Tag: fotoblog
Przerwa
Skoro przerwa to przerwa także od blogowania.
To były trzy ostatnie dni wolne June, ponieważ wczoraj ruszyła do pracy i od teraz jest Panią Księgową. Panią Księgową która nie spodziewała się ogromu spraw które będzie musiała ogarnąć. To zdumiewające jak wiele rzeczy musi księgowa liczyć w ciastkarni. Ups…czterech ciastkarniach.
Inna sprawa, że ostatnie dwa dni zwijałem się z bólu i nie byłem w stanie nic zjeść. Po raz kolejny. Co roku dochodzi u mnie do takich sytuacji w których organizm buntuje się i walczy z jedzeniem. Albo coś mi się do żołądka przylepiło.
Najgorsze w czymś takim jest to że z jednej strony jest się głodnym, a z drugiej strony nie można nawet myśleć o jedzeniu bo żołądek od razu się przewraca.
Wczoraj nawet myślałem że jest dobrze i poszedłem biegać. Przebiegłem trzy kilometry, poczułem że żołądek jest pełny i wróciłem do mieszkania. Może i przebiegłbym więcej, ale po co ryzykować? Także nie ryzykowałem, odpuściłem i poszedłem kupić parę butelek popularnego napoju gazowanego (skoro mi nie płacą za reklamę to nie będę wymieniał nazwy) i po wypiciu trzech butelek rzeczonego napoju zobaczyłem jeszcze raz wszystko co zjadłem w ciągu ostatnich 24 godzin i to bynajmniej nie na zdjęciach. Dzisiaj, z samego rana już jest dobrze. Kolejne butelki lekarstwa już nie były potrzebne zostały więc wypite do smaku.
To prawda że rzeczony napój jest dobry w przypadku wielu problemów żołądkowych i wypada tylko dziękować wielkim międzynarodowym korporacjom że dążą do homogenizacji współczesnego świata.
Trochę mi tego sobotniego biegu szkoda bo było nie było to miał być bieg długi, czyli fajny relaks, ale co poradzić. Bardzo jestem zadowolony z biegu w czwartek bo tak szybko nie biegłem, od…no bardzo dawna. Zrobiłem taką prostą piramidkę 1-2-3-4-3-2-1 z równymi przerwami i wyszło bardzo przyzwoicie, czyli jest dobrze.
Jutro pewnie będzie tragedia, ale nie z powodu trzech dni przerwy a z powodu braku energii, bo nie oszukujmy się, praktycznie dwa dni jedzenia zostało wyrzuconych z organizmu. Na szczęście nie przejmuję się tym jakoś specjalnie bo przecież biegam dla samego biegania a nie trenuję (chociaż mnie ciągnie).
Cztery dni spędzone w sklepie
Zacznijmy jednak od ogłoszeń parafialnych.
W tym roku nie będę numerował niedzielnych wpisów. Robiłem to przez dwa lata i wystarczy.
Mam poważny problem z wgrywaniem zdjęć. Pierwsza galeria się wypełniła, druga kłóci się z chińskim internetem i nie chce w ogóle wgrywać, trzeciej zakładać nie chcę…Jakoś sobie jednak poradzę.
Zakładam że od tego roku notki będą krótsze i może trochę rzadziej publikowane. Znaczy…jak będę sam w szkole to będą codziennie, ale jak wyruszę do June to będzie różnie.
To tyle, teraz zapraszam do lektury.
Dostałem listę moich grup i okazuje się że mam samych studentów trzeciego roku, różne specjalizacje, ale żadna z nich nie specjalizuje się w angielskim, czyli moje plany o nauczaniu anglistów wzięły w łeb, ale może to i lepiej? Przynajmniej nie będę mieć wątpliwej przyjemności prowadzenia zajęć z angielskiego pisanego, których to zresztą nikt prowadzić nie chce bo zajmują strasznie dużo czasu po zajęciach.
