Wiosna na południu

Wiosna tutaj jest strasznie ponura. Nie wiem czy to normalne, czy tylko tak jest w tym roku, ale odkąd wróciliśmy było tylko kilkanaście dni w pełni słonecznych i bezchmurnych. Nie chcę tutaj się skarżyć bo bezchmurne i słoneczne dni oznaczałyby pewnie temperatury nie do życia jak dla mnie, ale jest coś takiego niepasującego do wiosny w szarym niebie o ósmej nad ranem.

Szare niebo w Chinach rzadko kiedy oznacza coś dobrego. O ile przez ostatnich parę dni oznaczało to ni mniej ni więcej a nadchodzące burze tak teraz oznacza to wzrost stężenia tych drobinek w powietrzu.

Dziwnie mi z tym, bo chociaż doświadczyłem już wiosnę w bardzo zanieczyszczonym mieście i w jednym najbardziej zanieczyszczonych mieście w Chinach to w żadnym z nich nie mogłem narzekać na to że nie czuć wiosny. A tutaj? Tutaj jest ponuro. No jakby jesień, z tą różnicą że zamiast robić się coraz chłodniej to robi się coraz cieplej.

Nie wiem. Może jest tak dlatego że zimę doświadczyłem przez raptem dwa tygodnie, a tutaj ta zima nigdy nie nastąpiła? Nie widziałem śniegu, trawa była tu zawsze, tylko niektóre drzewa zrzuciły liście, a reszta dalej była zielona. No i dalej było ciepło na zewnątrz. Także nie było takiej zmiany jaką znam.

Jak na razie, to jest to strasznie długa jesień, czyli ten najbardziej dołujący moment w roku. Niby widać że kwiaty teraz kwitną, ale drzewa jak były zielone, tak są zielone, trawa jak była zielona tak jest zielona, ludzie jak chodzili w kurtkach, tak dalej chodzą w kurtkach. Po prostu, jak na razie, nie ma zbyt wielkiej różnicy między tym co było a tym co jest.

Chociaż tak naprawdę to tej różnicy mi nie potrzeba, tylko to niebo z rana mogłoby być bardziej niebieskie. Tak siedząc rano i patrząc przez okno w szarość to nawet się myśleć nie chce, a jedynie spać. No jesień, po prostu jesień, chociaż już połowa kwietnia i biega się w krótkich spodniach.

Zmiana trasy

Mózgowi, temu najważniejszemu mięśniowi, należy regularnie dostarczać nowych bodźców. Sposoby są różne. Niektórzy codziennie starają się jeść coś nowego (nie wiem czy moje jelita by to wytrzymały), inni mówią o regularnym przemieszczaniu mebli (nie, nie i po stokroć nie). Ja wolę co jakiś czas zmieniać trasę po jakiej biegam.

Bodajże na drugim roku studiów jeden z wykładowców powiedział nam byśmy przeszli się swoją normalną trasą na uczelnię starając zobaczyć coś nowego. Pamiętam że bardzo mnie to zaintrygowało. Nagle okazało się że są rzeczy których nie dostrzegałem do tej pory. Chociaż ja i tak ‘od zawsze’ starałem się czujnie spoglądać na otaczające mnie środowisko.

Gdy zaczynałem biegać lubiłem biegać po pętli, do przejedzenia powtarzając znane mi trasy. Powód był niezwykle prozaiczny:  tylko na kilku trasach miałem wyliczony dystans. A że wtedy takie cuda jak endomondo były w powijakach to musiałem wyrobić w sobie umiejętność radzenia sobie z tymi samymi widokami.

No i wyrobiłem bo bieganie po pętli mnie nie rusza ani trochę. Pierwszy maraton przebiegłem na pętli czterokilometrowej, a dwa razy pokonałem maraton w Rybniku na pętli trzykilometrowej. Bieganie w kółko to nie pierwszyzna.

Są jednak dni kiedy ten najważniejszy mięsień domaga się nowych bodźców. Tak było wczoraj, tak było i dzisiaj. Dlatego też pokonałem jedną trasę, którą wcześniej pokonałem tylko raz, w drugą stronę.

