Weekendowe bieganie [18-19 VI

Na plus: pobudka o trzeciej trzydzieści przeszła bez problemów.
Na minus: i tak było duszno.
Na plus: zobaczyłem wschód słońca z zupełnie nowej perspektywy.
Na minus: musiałem zmienić planowaną trasę z powodu braku wody.
Na plus: mogłem kilka razy odpocząć.
Na minus: musiałem kilka razy odpocząć.
Na plus: spróbowałem żelu bekonowo klonowego.
Na minus: był paskudny.
Na minus: żelki czereśniowe także były paskudne.
Na minus: przebiegłem tylko 30 kilometrów.

Wyrzucając śmieci wieczorem zdałem sobie sprawę że dotarłem do momentu w którym przebiegnięcie trzydziestu kilometrów to porażka bo zaplanowałem przebiec 32, a miałem nadzieję na więcej.

To pierwszy bieg w czasie którego nie miałem ze sobą domowej roboty izotoników i nie wiem jeszcze czy to z tego powodu poszło mi tak słabo, czy jest to problem bardziej złożony. A pewnie jest bo czułem że mam ze sobą za mało kalorii. Jeden żel i jedna paczka żelków powinna wystarczyć, ale nie wystarczyła, więc trzeba z tego lekcję wyciągnąć.

To był również pierwszy bieg w czasie którego nie potrafiłem doliczyć się ilu litrów wypiłem. Doszło do tego że się zatrzymałem i zacząłem liczyć. 5 butelek to dwa i pół lira, więc 10 to pięć litrów, ale 12 to sześć? I tego że jedna butelka to pół litra, więc dwie to litr mój mózg nie był w stanie przetworzyć. Zajęło mi to dobrych kilka minut. To wtedy dotarło do mnie że lepiej będzie nie próbować biec dalej tylko spokojnie dojść do domu, kupić coś do jedzenia, wziąć prysznic i zacząć się regenerować.  Nie wiem czy to bardziej wina odwodnienia (w co nie do końca chce mi się wierzyć), braku kalorii, czy zwykłego, ludzkiego zmęczenia. Od czasu do czasu zdarzają mi się takie matematyczne zastoje w czasie biegu, ale nie przypominam sobie bym doświadczył tego aż tak dotkliwie. No cóż, na wszystko przychodzi kiedyś pora.

Dobra wiadomość jest taka że dotarł do mnie bukłak, czyli trochę zmniejszy mi się ilość potrzebnych butelek.

W niedzielę było już znacznie lepiej, ale mogło być to też za sprawą chłodniejszego powietrza z rana.

Taka ciekawostka która muszę się podzielić bo jestem z siebie bardzo dumny.
W piątek June kupiła do obiadu bułki, ale takie trochę inne niż normalnie bo fikuśnie zawijane. Zapytałem jak się nazywają i w sobotę kupiłem podobne, ale bez szczypiorku, więc myślałem że to coś innego. Dlatego w niedzielę zapytałem sprzedawcę:
– 这是什么? (Co to jest?)
– huazheer (za skarby nie wiem jak to napisać, ale ze wiem jak brzmi to sobie poradzę, dokładnie tego samego słowa nauczyła mnie June)
Na co jeden z okolicznych gapiów powiedział:
– huablabla (czyli użyl jakiegoś lokalnego słowa bo południowcy sobie z dźwiękiem ‘r’ nie radzą)
A ja powtórzyłem huazheer za June co ewidentnie wprawiło właściciela piekarni w dobry humor bo powiedział 对huazheer.

Miło jest zauważyć że po czterech latach w końcu zaczął mi ten język trochę bardziej wchodzić do głowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.