Ogólnie mój tygodniowy rozkład wygląda następująco:
Poniedziałek – dwa zajęcia w tygodni parzysta/trzy w nieparzyste
Wtorek – dwa zajęcia w tygodni parzyste/jedna w nieparzyste
Środa – jedne zajęcia + dwie godziny English Corner
Czwartek – jedne zajęcia
Piątek – trzy zajęcia
W teorii mogłem wybrać inny dzień na spędzenie dwóch godzin (lub godziny dwa razy w tygodniu) na English Corner, ale uznałem że już lepiej będzie przemęczyć te środy. W sumie to nikt oprócz mnie się na te godziny nie zapisał, ale zrzucam to na karb tego że jeszcze nie wszyscy mieli okazję by to zrobić. Lub mają bardzo ciekawie stworzony plan zajęć.
Tak jak napisałem w tytule: cztery dni spędziliśmy z June w sklepie i przeszliśmy prawdziwą huśtawkę nastroi, od sprzedaży sklepu komuś z zewnątrz, do sprzedaży sklepu znajomym June dzięki czemu Ona mogłaby dalej tam pracować a jedynie zmieniłaby się współwłaścicielka, do ponownej sprzedaży.
Oprócz tego ruszyłem biegać i zaskoczyło mnie to że nawet w Święto Środka Jesieni studenci pierwszego roku mieli na sobie mundury i odbywali ćwiczenia wojskowe. CO samo w sobie nie przeszkadza mi ani trochę, ale trochę komplikuje plany odnośnie biegania. I tak właśnie wybiegałem sobie drogę przez kampus uniwersytetu SIAS, oraz przez część Xinzheng, którą już miałem okazję poznać jadąc na rowerze.
Trochę zdjęć nastrzelałem, a na instagramie możecie zobaczyć zdjęcia kaczych serc, jelita wyszły poza kadr. Wszystko z takiego chińskiego fast foodu, który w gruncie rzeczy przygotowuje wszystkie smakołyki na jedno kopyto, także niezależnie co się tam kupi, czy będą to kacze szyje, czy kacze głowy, ośmiorniczki, kacze serca, czy też tofu wszystko smakuje dokładnie tak samo a różni się jedynie teksturą. Trochę to smutne, ale skoro ludzie kupują to znaczy że to odpowiada.
A jutro pierwsze zajęcia. Skłamałbym mówiąc że nie ma we mnie grama stresu. To w sumie normalne że jak się czegoś nie robi dobrych kilka miesięcy to się potem człowiek czuję troszkę zardzewiały. Będzie dobrze!
Fotoblog – zdjęcia z komórki
Siłownia to miejsce dla każdego niezależnie od wieku.
I ubrania.
Zupki błyskawiczne popularne są wszędzie.
Nawet w zapchanych pociagach.
Jak już zająłem ławeczkę i nie ćwiczę to będę oglądał film.
Albo siądę sobie na urządzeniu do ćwiczenia nóg.
Skoro obie nauczycielki grają to czemu ja mam się uczyć?
No przecież ćwiczę!
Zupełnie niewzruszony.
Ani trochę.
Tyci tyci.
Zmęczenie.
Złość.
PRZECIEŻ ĆWICZĘ!
Nauczycielu, przepraszam, ale ja nie rozumiem angielskiego.
Śpiąc na lekcjach się go nie nauczysz.
Tam za walizkami jest kran z wodą. Do mycia rak po wyjściu z toalety.
Komu to potrzebne?
Strój naprawdę nie ma znaczenia.
Nawet w szkole nie ma znecznia…
A jednak nie ma
Pamiętacie jak pisałem że jednak mam zajęcia dzisiaj? Ja też pamiętam. A jednak okazało się że nie mam, gdyż zgodnie z planem zostały one odwołane. Czyli pierwsza wersja była poprawna, a drugiej nie należało słuchać. Nie należało się o nic pytać, tylko nie przychodzić. Chociaż…pierwszy raz pojechałem na meridce do małej szkoły i wyszło na to, że zajęło mi to minut 20. Łącznie z zniesieniem jej z szóstego piętra i wjechanie windą na trzecie w szkole.