Nie lubię czegoś takiego bo na takie eksperymenty w czasie których mogę się zgubić, lub może mi dystansu zabraknąć wolę robić przy okazji biegów dłuższych, ale przez tych kilka lat nauczyłem się tego że swojego ciała trzeba się słuchać.  Także posłuchałem, pobiegłem w inną stronę, dołożyłem trochę dystansu na innej, nie uczęszczanej od kilku tygodni, trasie i wróciłem.

Także jeżeli tylko macie okazję, zmieniajcie swoje trasy biegowe. Pętle są fajne, pomagają wyrobić w sobie wytrwałość i uczą jak radzić sobie z nudą, ale o mózg też trzeba dbać, bo chociaż biega się nogami to jednak bez mózgu z biegania nic nie będzie.

Gdy deszcz przeradza się w burzę

Lubię deszcz. Uwielbiam biegać w deszczu, co do tego nie mam żadnych wątpliwości i chyba nikt kto czyta te moje wypociny też ich nie ma. Uwielbiam gdy pot łączy się z deszczem i zmywa go ze mnie. Jest w tym coś pierwotnego, przynajmniej dla mnie. To takie…oczyszczające, gdy coś co produkuje moje ciało łączy się z czymś co produkuje świat na którym żyjemy. Czuję wtedy że jestem częścią czegoś większego, o wiele większego niż ja sam.

Dzisiaj zdecydowałem się odpocząć od podbiegów bo najważniejszy mięsień ze wszystkich stwierdził że dosyć tego dobrego i pora odpocząć. Bieganie w górę i w dół i w górę i w dół i w górę i…no chyba sami widzicie, nie jest już takie pociągające jak jeszcze cztery tygodnie temu. Tylko gdzie by tu pobiec? No właśnie, nad tym zastanawiałem się od poniedziałku i z kilku propozycji wybrałem trasę której nie znałem  do końca. Kiedyś już tamtędy biegałem, ale zobaczyłem roboty drogowe i zawróciłem. Znaczy…o tych robotach drogowych to zapomniałem i przypomniały mi się dopiero gdy je zobaczyłem dzisiaj, ale tym razem postanowiłem że skoro już tyle biegam po ulicy to i tutaj przebiegnę.

Wstając z samego rana przywitało mnie słońce i błękitne niebo. Ubrałem więc koszulę, nawet nie brałem ze sobą kurtki przeciwdeszczowej (a mogłem bo środa to dzień z plecakiem) i poszedłem biegać.

Pierwszych dwadzieścia minut minęło tak jak przypuszczałem, czyli miło i przyjemnie chociaż było trochę duszno.

Za to następna godzina to był koszmar. Najpierw zaczęło kropić, potem padać, a na końcu zaczęło lać. Woda była wszędzie, naprawdę wszędzie. Nie było gdzie stanąć żeby nie zamoczyć butów (zresztą do teraz stoją mokre bo nie kupiłem gazet by je wysuszyć), nie było gdzie biec by nie wdepnąć w kałużę. I to jest najgorsze. To że pada na mnie deszcz to nie jest problem, ale to że mi stopy mokną i w butach chlupie to jest już problem. Zwłaszcza gdy biegnie się nową trasą i nie wiadomo gdzie by tu pobiec by uciec od tej wody.

Po godzinie trochę się uspokoiło i ostatnich 10 minut przebiegłem w spokojnym deszczu, ale ta godzina gdy lało była jedną z najbardziej intensywnych w tym roku. Gdybym robił dzisiaj podbiegi to i tak bym z nich zrezygnował, a kto wie czy nie zrezygnował w ogóle z biegania dzisiaj.

To już połowa?

No prawie. Zaczął się siódmy tydzień, co jest jedną z najbardziej zaskakujących informacji. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Siedziałem sobie spokojnie na zajęciach i nagle ‘BUM’ siódmy tydzień się zaczął!

Uderzyło to we mnie i prawie mną obróciło z zaskoczenia. Przecież to już sześć tygodni minęło. Sześć tygodni to niby tylko półtorej miesiąca, ale skoro to tydzień siódmy to za tydzień pora zacząć egzaminy. Na pierwszy ogień idą filmowcy.

