Koniec

Ostatnie zajęcia za nami. Wszystko poszło zgodnie z planem i zgodnie z oczekiwaniami. Jedyne co teraz mi zostało to przepisać oceny za obecność do pliku żeby to ładnie program policzył.

Liczenie tych ocen byłoby najgorszą rzeczy. 30% z pracy na zajęciach plus 20% z pierwszego egzaminu plus 50% z ostatniego egzaminu i to jest ocena końcowa. Weź to licz…

Chociaż i tak wychodzę na tym lepiej niż studenci psychologii mający zajęcia ze statystyki czego nigdy się nie spodziewali bo przecież matematyka to zło! Powiedział człowiek który do egzaminu z matematyki na studiach finansowych podchodził sześć razy aż w końcu podłożył gotowca nie zmieniając nawet numeracji zadań.

Ach, jeszcze trzeba będzie skserować pytania, ale to już będzie pikuś. Najlepsze że zostały mi już tylko dwa tygodnie egzaminów. Tylko dwa…Rany. To już naprawdę koniec, przeleciało mi strasznie szybko.

Dzisiaj na dworze ponad 35 stopni, upał rozgrzewa beton który na szczęście nie topi się jak asfalt, ale pachnie dość specyficznie i nagrzewa się do tego stopnia że buty z cienką podeszwą same się od niego nagrzewają. Sama radość…

Nie, to nie jest klimat dla mnie. Tęsknie z tym zimnym i mokrym polskim latem. Nawet w Jiawang nie było aż tak ciepło, a Jiawang ma jednak cieplejsze lata niż Zhengzhou. No i w Jiawang jednak padało, a tutaj…sam już nie wiem ile to tygodni bez prawdziwego deszczu.

Niespotykane jak dla mnie żeby tyle czasu nie było oberwania chmury. Chyba czeka mieszkańców Henanu powtórka z zeszłego roku i kolejna susza. Mam nadzieję że się mylę i tak źle nie będzie, ale na razie zbyt kolorowo to nie wygląda.

Bieganie na szczęście nie jest jeszcze uciążliwe, nie jest to poziom duszności z Changchun gdzie były dni kiedy nie było czym oddychać, powietrze stało i po pięciu kilometrach czułem się jakbym przebiegł dwadzieścia.
Skłamałbym pisząc że tutaj nie wracam spocony, bo koszulkę to można wyżymać, ale oddycha się o wiele łatwiej. A może jestem już lepiej przyzwyczajony? W końcu w żadnym innym miejscu nie wybiegałem tyle co tutaj :-)

Jednodniowa przerwa

Upał postanowił sobie wziąć dzisiaj wolne i zrezygnował z dręczenia wszystkich i wszystkiego. Niestety to tylko jednodniowa przerwa ponieważ jutro wróci ze wzmożoną mocą. Prognozy zapowiadają nawet 35 stopni.
To zdecydowanie nie jest klimat dla mnie. Za ciepło i za sucho. Zresztą pisałem że nawet June, przyzwyczajona przecież do tego klimatu, uważa że jest nienaturalnie ciepło jak na tę porę roku.

Jutro pora na ostatnie dwa zajęcia w tym semestrze. Nie odczuwam ani takiej radości jak rok temu w Changchun (coraz częściej dochodzę do wniosku że gdyby tam wprowadzić pomysł z podziałem na dwie grupy tak jak to rozwiązano tutaj to byłoby znacznie lepiej dla studentów) czy takiego smutku jak w Jiawang (to zresztą niemożliwe).

To jeszcze nie pora na podsumowania, których zresztą nie lubię więc się powstrzymam, napiszę więc że przede mną jeszcze tylko dwa takie leniwe czwartki.
Z jednej strony wolałbym jeden, ale z drugiej: co ja bym wtedy robił przez te trzy tygodnie do wylotu? No właśnie…dlatego też lepiej się już przemęczyć przez te dwa wolne czwartki a potem byczyć się przez dwa tygodnie. Chociaż zapewne byczyć się nie będę tylko będę po ścianach chodzić, w końcu wszystko trzeba będzie popakować do walizek oraz popakować do kartonów bo jeszcze nie możemy rzeczy do nowego mieszkania wysłać.
Mieszkania w którym będziemy oboje zameldowani.