Nieporównywalnie szybciej od jazdy autobusem. Teraz pozostaje mieć nadzieję że pogoda tego nie popsuje i będę tak jeździć do końca miesiąca.
Sam pobyt w szkole to nie problem, gdy czekałem przygotowywałem rzeczy na zajęcia więc wykorzystam je za tydzień. W naturze nic nie ginie. A że powrót też zajął mi niecałe 20 minut to natychmiast się przebrałem, wskoczyłem w ciuchy do biegania i poszedłem truchtać.
Chociaż tak po prawdzie dzisiaj to było bieganie. Tempo całkiem przyzwoite w porównaniu do tego co było do tej pory no i samopoczucie też całkiem w porządku. Nie pozostało mi nic innego jak z tego korzystać więc biegłem sobie tak przed siebie jak jeszcze w maju. Bardzo przyjemnie. Tyle tylko że ciepło, a to dla mnie zawsze problem. Ja to lubię jak jest chłodniej, ale to chyba wszyscy biegacze wolą. Takie z nas ciepłokrwiści ludzie po prostu i nie potrzebujemy słońca by się dogrzewać.
Chociaż mogę się mylić ;-) Park oczywiście pełen ludzi i pełen namiotów, co już nie zaskakuje, a stało się wręcz bleh. Mijając jedną ze szkół zauważyłem że odbywało się w niej dzisiaj jakieś święto z rodzicami i wszystkie dzieciaki były tak ładnie odświętnie ubrane, więc zakładam że zamiast dodatkowo męczyć Je z powodu odrabianego piątku w sobotę pozwolono Im na trochę luzu. I dobrze, bo w tym kraju na uczniach ciąży taka presja że czasem trzeba odsapnąć.
Później jeszcze poszedłem na spacer po mieście, co wydaje się sensowniejszym rozwiązaniem niż spacer po parku co bardziej przypominałoby przepychanie się między ludźmi, a tak szlajając się po ulicy można przynajmniej porobić zdjęcia, zobaczyć jak miasto żyje i znaleźć jakiś ciekawy sklep.
To ostatnie udało mi się zrobić bo znalazłem sklep z tanimi owocami. W sensie durian jest tani i arbuzy tańsze niż gdzie indziej, ale jabłka w tej samej cenie co wszędzie, a gruszek to w ogóle nie ma. Czyli niby fajnie, ale jednak bez szaleństw.
Przynajmniej popstrykałem w końcu trochę więcej zdjęć, bo to aż żal patrzeć jak się aparat marnuje.
Od paru dni próbuje się ze mną skontaktować Chińczyk którego poznałem w zeszłym roku i który wtedy proponował mi współpracę w swojej jeszcze nieotwartej prywatnej szkole. A konkretniej to oferował mi prowadzenie zajęć prywatnych. I tak zniknął na parę miesięcy z mojego życia i pojawił się na 16 dni przed powrotem do Polski. Trochę teraz za późno na takie rzeczy. O ile kiedykolwiek był na nie dobry czas.
Podróż na północ
Zaczęła się w piątek gdy po zajęciach ruszyliśmy na nowy przeniesiony przystanek autobusowy i pojechaliśmy na dworzec.
Zajęcia to częściowy sukces a częściowa tragedia bo zostałem olany zupełnie, no ale kto by tam przynosił książki mając w perspektywie wyjazd do domu po zajęciach.
Także było i minęło, nie ma co nad tym rozmyślać, do końca zostało 5 tygodni i zaczyna się wielkie odliczanie bo do zrobienia zostały jeszcze dwa zajęcia. Reszta to testy i prezentacje. Czyli jest bardzo, bardzo dobrze.
Pociąg przyjechał punktualnie i zabrał nas do Yanji. Yanji jest stolicą koreańskiego okręgu autonomicznego Yanbian o czym już wspominałem.
Obudził mnie wschód słońca o czwartej, czyli dużo, ale to dużo za wcześnie. Tutaj też godziny są poprzewracane, dzień wstaje za wcześnie a kończy się również za wcześnie. Mogliby nad tym popracować, ale dawno temu uznano że w całych Chinach należy stosować czas pekiński, zgodnie z duchem jednego kraju. Ich prawo.
