiem już nawet kiedy odbędą się egzaminy, a wiem bo zamiast pytać się osoby która opiekuje się nauczycielami z zagranicy zapytałem się osoby która egzaminy organizuje. Inaczej pewnie bym się nie dowiedział.

Dzisiaj jednak nie będzie narzekania.

Dzisiaj sześciokrotnie pokonałem blisko ośmiuset metrowy podbieg i wyszło mi blisko 1000 metrów biegu w górę. Oczywiście zrobienie tych dwustu metrów sześć razy ma się nijak do zrobienia czterystu metrów raz, nie wspominając o tysiącu metrów, ale jest to znaczna poprawa w stosunku do poprzedniej górki która jest równie długa, ale wznosi się jedynie o 80 metrów.
Jeszcze będę chciał raz czy dwa wbiec na wzgórze z którego rozciąga się widok na okolicę, ale na to przyjdzie czas, na razie potruchtam sobie na tych ośmiuset metrach.

Oczywiście gdyby pogoda w dalszym ciągu była tak paskudna jak tydzień temu to tych sześciu podbiegów bym nie zrobił, dość powiedzieć że tydzień temu miałem problem żeby zrobić trzy, ale od soboty w końcu jest normalnie. Znaczy temperatury z rana przekraczają 26 stopni, ale temperatura odczuwalna to raptem 30-32 a nie 40+, więc różnica jest niesamowita.
Oraz, co chyba najważniejsze, nie jest już tak strasznie duszno.

Do końca tygodnia ma jeszcze kilka razy popadać a temperatura ma jeszcze spaść. Co jest świetną wiadomością dla mnie, ale pewnie paskudną dla tych wszystkich turystów którzy wybrali Xiamen jako miejsce docelowe na czas Święta Smoczych Łodzi, które rozpoczyna się jutro. A turystów będzie na pęczki bo tym razem do Xiamen jest najpopularniejszym miastem w Chinach.

A teraz taka sprawa która mnie bardzo dzisiaj ucieszyła. Moi studenci chcą pojechać na górę Changbai, lub Pektu zależni od tego z której strony się na nią wchodzi, i potrzebują opiekuna grupy. A zgłosili się do mnie. Niestety, dla Nich, wtedy to już będę w Polsce, ale i tak bardzo to było miłe i niespodziewane.

Weekendowe bieganie [4-5 VI 2016]

Pobudka o czwartej rano była bardzo dobrym pomysłem. Zwłaszcza dla głowy bo mogłem zobaczyć jak słońce wstaje nad zbiornikiem wodnym, co zresztą macie na filmie z soboty.

Co ważne, aż do siódmej nie było bardzo ciepło, więc miałem dwie i pół godziny solidnej pogody a to zawsze pomaga.

Dowiedziałem się że 6 butelek z wodą wcale nie jest za ciężkie, ale trochę utrudnia zapięcie paska i trzeba się trochę nagimnastykować przy pakowaniu. Oczywiście 6 butelek okazało się być za mało i trzeba było jeszcze jedną dokupić, ale to wystarczyło.

Dowiedziałem się również że pora zmienić coś w odżywianiu w czasie biegu, bo chociaż dzisiaj było dobrze to mogło by być lepiej. Chociaż nie wiem czy nie było to za sprawą temperatury, w końcu i ona też mi trochę dała w kość.

Chociaż i tak nie powinienem narzekać bo było znacznie, znacznie lepiej niż tydzień temu i z tego jestem zadowolony. Bo tak jak tydzień temu słaniałem się na nogach pod koniec, tak w sobotę czułem że jest dobrze i że mogę biec dalej, a to wszystko pomimo bólu głowy z którym wstałem z łóżka

To co mnie bardzo cieszy to fakt że będąc już na dwudziestym czwartym kilometrze kiedy mogłem spokojnie pobiec do domu zrobiłem nawrót i wbiegłem pod górę jeszcze raz. Jeżeli pogoda dopisze to za tydzień trochę bardziej tę górkę pomęczę.

Właśnie, jeżeli pogoda dopisze. W sobotę dopisała bo jeszcze w nocy spadł deszcz i było trochę chłodno z rana, ale w ciągu dnia już takie standardowe 32-33 stopnie i jakaś absurdalna temperatura odczuwalna.

A jeżeli pogoda nie dopisze to po prostu bieg zajmie mi jeszcze więcej czasu. Już teraz do tych dwóch godzin i blisko czterdziestu minut musiałem dopisać pół godziny, a jeżeli pogoda będzie gorsza to najzwyczajniej w świecie trzeba będzie biec wolniej i więcej odpoczywać. To jest chyba jedyna strona biegania gdy jest ciepło – nie ma problemu by chwilę odsapnąć na dworze, bo w zimie to zawsze chce się wrócić jak najszybciej do domu.

I taka ciekawostka z biegu o czwartej nad ranem – restauracje jeszcze są czynne i siedzi przed nimi mnóstwo ludzi, co wyjaśnia dlaczego o piątej jest taki straszny syf.