Dzisiaj po raz pierwszy nie byłem w stanie zgrać biegu z garmina. Podłączony, ładować się ładuje ale programy uważają że go nie ma. Wczoraj podobnie uważały ale jednak bieg zgrały. Zmiana kabla nie pomogła, zobaczymy czy zmiana ładowarki pomoże (to dopiero nastąpi w Polsce), na razie pozostaje mi biegać bez zgrywania tego wszystkiego na komputer. Na moje szczęście GPS działa, ma się dobrze, więc chociaż dystans mogę sobie śledzić na bieżąco. A to ile przebiegnę w ciągu miesiąca aż tak bardzo mnie obecnie nie interesuje.

Koniec studiów

Jak pokazują nam amerykańskie filmy moment zakończenia studiów jest w USA obchodzony bardzo hucznie. Zjeżdza się cała rodzina, znajomi, wszyscy którzy życzyli i dalej życzą nam powodzenia, po czym przychodzi pora na przemówienia. Dziesiątki przemówień bo przecież i dyrektor instytucji edukacyjnej musi przemówić, potem jakiś zaproszony gość, student z najlepszymi ocenami, no i trzeba jeszcze dyplomy wręczyć.

Ja obroniłem pracę magisterską w czerwcu, gdzieś pod koniec września odebrałem dyplom z dziekanatu i to by było na tyle. Żadnych przyjęć, imprez ani świętowania. Ot, przychodzisz, robisz swoje i wychodzisz. Nie było mi z tego powodu ani smutno ani dziwnie. Nie czułem że czegoś brakuje. Nigdy nie czułem bo na studiach nie ma już akademii, no przynajmniej nie obowiązkowych.

Pamiętam te akademie z podstawówki i ogólniaka. Nudne strasznie, przewidywalne do bólu. Dwa takie momenty utkwiły mi szczególnie w pamięci. Gdy w klasie trzeciej ogólniaka odbierałam nagrodę z jakiegoś konkursu, bodajże z języka niemieckiego, zostałem wezwany na środek korytarza (mój ogólniak był maciupki, nie mieliśmy własnej hali sportowej, większość klas siedziała w swoich klasach i słuchała akademii przez radiowęzeł) gdzie wręczono mi nagrodę a potem pani dyrektor mnie pocałowała w policzek. Co było dla mnie bardzo dziwne i do dzisiaj jest niezrozumiałe.

Drugą akademię która zapadła mi w pamięć była już w klasie maturalnej. Zapadła mi w pamięć bo w jej trakcie urwaliśmy się ze znajomymi na piwo. Biorąc pod uwagę że przez te cztery lata miałem praktycznie stu procentową frekwencję to było to dla mnie nie lada przeżycie.

Piszę o tym bo teraz studenci którzy studia już zakończyli wrócili by zrobić sobie zdjęcia w togach. Chodzą teraz wszędzie albo w jednakowych koszulkach opisanych markerami, albo togami i robią sobie zdjęcia. Świętują koniec studiów chociaż tak naprawdę zakończyli je już parę tygodni temu. W dodatku o 6 rano jest ich stanowczo za dużo. STANOWCZO! Nie dość że normalnie muszę przeskakiwać między pierwszoroczniakami którzy sprzątają to teraz muszę mijać absolwentów którzy wprost uwielbiają stać na środku drogi i robić grupowe zdjęcia.

Jakoś bardziej pasuje mi to zakończenie studiów bez wielkiej pompy.

Trzy.

Spadł deszcz

Wczoraj spadł deszcz. Spadł jest bardzo, ale to bardzo dobrym określeniem ponieważ padał byłoby znacznym nadużyciem. Spadanie trwało niecałą godzinę przy czym były to kropelki. Rano nie było po tym ani ślady. Ani w powietrzu, ani na ziemi.