Gdy dojechaliśmy już do Yanji zaczęły się poszukiwania naszego hotelu. Trochę to trwało, ale na szczęście udało się i to w dodatku o tyle fajnie że mieliśmy autobus bezpośredni. To też taki pierwszy znaczący przypadek w którym chiński internet nam nie pomógł, ale google nie zawiodło.
Chiński internet bowiem nie potrafił odnaleźć naszego hotelu, a raczej przystanku przy nim, za to google poradziło sobie bez problemu. Co prawda trochę się pogubiło mówiąc że dojeżdża tam tylko jeden autobus, ale nas o akurat nie dotyczyło bowiem i tak ze stacji kolejowej mieliśmy jeden autobus.
Do hotelu dotarliśmy za wcześnie, ale na szczęście pozwolili nam zostawić plecaki i poszliśmy na śniadanie do pobliskiej restauracji, jednej z nielicznych otwartych zresztą, i zamówiliśmy owsiankę która była taka sobie ze wskazaniem na słabą, shao mai czyli takie pierogi które oryginalnie pochodzą z Kantonu i powinny być z wieprzowiną, ale nasze były z wołowiną i Czerwiec nie smakowały, za to ja uważam że były przepyszne.
Następnie przyszła pora na lekki shopping, który trochę skróciliśmy, ale wróciliśmy z niego wzbogaceni o kapelusze, a ja o przyjemność skosztowania sławnych nudli na zimno. Nudle na zimno w zupie jadłem już raz w Pekinie rok temu, koło którejś ze świątyń i pamiętam że były w smaku mocno średnie.
Te dzisiaj były natomiast przepyszne. Dziwne bo słodko ostre, ale przepyszne. Czerwiec w ogóle nie smakowały, ale Ona jest niepozytywnie nastawiona do dań słodko ostrych.
Przed powrotem do hotelu udaliśmy się jeszcze w odwiedziny do pobliskiej piekarni która przyciągnęła nas zapachem świeżo wypieczonego chleba i co prawda prawdziwego chleba tam nie było, ale ten słodki był bardzo, ale to bardzo dobry i miał krótką datę przydatności do spożycia czyli nie był to typowy chiński pompowany chemikaliami chleb.
Jutro ruszamy jeszcze dalej na północ.
Tianjin #2
Pięć ulic
W Tianjin było kilka koncesji: włoska, japońska, brytyjska, belgijska, niemiecka (pruska), austro-węgierska i amerykańska. Każda z nich miała trochę inna architekturę, ale były dość blisko siebie.
Wiele z nich nie zostało bo w czasie okupacji japońskiej dużo zniszczono, ale to co zostało przypomina Europę, o czym już wspominałem, z June udaliśmy się na długi spacer po wu da dao czyli pięciu drogach. Są to obecnie najbardziej znane i najlepiej zachowane ulice z architekturą kolonialną.
Nic tylko chodzić i podziwiać.
Banki
My udaliśmy się na ulicę bankową. A raczej obecną ulicę bankową bo w przeszłości były tam inne budynki. Jest to fantastycznie zachowana ulica wypełniona budynkami z czasów kolonialnych.
I wygląda to jakby było w Europie chociażby dlatego że nigdzie nie ma żadnych restauracji, ani nikt nie sprzedaje jedzenia na ulicy.
Coś jak na Chiny niespotykanego (o czym pisałem wcześniej), a jednak są takie miejsca, gdzie nie ma jedzenia. Co idzie za brakiem jedzenia w Chinach? Brak ludzi. To oczywiste.
Praktycznie wszyscy turyści skupili się na głównych ulicach, ale na przepięknej ulicy finansowej nie było praktycznie nikogo.
A budynki przecież absolutnie niczym się nie różnią, ba są jeszcze lepsze bo można sobie wejść do środka.
Czasem nawet pstryknąć zdjęcie gdy nikt nie patrzy. Fajnie, naprawdę fajnie.