38.7

Taka temperatura została odnotowana w środę w mojej części miasta. Na wyspie zanotowano 35 stopni. Ogłoszono alarm koloru pomarańczowego. Jest jeszcze jeden – czerwony.

Innymi słowy dopadły nas upały.

Nie wiem na ile wiarygodne są wskaźniki temperatury odczuwalnej, ale one tutaj od paru dni przekraczają 40 stopni.
Czyli są to temperatury które znam tylko z opowiadań. Biega się w takim klimacie ciężko, przerwy na picie są obowiązkowe bo bez tego może być źle. Widzę mnóstwo ludzi którzy biegają i nie mają ze sobą wody i bardzo mnie to dziwi. Nie wiem czy biegają tak blisko domu, czy mają ze sobą zapas gotówki, ale dziwi mnie takie podejście. W takim klimacie odwodnienia lepiej nie ryzykować.

W czwartek biegło się bardzo przyjemnie. Nawet momentami było chłodno gdy powiał wiatr od morza.

No dobrze, skończmy jednak o bieganiu na dzisiaj, bo o tym piszę praktycznie codziennie.

We wtorek w końcu odbył się konkurs dubbingowy, który wyglądał tak jak się tego można spodziewać czyli zespoły składające się z kilku osób podkładały głos pod filmy, głównie to bajki. Raz podkładali do filmu do którego się bardzo dobrze przygotowali, a drugi raz do filmu który był niespodzianką.

Było to ciekawe, parę grup podeszło do tego totalnie na luzie i bez większego przygotowania, a parę bardzo profesjonalnie. Jedna grupa nawet podkładała efekty dźwiękowe przy użyciu sztućców, co było świetne, ale w wygraniu Im nie pomogło.

Wygrała za to inna z moich klas, bo to był konkurs tylko dla pierwszaków, a że mam chyba większość pierwszego roku to znaczną część tych studentów znam z zajęć.
Wygrali zasłużenie bo część pierwszą przygotowali wyśmienicie, a w drugiej…właściwie to w drugiej też byli najlepsi.

Nie jest to moja ulubiona klasa, z mojej ulubionej klasy nie było moich ulubionych studentów co może i byłoby dziwne gdyby nie to że to są naprawdę inteligentni młodzi ludzi, ale Ich pasje nie są związane z angielskim, więc najzwyczajniej w świecie nie wystawili najmocniejszego zespołu.

Obawy

Rzadko kiedy obawiam się o bieg z powodów pogodowych. Generalnie to mnie nie rusza czy jest zimny, wiatr wieje, czy deszcz pada. Burze powinny mnie odstraszać, ale chyba z powodu mojej ignorancji nie odstraszają.

Dzisiaj chyba po raz pierwszy w życiu zacząłem zastanawiać się czy w sobotę dam radę przebiec trzydzieści kilometrów. Nie z powodu kontuzji, czy zmęczenia mięśniowego, ale z powodu pogody.

W poprzednią sobotę wypiłem 2 litry i było ciężko. Dzisiaj wypiłem też dwa litry, a dystans był o 4 kilometry krótszy. W sobotę czeka mnie 30 i nie wiem, najzwyczajniej w świecie nie wiem co z tym fantem zrobić.

Będzie ciepło, będzie duszno, będzie nie tak jak lubię. Chyba już wiem. Wezmę ze sobą cztery butelki, jak zawsze i w razie potrzeby kupię kolejne po drodze. Teraz pozostaje jeszcze znaleźć trasę w pobliżu sklepów i załatwione.

Czasem warto o obawach napisać bo można je szybko rozwiać.

Jest taki bardzo ładny cytat z Ptaśka Williama Whartona:
Lęk jest wbudowany w człowieka i nie ma sensu z nim walczyć. Bez lęku bylibyśmy zwierzętami sukcesu. Lęku nie należy się wstydzić. Jest równie naturalny i konieczny jak zabawa albo ból. Muszę nauczyć się z tym żyć.

A jak się wraca do domu i nie można ręki podnieść, najwygodniejszą pozycją w czasie brania prysznicu jest pozycja siedząca to znaczy że nie ma kolorowo. Odwodnienie to jest coś rzeczywistego, nie coś o czym tylko się mówi. Przyznam się bez bicia że w Polsce jakoś ten problem mnie nie dotyczył, do kilku maratonów przygotowałem się w ogóle nie pijąc w czasie biegu, co teraz jest dla mnie niewyobrażalne. Teraz to wychodząc na półtorej godziny minimum piętnaście minut spędzę na odpoczywaniu i piciu. Przerwy, przerwy których nie znoszę, które nie powinny mieć miejsca są codziennością. Inaczej się nie da. A przynajmniej ja inaczej nie potrafię, może za jakiś czas będzie lepiej bo się do tego przyzwyczaję, ale obecnie to jest słabo.

Tylko że to jest że słabo nie znaczy że przestanę biegać. Aż tak źle nie ma.