Nie wiem jak długo nie było już deszczu, chcę powiedzieć miesiąc, ale może przesadzam. Może wydłużam ten okres bo czekam, czekam i nie potrafię się doczekać.

Deszcz nie przeszkadza mi ani trochę. Za to im bardziej jest sucho tym bardziej chcę żeby ten deszcz padał. Padać będzie w kolejnym miejscu do którego zmierzamy, przynajmniej powinien.

June mówi że ten brak opadów jest normalny, ale te temperatury już nie. No tak, dzień w dzień jest ponad 30 stopni. Studenci mają dość, nauczyciele zresztą też, wszyscy chcą jak najszybciej ten semestr zakończyć.

A teraz parę słów o bieganiu bo już dawno nie pisałem.

W niedzielę zakończył się maj w którym wybiegałem ponad 290 kilometrów. Gdybym poszedł biegać w sobotę byłoby ponad 300, ale nie miałem ani sił ani chęci. A w takich warunkach zawsze lepiej odpocząć.
Maj był najszybszym miesiącem w mojej biegowej karierze. Nawet szybszy od maja 2013 roku kiedy to biegałem same interwały raz w tygodniu i wybiegałem chyba 40km przez cały miesiąc.
Pokonałem też największą ilość kilometrów od sierpnia 2012 roku, czyli odkąd przyjechałem do Chin. Dwa w jednym. Nie dość że najwięcej to jeszcze najszybciej.
Mam wrażenie że nie było to najlepsze połączenie. Parę razy miałem dość, chciałem tym machnąć, ale zawsze ruszałem dalej. Ostatni tydzień był już bardzo trudny, a sobota była efektem tego mojego zmęczenia.
Od czerwca planuję dalej biegać tyle kilometrów ile biegałem, ale teraz wolniej. A raczej- specjalnie wolniej, kontrolując tempo by nie biegać tak często poniżej 5min/km, bo chociaż potrafię takie tempo utrzymać przez miesiąc to jednak koszt jest zbyt wielki.

A na koniec – JESZCZE CZTERY ZAJĘCIA!

Historia opium w Chinach

Początki

Według notek historycznych opium zostało sprowadzone do Chin w czasach dynastii Tang (618-907) przez Arabskich handlarzy.
Z czasów dynastii Song (960-1279) pochodzą zapiski Su Dongpo, poety i farmakologa, mówiące o wykorzystywaniu opium jako rośliny leczniczej: Daoiści zachęcają do picia wody jisu, ale nawet dziecko może przygotować zupę z maku.

Początkowo wykorzystywano opium by kontrolować płyny ustrojowe, oraz dbać o qi. W czasach dynastii Ming (1368-1644) opium wykorzystywano także jako afrodyzjak, o czym pisał Xu Boling w dziele Yingjing Juan:
Stosuje się je głównie by poprawić męskość, wzmocnić spermę i odzyskać wigor. Wzmacnia sztukę alchemików, uprawiania miłości, oraz dam dworskich. Często stosowanie pomaga z biegunką prowadzącą do utraty energii. Jego cena jest równa złotu.

Władcy z czasów dynastii Ming otrzymywali opium od swoich lenników.

Opium pozostawało legalne aż do początków panowania dynastii Qing.

Rozwój handlu

Po Bitwie o Plassey w 1757 wojska brytyjskie zaanektowały Bengalu w konsekwencji czego monopol na produkcję opium przeszedł z rąk cesarzy Mughal do Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Jednakże BKW była zadłużona na 28 milionów funtów w konsekwencji wojny w Indiach oraz kupowania herbaty z Chin za którą musiała płacić srebrem. By zyskać dodatkowe środki BKW zaczęła sprzedawać opium w Kalkucie co znacznie poprawiło przychody.

Ponieważ import opium do Chin był nielegalny BKW utworzyła złożony układ handlowy częściowo oparty na legalnych źródłach a częściowo wykorzystywał źródła nie do końca legalne.