Muzeum pocztowe
I na wejściu Pan prosi żeby nie robić zdjęć. W muzeum pocztowym. No nie mogę. To mnie zdewastowało zupełnie. W Xi’an przy niesamowitych zabytkach historycznych mogę robić zdjęcia, ale w Tianjin w muzeum pocztowym nie mogę.
Koniec końców zdjęć nie robiłem bo ciągle ktoś za nami chodził. W żadnej sali nie byliśmy sami bo zawsze ktoś patrzył, ale to zrozumiałe, w końcu jestem szpiegiem i chcę zrobić zdjęcia. Chociaż może chodzi o to by nie robić zdjęć bo pojawią się podróbki znaczków? Może i tak.
Muzeum pocztowe głównie kręciło się wokół opisów jak działała poczta i jakie to były posterunki pocztowe zanim stworzono system pocztowy, oraz jak to dzielni listonosze pracowali w najtrudniejszych warunkach. Za pięć juanów warto było zobaczyć, ale więcej to lekka przesada.
Budynek obok
Wyszliśmy z muzeum pocztowego i…
Boję się iść sama, chodźcie ze mną.
Dobiegło z klatki schodowej opuszczonego budynku i poszliśmy. Weszliśmy po drewnianych schodach na ostatnie piętro i zeszliśmy bo nie było tam nic ciekawego.
Oprócz drewnianych schodów Ja już nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz chodziłem po drewnianych schodach. Znaczy mam takie w Polsce, w domu, ale w Chinach…nie, chyba nigdy.
Jedzenie
Na lunch zjedliśmy nudle na zimno, ale tym razem w innej restauracji i osobiście bardziej przypadły mi do gustu. Po czym poznać w Chinach dobrą restaurację? Po kolejce. Chociaż to złudne bo może być tam po prostu tanio. W każdym razie nudle smaczniejsze i ostrzejsze.
Na kolację ja zjadłem niu rou mian, czyli nudle z krowim mięchem, a June nudle pomidorowe, ale bez zupy. Moje jednak było smaczniejsze, ale że Czerwiec nie może sobie odmówić pomidorów to Jej smakowało bardziej to co sobie zamówiła.
Tianjin #1
O Tianjin będę pisał w punktach, bo tak jakoś mi wygodniej. Trochę mi się tego uzbierało prawdę mówiąc, więcej niż się spodziewałem i muszę to jakoś nadgonić, a tak będzie mi najwygodniej.
Zimno.
Zimno się nigdy nie zmienia. Jedynie nabiera na mocy. Najgorszą odmianą zimna, jest dla mnie zimny wiatr. Na niego nigdy nie ma rady. Nic Ci nie pomoże, nic Cię nie uchroni. Możesz jedynie zmniejszyć uczucie chłodu, ale nigdy przenigdy go nie pokonasz. Pisałem już o tym parokrotnie przy okazji opisów biegania.
Nie pisałem natomiast jak to jest w mieszkaniach z przeciągiem. A lepiej nie jest, jest wręcz gorzej. Na szczęście nigdy nie miałem nieprzyjemności mieszkać w mieszkaniu z przeciągiem. Miałem za to nieprzyjemność jechania w pociągu z przeciągiem. I nawet by mnie to nie wkurzało, ba nawet bym nie zwrócił uwagi gdybym nie próbował zasnąć gdy ciągle mi wiało po nogach.
Nawet udało mi się zasnąć ale po kilku godzinach obudził mnie chłód od stóp, bo tylko w stopy było mi zimno i postanowiłem coś z tym zrobić Zamknąłem drzwi między przedziałami czym wzbudziłem sympatię towarzyszy podróży, którzy sami postanowili następnie ruszać się i te drzwi zamykać, przez co było nam ciepło i przyjemnie. Doszło do tego że w pewnym punkcie wystarczyło jedno krzywe spojrzenie na kogoś kto drzwi nie zamknął by zaraz je zamknął.
Stacja kolejowa
W Chinach wyjścia ze stacji są zamykane po tym jak pociąg odjedzie. Nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, nie ma chodzenia po peronie.