Z nimi mam malutki problem, otóż nieszczególnie chcą na moje zajęcia przychodzić. Co jest dość absurdalne biorąc pod uwagę że sami się na nie zapisali. Średnio mam 14 osób, z 27 które się zapisały. No przecież ja będę musiał Ich oblać. Oczywiście najpierw będą mnie prosić, błagać, a potem złorzeczyć żebym puścił, ale z czego niby miałbym te oceny naciągać? No właśnie, z pustego to i Salomon nie naleje.

A potem, od tygodnia dziewiątego pora na moich pierwszoroczniaków. I z jednej strony wiem czego oczekiwać bo część z Nich już znam i pewnie jakimś wielkim progresem, lub (oby nie) regresem mnie nie zaskoczą. Natomiast po części nie wiem czego się spodziewać. Po prostu nie wiem. Mam jedną taką klasę która jest praktycznie niema. Przejąłem Ich od innego nauczyciela i nie wiem co On tam z nimi robił, ale Oni przez pierwszych kilka lekcji w ogóle nie chcieli ze sobą rozmawiać. Wręcz Im powiedziałem że jak nie chcą rozmawiać z kimś obok kogo siedzą to mogą się przesiąść, ja Ich zmuszać nie będę. Dziwi mnie to strasznie, bo już od łohoho nie miałem klasy która byłaby tak cicha.

Tak jak w zeszłym tygodniu świeciło bez przerwy słońce, ale z rana były mgły, tak teraz od soboty pada, ale przynajmniej nie ma mgły i można błękitne niebo podziwiać. Zobaczymy jak to się rozwinie, bo najbardziej martwi mnie tutaj ta wilgotność. Naprawdę solidnie obawiam się tego że nagle zrobi się super ciepło i super wilgotno, a ja nie będę na to przygotowany i będę truchtał.  A zresztą, choćby nawet się czołgać, ale żeby się dostać do celu.

Gdy mapa kłamie #2

Pominę milczeniem tę mgłę i burzę w nocy bo nie miały one większego znaczenia ani związku z moim planem na sobotę i przejdę od razu do meritum.
Nie przebiegłem przez most prowadzący do innej dzielnicy.
A teraz skoro mamy to za sobą będzie trochę o tym jak do tego doszło.

Po naprawdę upalnym tygodniu (25-27 stopni) przyszła kolej na burzę w nocy z piątku na sobotę, czyli od razu poczułem się jak w Polsce gdzie cały tydzień świeci słońce a jak przychodzi weekend i pora na grilla to zaczyna padać deszcz.
Jestem jedną z ostatnich osób które narzekają na deszcz i najzwyczajniej w świecie zamiast trzymać kurtkę w plecaku przez dwie godziny założyłem ją na siebie i poszedłem dreptać.

Tym razem nie było Pana z chlebem, co nie było jakimś wielkim zaskoczeniem bo jednak deszcz padał i przegonił nawet Panią ze śmierdzącymi plackami, a gdy śmierdzące placki nie są sprzedawane to znaczy że faktycznie pogoda nie dopisała. Kilometr dalej stał co prawda Pan sprzedający mniej śmierdzące placki, ale On miał przenośny namiot (znaczy taką płachtę na stojaku).

Pobiegłem dalej, tydzień wcześniej zawróciłem przy tym Panu sprzedającym placki, chociaż wtedy Go tam nie było. Pobiegłem dalej bo wiedziałem że kawałek dalej czeka mnie most na drugą stronę.

Pochłonięty przez mgłę przebiegłem przez krótki most i zauważyłem inny, ten większy o którym wiedziałem od tygodnia. Minąłem go. Nie miał mi nic do zaoferowania, był tylko dla samochodów.

Wbiegam na drogę która na mapie wygląda jak wąska droga w środku miasta. Po mojej stronie są cztery pasy, po drugiej, oddzielonej pasem zieleni, kolejne cztery kierujące w drugą stronę. A nad tym wszystkim estakada po której przejeżdżają autobusy.