Brytyjscy handlarze kupowali herbatę na kredy, w Kantonie, który to kredyt był spłacany sprzedając opium w Kalkucie.
Stamtąd Brytyjskie statki dostarczały opium na wybrzeże Chin przy pomocy Chińskich handlarzy.
Opium znajdowało się w skrzyniach i było pakowane w małe kulki.

W 1797 BKW objęła jeszcze mocniejszą kontrolę nad handlem opium zmuszając hodowców do bezpośredniej sprzedaży, eliminując tym samym pośredników.

Ocenia się że eksport opium wzrósł z około 15000 kilogramów w 1730 do około 76000 kilogramów w 1773.

W 1799 cesarz Jiaqing zakazał importu opium.
Pomimo tego już od 1804 roku to Chińczycy zaczęli płacić BKW za opium. Między 1806 a 1809 rokiem zapłacili około siedem milionów srebrnych dolarów amerykańskich.
W międzyczasie do handlu opium wprowadzili się amerykanie, którzy zaczęli sprzedawać tańsze, ale gorsze jakościowo opium z Turcji. Dzięki temu w 1810 roku 10% handlu opium znajdowało się właśnie w rękach amerykanów.

an-australian-in-china-opium-smoking

W tym samym roku cesarz wydał cesarski edykt:

Opium jest szkodą. Opium jest trucizną która uszkadza dobre zwyczaje i moralność. Jego zażywanie jest zakazane prawem.
Teraz, prosty człowiek z ludu, Yang, ma czelność przynieść je do Zakazanego Miasta. W rzeczy samej on lekceważy prawo!
Jednakże ostatnimi czasy wzrosła liczba osób handlujących oraz spożywających opium. Zdradliwi handlarze kupują i sprzedają opium by zarobić.
Dom celny przy bramie Ch’ung-wen powstał by nadzorować import (nie nadzoruje przemycania opium).
Jeżeli ograniczymy szukanie opium jedynie do portów to z pewnością nie wykryjemy całego przemytu. Powinniśmy także nakazać głównemu komendantowi policji, oraz policjantom nadzorujących pięć bram by zatrzymywali przemyt opium, oraz szukali go przy wszystkich bramach.
W przypadku złapania kogoś kto próbował dokonać przemytu powinni go natychmiastowo ukarać, a opium zniszczyć.
W prowincjach Guangdong, oraz Fujien z których opium jest dostarczane wydaliśmy nakaz by osoby je nadzorujące, oraz nadzorujące handel morski przeprowadzały dokładne poszukiwanie i odcięły dostawców.
W żadnym wypadu nie należy traktować tego listu jako pustych słów i pozwolić na dalszy przemyt opium.

Dekret nie przyniósł większych efektów. Rząd Qing znajdujący się daleko na północy Chin w Pekinie nie był w stanie powstrzymać przemytu na południu Chin.
Dziurawa granica oraz galopujący wzrost zapotrzebowania sprawił że w latach 1820-ych import wynosił około 910 ton rocznie.

W latach 20-ych dziewiętnastego wieku na rynek trafiło także opium z Malwy, części Indii która nie była pod kontrolą Brytyjską. Doprowadziło to do spadku cen oraz wzrostu produkcji.

tumblr_m4usazjTf21rnqa79o1_500

Wydostawanie się srebra z Chin nie było jedynym problemem. W 1838 roku liczba osób uzależnionych od opium wahała się między czterema a dwunastoma milionami a cesarz Daoguang nakazał podjęci kolejnych działać.

Część doradców zalecająca legalizację i opodatkowanie opium została pokonana przez doradców dążących do jeszcze większej kontroli.
Cesarz wysłał Lin Zexu stojącego na czele tych drugich doradców do Kantonu. Tam szybko aresztował chińskich handlarzy opium i nakazał zagranicznym firmom zwrot towaru. Gdy ci odmówili Lin wprowadził całkowity zakaz handlu a obywateli innych krajów zamknął w fabrykach co ostatecznie doprowadziło do przekazania opium.