Metro
Zazwyczaj w metrze stosowane są karty i jest to całkiem fajne rozwiązanie. Tianjin natomiast postanowił się wyróżniać i stosuje plastykowe monety. Rozwiązanie o tyle ciekawe że inne, ale monety mają to do siebie że łatwiej jest zgubić niż większy kawałek plastiku. Są za to chyba bardziej wytrzymałe.
Porcelana
Jest w Tianjin taki dom obudowany porcelaną. Na szczycie znajduje się napis CHINA i jest w tym domie pełno dzieł sztuki ze zbitej porcelany. Jedna z atrakcji turystycznych, ale podobno w środku wygląda to jak wąż i sobie darowaliśmy.
Targ małżeński
To jest coś o czym słyszałem, ale czego nigdy nie widziałem.
Jest sobie taki skwerek na którym stoją ludzie z ogłoszeniami typu: mężczyzna 170, 27 lat, mieszkanie 90m2, szuka kobiety 155-165, 22-26 o stałej pracy. Czyli zwykłe ogłoszenia matrymonialne, tylko że zamiast w gazecie to na żywca.
W dodatku czasem chodzą ludzie z takimi karteczkami przypiętymi do ubrań i można sobie podejść i poczytać.
Nas zaczepiła Pani pytając czy mamy znajomą z Rosji lub Ukrainy bo szuka dla syna. Niestety nie mamy.
Budynki
Jak widać architektura zachwyca. Chińczyków, bo dla nas to w gruncie rzeczy Europa.
Czyli popatrzeć można, porobić zdjęcia też, ale zachwycać nie ma się nad czym bo w domu lepsze. Ano lepsze, tyle że tutaj stanowią kompletną inność i przez to są niesamowite na swój własny sposób.
Fajnie tak sobie pochodzić między tymi europejskimi budynkami. Trochę jak Szanghaj prawdę mówiąc i bardzo mi się to podobało.
Targ z przekąskami
W Chinach wszystko kręci się wokół jedzenia. A jeżeli nie wszystko to 95% wszystkiego. Jedzenie jest zawsze i wszędzie i nie ma innej opcji. Nie ma jedzenia – nie ma ludzi (o tym wkrótce), to takie proste. Podobnie jak – jest złe jedzenie – nie ma ludzi. Targ z przekąskami w Tianjin znajduje się na głównym deptaku, trochę w bok i jest tam mnóstwo budek które oferują dokładnie to samo: szaszłyki wieprzowe, owoce morza smażone na głębokim oleju, śmierdzące tofu i coś słodkiego. A ludzi tyle że nie można się przepchać.
Nowe stare miasto
To w sumie taki standard wszędzie w Chinach by budować nowe stare miasta. Czyli nowe budynki mające wyglądać jak stare. Wychodzi to zawsze z miernym skutkiem, ale ulice takie są wabikiem dla turystów i można tam zawsze znaleźć mnóstwo typowego turystycznego szmelcu, który można kupić w każdej turystycznej miejscowości w Chinach.
Jeżeli gdzieś przeczytacie że Qufu słynie z ręcznie robionych pieczątek, to prawda – słynie, ale nie znaczy że nikt takiej nie zrobi w Shenyang na przykład.
Gliniane cuda
W nowym starym mieście znajdował się dom z rzeźbami z gliny w cenach absurdalnych. Naprawdę, ale to naprawdę absurdalnych. I chociaż ładne to jednak…tyle kasy…
Pies
Spoglądał sobie z dachu na ludzi. I nie szczekał.
Nudle na zimno

To coś co odkryliśmy dnia pierwszego i zajadaliśmy się przez pozostałe dwa dni. Niby takie proste, ale June stwierdziła że sekret kryje się w sosie. No tak, to łatwo wygląda gdy Pani rzuca chochlę tego, tego i jeszcze tego, ale Ona już wie jak to powinno wyglądać.
Śmierdzące tofu
W Changsha nie było zdjęcia, to macie teraz. Smakowało gorzej niż w Changsha, ale tragedii nie było.