W ciągu następnych 23 dni zniszczono ponad 1016 ton przemycanego opium.

Pierwsza wojna opiumowa

Po wykonaniu rozkazu zniszczenia opium przez komisarza Lin brytyjscy handlarze zaczęli domagać się zwrotu jego wartości od swoich rządów.
Rząd brytyjski uważał że władze Chin są odpowiedzialne za zwrot pieniędzy i wysłał wojska z Indii, które atakowały wybrzeże Chin. Już w 1842 roku podpisano traktat w Nankin, który nie tylko pozwolił na zwiększeni handlu Opium ale także przekazał Brytyjczykom Hong Kong, nakazał Chińczykom obniżenie stawek handlowych, oraz nadał Wielkiej Brytanii status najbardziej uprzywilejowanego kraju oraz zezwolił na posiadanie przedstawicieli dyplomatycznych. Dodatkowo Chiny zostały zobowiązane do wypłaty trzech milionów dolarów w ramach zadośćuczynienia handlarzom.

Druga wojna opiumowa

Pomimo otwarcia nowych portów, co zostało zagwarantowane przez traktat w Nankinie już w 1854 wydatki Wielkiej Brytanii na import z Chin były dziewięciokrotnie wyższe od przychodów z eksportu do Chin. W tym samym czasie wydatki na administrację w Hong Kongu, Singapurze, oraz Indiach znacznie wzrosły.
Jedyną drogą na zrównoważanie tego deficytu było opium.

Brytyjczycy znaleźli pretekst do kolejnego wprowadzenia wojsk w odmowie na wprowadzenie kolejnych ambasadorów, skargach płynących od brytyjskich handlarzy, oraz przejęcia brytyjskiego statku Arrow.

Druga wojna opiumowa trwała od 1856 do 1860 i zakończyła się podpisaniem traktatu w Tiencinie (Tianjin), który otworzył kolejnych pięć portów oraz pozwolił obcokrajowcom, po raz pierwszy, na handel wewnątrz Chin, a nie tylko w obrębie portów.

Podobne traktaty zostały podpisane z USA, oraz Francją i są uznawane przez Chińskich historyków jako początek stulecia upokorzeń.

3409796_orig

Udomowienie i stłumienie pod koniec czasów dynastii Qing

Po zakończeniu rebelii Tajpingów gospodarka China zaczęła być powiązana z opium na kilku frontach.

Handlarze traktowali opium jako zamiennik pieniędzy, gdyż było ono akceptowane w wewnętrznych prowincjach takich jak Syczuan czy Junnan, a jednocześnie ważyło mniej niż jego równowartość w gotówce.

Mak może być uprawiany praktycznie wszędzie co sprawiło że uprawy zaczęły mnożyć się jak grzyby po deszczu. A dzięki przychodom z handlu miejscowi oficjele mogli sprostać wymaganym przychodom z podatków, nawet w miejscach w których inne zbiory nie przynosiły wielkich plonów.

Pomimo tego że rząd w dalszym ciągu oczekiwał walki z opium częstokroć miejscowi nadzorcy ignorowali to polecenie zarówno z powodu łapówek jak i niechęci do zwrócenia się przeciwko hodowcom uzależnionym od hodowli maku.

W latach 1880-ych nawet zarządcy którzy początkowo walczyli z hodowlą musieli się poddać i uzależnili przychody z podatków od hodowli maku.

Gdy rząd wyruszył z nową kampanią wycelowaną przeciwko opium opór nadszedł już nie ze strony Brytyjczyków, których zyski drastycznie się skurczyły ale ze strony chińskich rolników, którzy przejęli handel z rąk brytyjskich.
Sprzeciwiali się także hurtownicy i sprzedawcy, a także miliony osób zażywających opium z których wiele pochodziło z bardzo wpływowych rodzin.

Rząd jednak się nie poddał czym oddalił od siebie ludzi, poprosił o pomoc międzynarodowe agencje zwalczające narkotyki.

Międzynarodowo komisja do spraw opium określiła palenie opium jako modny, wręcz wyrafinowany sposób spędzenia czasu, zwłaszcza wśród młodych osób.

W 1907 roku Wielka Brytania podpisała traktat w którym zobowiązała się do stopniowego wycofania się z eksportu opium do Chin, a same Chiny postanowiły skończyć z krajową produkcją.
Ocenia się że spadła ona z 34000 ton rocznie w 1906 do 3900 ton rocznie w 1911.

Jednak rok 1911 przyniósł koniec dynastii Qing co sprawiło że krajowi hodowcy wrócili do sprawdzonej źródła dochodów, a organizacje międzynarodowe, oraz rządy innych krajów przestały czuć się zobligowane do pomocy w walce z opium.

chinese-opium-smokers

I w tym miejscu kończy się to co można znaleźć bez problemu. Czyli kończy się dziwnie, bo jak to tak? Mamy rok 1911, dynastia Qing upada, Chiny są w rozsypce a opium panuje na ulicach, a potem nagle opium znika zupełnie, więc co się stało? Jak nietrudno się domyślić głównym odpowiedzialnym za ostateczne pokonanie opium jest Mao Zedong, ale jak do tego doszło znajdziecie poniżej, ale to już będzie bardziej anegdotyczne gdyż ciężko znaleźć jakieś porządne źródła.

Czasy Mao

Już w pierwszych miesiącach po przejęciu władzy Maoiści zaczęli stosować metodę masową w walce z narkotykami.

Metoda ta polegała na tym że tłumy ludzi (lub masa, dlatego masowa metoda) zwalczała produkcję, handel oraz zażywanie opium, wszystko zorganizowanie oddolnie, po wydaniu wezwania do walki w imię lepszych Chin.

Maoiści wezwali osoby uzależnione do odrzucenia uzależnienia i przyłączenia się do walki o nowe społeczeństwo. Stworzono komuny ludzi walczących z uzależnieniem poprzez rozmowy i edukację.

Przechwycone opium było niszczone co uczestniczy celebrowali radośnie. Do walki przyłączono dzieci, oraz gazety i radio. Żony kłóciły się z mężami, dzieci z rodzicami, wszyscy dążyli do stworzenia nowego społeczeństwa.

W tym samym czasie zaczęto organizować grupy zwalczające sieci biznesowe sprzedające opium. Innymi słowy – towar zaczął znikać z rynku.

Sam Mao głosił że walka z narkotykami jest walką klas, walką ze starym społeczeństwem. Uznano cały układ związany z opium oraz wszystkich ludzi z nim związanych za wrogi, szkodliwy dla kraju, ale osoby uzależnione uznano za ofiary, którym należy pomagać.

Pomagano także płotkom handlującym małymi ilościami. Zaoferowano im, oraz hodowcom, wykup towaru przez rząd w zamian za co mieli opuścić ten biznes na zawsze. Większość się zgodziła, a opornych wrzucono do więzień.

Zupełnie inaczej traktowano grube ryby, które na handlu się wzbogaciły. Uznano je za wrogów ludzi i poddawano sądom na oczach tysięcy ludzi. Winnych skazywano na śmierć lub dożywocie.

Profesjonalizm

W końcu, na miesiąc przed końcem roku akademickiego ktoś w tej szkole wziął się w garść i postanowił zaskoczyć wszystkich profesjonalizmem.

Przekazano wszystkim informacje że od 20 do 22 czerwca mamy wolne z okazji święta smoczych łodzi, oraz że w tym samym tygodniu mamy przeprowadzić wszystkie egzaminy końcowe. Oczywiście nie zmieniając przy tym planu zajęć.

Czyli zostaliśmy zaskoczeniu profesjonalizmem, ale to jest taki profesjonalizm jak komunizm czy buddyzm tutaj – z chińskimi cechami charakterystycznymi.