Niedziela i przegapione #21
Student z Shandong
Wspomniałem o Nim, a teraz trochę więcej bo sobie chwilę porozmawialiśmy. O Polsce wiedział że Niemcy nas zaatakowali w 1939, czyli już coś poza Chopin i Curie.
– Wiesz co, nie żebym ja się skarżył bo mi to pasuje, ale w Chinach zatrudniają mnóstwo nauczycieli angielskiego.
– No tak, ale my z tego języka w ogóle nie korzystamy, jest nam zupełnie nieprzydatny w życiu codziennym.
– No właśnie. Praktycznie nie macie słów zapożyczonych z angielskiego, filmy macie po chińsku, a nauczycieli zatrudniacie na potęgę.
– Haha, może dlatego że mamy mnóstwo szkół.
No może :)
Niedziela
Dzisiaj zebrałem się z łózka wcześniej żeby zobaczyć wschód słońca. Gdzieś tak nad jeziorem dotarło do mnie że oglądanie wschodu słońca z miejsca w którym zachód wygląda pięknie niekoniecznie jest najlepszym pomysłem.
O ile na zachodzie są ładne drzewa, tak wschód to same budynki. No cóż, wygląda na to że jeszcze przyjdzie mi poczekać na ładny wschód słońca w Changchun, ale przynajmniej zrobiłem sobie poranny spacer. Kurtka wytrzymuje nawet te minus dwadzieścia pięć stopni.
Rzeźby zaczynają powoli wyglądać tak jak cała reszta Changchun – brudno. To nieuniknione przy tej ilości brudnych cząsteczek w powietrzu, o których normalnie tak łatwo zapomnieć. Człowiek uświadamia sobie jak tu jest brudno dopiero gdy wyjdzie na ulicę i zobaczy jak brudny jest śnieg.
Dzisiaj też udałem się na kolację do mojej małej amerykańskiej szkoły gdzie amerykański szef wręczył wszystkim pracownikom tradycyjne chińskie czerwone koperty z pieniędzmi. Chciałbym zwrócić Waszą uwagę na przymiotniki w poprzednim zdaniu, zwłaszcza te związane z krajami. Zastanawiam się czy mój chiński szef zachowa się w ten sam sposób.
Kolacja była super, Chris jest świetnym, ale to naprawdę świetnym gościem z którym można spokojnie porozmawiać po zajęciach, napić się piwa i jest bez dwóch zdań najlepszym szefem jakiego miałem, nie tylko w Chinach.
Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, trochę przeraża mnie to jak bardzo mocno religijna jest ta grupa ludzi, ale może dlatego że nie mam najlepszych doświadczeń związanych z czymś takim, także staram się mieć otwarty umysł, bo to są fantastyczni ludzie i to jest najważniejsze.
Anshan
Nie ufajcie google. Bierzcie mapy google pod uwagę, ale nie traktujcie ich za pewnik. Zwłaszcza w przypadku komunikacji miejskiej. Do tej pory mi się udawało i przystanki były tam gdzie google mówiło, ale nie tym razem.
Tym razem spędziłem blisko godzinę szukając przystanku który był w innym miejsca. Nie ma jednak tego złego bo kupiłem baozi.
W końcu znalazłem przystanek, uznałem że może jest po prostu gdzieś indziej. I faktycznie był.
Przejazd autobusem przypominał mi przejazd przez dzielnice robotnicze na Śląsku. W tle kominy, węgiel, pomniki ku chwale klasy robotniczej. Bardzo to wszystko znajome. Po blisko godzinie dojechałem do parku narodowego.
A co to?
Narodowy park Qianshan 千山国家公园, czyli dosłownie park tysiąca gór, to górzysty park narodowy w prowincji Liaoning położony około siedemnastu kilometrów na południowy wschód od Anshan.
Góry z tego parku należą do pasma górskiego łączącego się z górami Changbai znajdującymi się na granicy między Chinami a Koreą Północną.
Pochodzenie nazwy
Nazwa Qianshan jest skrótem od千朵莲花山, czyli góry tysiąca kwiatów lotosu.