Tym razem się tym nie przejąłem bo od tego tygodnia zacząłem studentom zapowiadać egzaminy na tydzień czternasty, a w następnym zacznę zapowiadać na tydzień piętnasty. W szesnastym oddam te wszystkie książeczki, do klas pójdę, ale głównie po to by pogadać ze studentami, może puścić im jakieś ciekawe wystąpienia z TED.com i poćwiczymy sobie listening comprehension.

Przeglądając ostatnie notki dotarło do mnie jak bardzo mnie to miejsce zmieniło. Może nie zmieniło na stałe a jedynie sprawiło że się do niego dopasowałem. Źle mi z tym bo zostałem sprowadzony do poziomu który nie jest mój i przegrywam brakiem doświadczenia. Czyli z jednej strony jest mi źle bo przegrywam i czuję że to miejsce mnie wewnętrznie niszczy sprawiając że jestem kimś kim być nie chcę, a z drugiej strony czuję się nie najgorzej mając świadomość że nie mam wielkiego doświadczenia w czymś takim.

Odnośnie tych małpek z wczorajszego wpisu – wyjaśniła mi to June. Znajdujemy się w pobliżu stolicy prowincji która nie jest zbyt bogata, więc ludzi z wszystkich możliwych zakamarków przyjeżdżają tu za pracą. I tutaj wychodzi takie powiedzenie które mamy w Polsce, a które June już zdążyła zaadoptować wyciągniesz człowieka ze wsi, ale wsi z człowieka nie wyciągniesz.

Jeszcze taka sytuacja z wczoraj, która przytrafiła się June.

Poszła do sklepu kupić parę rzeczy do makijażu bo mają dzisiaj show w przedszkolu i nie chciała by malowali Ją czymś co mogłoby Ją uczulić.
Najpierw została zlustrowana z góry na dół bo nie miała na sobie żadnej z tych paskudnych (kwestia gustu), tanich sukienek które są tutaj niesamowicie popularne. Oczywiście zostało Jej to wypomniane. Podobnie jak blizny na twarzy co dodatkowo zostało okraszone że powinna je ukryć pod podkładem, ale najlepsze nastąpiło pod koniec.
– Jeżeli kupisz u nas to co miesiąc zrobię Ci makijaż za darmo.
– Ale ja za miesiąc wyjeżdżam do Europy więc mi to nic nie da.
– To powinnaś kupić u nas, w Chinach.
– W Europie też mają dobre kosmetyki.
– Jeżeli kochasz swój kraj, jeżeli kochasz Chiny to kupisz u nas!
– Jeżeli teraz rozmawiamy o miłości do kraju to ja wychodzę.

Zuile.

Upał

I gorąc i w ogóle bleh. Prawdę mówiąc po tym poniedziałku odechciało mi się zupełnie wszystkiego. Od nauczania, poprzez pisanie, na samym pobycie w tym miejscu kończąc. Ciężko, bardzo ciężko jest mi tę szkołę lubić.

A uczniowie krzyczący na mnie gdy biegam i wścibscy panowie tej sytuacji nie poprawiają.

Ot, taka sytuacja z wczoraj.
Przez pierwszą godzinę zajęć ciężko było mi słyszeć własne myśli nie wspominając już nawet o słuchaniu studentów ponieważ z sali obok dobywał się ryk. Nie hałas, ale ryk. Nauczycielka angielskiego w stylu chińskim puszczała studentom słówka, a Oni każde powtarzali. Powtarzali to złe słowo. Wykrzykiwali je trzykrotnie.

Potem nauczycielka postanowiła że będzie prowadzić zajęcia przy otwartych drzwiach, ale niestety pomieszała się jej transparentność z eskalacją hałasu. Otwarte drzwi i mikrofon przy ustach nie jest dobrym rozwiązaniem dla ludzi w salach obok.

Ścierpiałem i to bo stwierdziłem że zostało jeszcze 40 minut i w sumie to nie ma co Jej przeszkadzać, wszystkim jest ciepło i chcą mieć otwarte drzwi, a hałas w sali nie zawsze jest złym znakiem.

Jednak kiedy zaczęła puszczać chińskie piosenki nie wytrzymałem i poszedłem zwrócić Jej uwagę.

Wszedłem do sali, w końcu drzwi otwarte, i od razu rozległ się ryk. Studenci zaczęli krzyczeć Hello! Hello!, zachowywać się jakby nigdy wcześniej nie widzieli kogoś spoza Chin, muczeć jakbym przyszedł tę nauczycielkę co najmniej porwać do tańca i całować, czyli generalnie to tak standardowo jak na dzieciaki z ogólniaka. Tyle tylko że są już na studiach i pewnych rzeczy nie wypada.

Przepraszam, mogłabyś albo zamknąć drzwi, albo ściszyć tę muzykę?
Spróbuję.

Zanim jeszcze wyszedłem z sali, ba, zanim skończyłem to pytanie drzwi były już zamknięte, ale ryk unosił się dalej.

Gdy wróciłem do mojej sali panowała już cisza a moi studenci zaczęli bić mi brawo. Co było miłe, ale tylko potwierdza moje przekonanie że trafiłem na wyjątkowych ludzi, bo reszta jest ogólnie rzecz biorąc, taka jaka jest.

Upał

Czuję że zaraz mózg mi się usmaży. To zdecydowanie nie jest pogoda dla mnie. Podobno w tym tygodniu ma w końcu spaść deszcz, ale dopóki nie zobaczę to nie uwierzę. Nie dlatego że jestem okropnym niedowiarkiem, ale prognozy pogody to tylko prognozy więc nie można ich brać za pewnik, niezależnie od tego jak często się do tej pory sprawdzały.

Przede mną jeszcze dwa zajęcia, trzy godziny, ale po raz pierwszy mam w sobie niechęć. Niechęć po części wzięła się z tego upału, a po części z faktu że dzisiaj dwóm grupom powiedziałem o egzaminie końcowym. No tak, końcowym jedne zajęcia po śródsemestralnych.

Tym razem postanowiłem trochę wyprzedzić studium języków obcych i stwierdziłem że skoro rząd ustalił 22. Czerwca dniem wolnym nieodrabianym to zajęć nie będzie. A skoro wypada to w szesnastym tygodniu to znaczy że i sprawdzianu nie będzie. Nie wiem co prawa jak to będzie oficjalnie rozwiązane, ale prawdę mówiąc nie mam zamiaru czekać i się dowiadywać skoro mogę te sprawdziany już zapowiedzieć i przeprowadzić.

Mam nadzieję że nikt nie pomyśli o wydłużaniu do tygodnia siedemnastego, chociaż kto to wie…Ja i tak uwinę się z wszystkimi grupami tak szybko jak to możliwe. W końcu trzeciego lipca wylatujemy do Polski, także trzeba te wszystkie sprawy zamknąć jak najszybciej.

Od jakiegoś czasu pytam studentów o to jaką pracę chcieliby mieć w przyszłości i nie przestają mnie zadziwiać. Pisałem już chyba o chłopaku który chce otworzyć sklep z butami bo je uwielbia, zapewne nie pisałem o masie, ale to prawdziwej masie, studentów którzy chcą być nauczycielami bo ich życie jest proste, nie pracują zbyt długo i mają masę czasu wolnego by robić co im się podoba (Oni w to naprawdę wierzą…), ale dzisiaj jeden ze studentów takie naprawdę przyszłościowego, moim zdaniem, kierunku jakim jest programowanie, powiedział że chce pracować w sklepie.
Dlaczego?
Bo do sklepu przychodzisz kiedy zaczynasz pracę, wychodzisz kiedy ją kończysz. Po pracy masz czas dla siebie, nie ma stresu, nie ma presji, nie musisz się przejmować.

Ten młody człowiek, w wieku dwudziestu jeden lat, jest już tak zmęczony ciągłą presją, że woli pracować w sklepie niż robić coś co mogłoby Go zmęczyć psychicznie.
Zapewne nie on jeden, ale to właśnie on się przyznał.