Zgodnie z legendą dawno temu zapadły się cztery rogi nieba a bogini Nüwa chcąc ratować ludzi próbowała je podtrzymać przy pomocy kamieni. Jeden z tych kamieni spadł na ziemię tworząc tysiąc szczytów przypominających razem kwiat lotosu.
Religia
Teren parku narodowego związany jest z kultem religijnym już od czasów dynastii Tang.
Dalszy rozwój nastąpił w okresie panowania dynastii Ming oraz Qing. Rewolucja kulturowa w wieku dwudziestym doprowadziła do opuszczenia, a w konsekwencji do uszkodzenia niektórych budynków. Obecnie są one odrestaurowane.
Fauna i flora
95% parku to las, ponad dziesięć tysięcy sosen ma więcej niż sto lat. Znajdują się tutaj nie tylko rzadkie zwierzęta, ale i rośliny używane w tradycyjnej chińskiej medycynie.
Ciąg dalszy…
W parku znajduje się kilka świątyń, bez sprawdzania powiem że pięć na terenie dość niewielkim, bo od wejścia do szczyty pięciu Buddów są niecałe cztery kilometry.

Szczyty. Taki miałem plan właśnie, żeby odwiedzić jak najwięcej szczytów, jakoś nie zależało mi na oglądaniu największego naturalnego posągu Buddy, który znajduje się w innej części parku i to dodatkowo płatnej.
Pierwszy szczyt w parku nosi nazwę Nieba poznad Niebem i żeby się na niego dostać trzeba przecisnąć się między kamieniami co może kogoś przerazić bo jest tam dość wąsko. Widok za to wynagradza te trudy.

Drugi ważny szczyt to szczyt dużego Buddy, czyli taka mała świątynia z kilkumetrowym pomnikiem Buddy.
Trzecim i zarazem najwyżej położonym szczytem w tej części parku jest szczyt pięciu Buddów.
Trochę ponad pięćset metrów i ciągle po schodach. Właściwie to na wszystkie szczyty można się dostać po schodach. Można próbować na dziko co wybrałem ja schodząc z Nieba poza Niebem, a można też spróbować pojechać kolejką. Chciałem pojechać, bo miałem dość po dwóch szczytach, ale żadna kolejka dzisiaj nie działała.

Na ostatni szczyt wchodziłem trasą której na mapie nie ma, ale która jest oznakowana. Nie była jakoś niesamowicie malownicza, ale wiodła przez las. I były schody.
Tuż przed szczytem znajduje się mała świątynia z pięcioma posągami Buddy, ale to nie są Te posągi, które znajdują się trochę wyżej. Z tego szczytu można pójść do Nieba poza Niebem odwiedzając po drodze praktycznie wszystkie inne szczyty.
Taką też opcję wybrałem uznające ze będzie najbardziej malownicza. Gdy po półtorej godzinie zobaczyłem zakręt prowadzący do świątyni smoka skręciłem w dół. Po pięciu i pół godzinach byłem już zlany potem a nie miałem ze sobą nic do przebrania. Nie zakładałem że będę się aż tak pocił. Ale warto było.
Gdy po zejściu zatrzymałem się na moment, nogi zaczęły mi się trząść. W autobusie powrotnym do miasta zasnąłem, a potem nie miałem już najmniejszej ochoty iść gdziekolwiek.
Na szczęście na stacji kolejowej towarzystwa dotrzymywał mi student z Shandong i jakoś mi ten czas szybko zleciał.
Tuż koło stacji znajduje się TESCO, także poczułem się jak w domu. Taka mała, wielka, rzecz a cieszy.














































































































































