Blisko kilometr muszę biec po czteropasmowej drodze, na szczęście pustej, ale cztery pasy zawsze robią wrażenie. Po tym kilometrze nicości pojawiają się z obu stron jakieś domy i można w końcu przeskoczyć na chodnik. W tym momencie dociera do mnie że żeby dostać się na tę drugą stronę musiałbym biec jeszcze dalej i szukać innego, mniejszego mostu. Stwierdziłem że to nie dla mnie i zawróciłem.

Za tydzień nie będę już próbować. Mam dość śmierdzących mięsem placków, pora więc pobiec w inną stronę.

Gorąc

Jak łatwo zauważyć bo ilości i częstotliwości ukazywania się notek ostatni tydzień był bardzo niezorganizowany. Po części z powodu wizyt koleżanek z poprzedniej szkoły, które spędziły u Nas 4 dni, no i trzeba było się Nimi zaopiekować.
A druga sprawa jest taka że jest straszliwie ciepło. Nie, nie żartuję. Dzisiaj termometry pokazują 27 stopni. A wilgotność niby sięga 90%.
Niby jutro ma padać, ale coraz mniej w to wierzę, bo jeszcze parę dni temu mówili że w sobotę ma padać a teraz już zmienili zdanie. A ja tak tego wyczekiwałem. Nie żartuję, naprawdę wyczekiwałem tych dwóch godzin biegania w deszczu. Zwłaszcza że ta trasa zaplanowana na sobotę jest praktycznie pozbawiona ziemi więc nie będzie żadnego paskudnego błota przyczepionego do butów. To niby taka drobnostka, ale jednak wkurza.

No dobrze, mnie nie wkurza bo wszystkie moje buty mają płaskie podeszwy i nic się do nich nie przyczepia, ale kto biega ten rozumie jak bardzo zmienia się ułożenie stopy gdy nagle coś się do buta przyczepia.

Nie wiem kiedy włączą klimatyzację w salach, zwłaszcza że chociaż część studentów jeszcze siedzi w kurtkach (to doprawdy urocze),a  część już w krótkich spodniach i koszulach z krótkim rękawem. Oczywiście po drodze jeszcze masa innych ubrań. We wtorek na zajęciach była dziewczyna w płaszczu i długiej koszuli koszykarskiej a na nogach miała zimowe buty.  Różne mają tu pomysły na radzenie sobie z pogodą, oj różne.

Teraz to już pewnie z tą pogodą lepiej nie będzie, będzie już tylko duszniej i cieplej, ale jest tego jeden plus, powinno się to zmieniać stopniowo więc w jakimś stopniu się do tego zaadaptuję. W końcu teraz już mniej więcej wiem co mam robić. Wstawać wcześnie, biegać ciągle z wodą i zawsze mieć przy sobie pieniądze by w razie konieczności jeszcze wody dokupić. To zdarzyło mi się już co najmniej dwa razy. Prawdziwym wybawieniem są dla mnie ci ludzie sprzedający wodę w okolicach przystanków autobusowych, chociaż wiem że gdy kupuję od Nich to muszę być ostrożny bo mogą chcieć mi sprzedać otwartą butelkę. A otwartych butelek nie kupuje się nigdzie.

Gdy mapa kłamie

Wymyśliłem sobie że pobiegnę do innej dzielnicy. Do jednej z tych które nie są na wyspie, ale żeby się tam dostać trzeba przebiec przez most. Co tam będę ukrywać, chciałem sobie przebiec przez most i spojrzeć z niego na zatokę, bo patrzenie z tych okolicznych mostów na zatokę już mi się trochę znudziło.

Także ruszyłem w sobotę mając w planach dobiec do mostu i zawrócić bo miałem przebiec tylko dwadzieścia kilometrów. Wyposażony w kawałek czekolady (bo uznałem że skoro będę biegł w ultramaratonie to mogę nie dać rady wytrzymać kilku godzin na samych żelach i trzeba będzie zjeść coś innego, stąd próba z czekoladą, przyjdzie mi jeszcze próbować coś słonego bo same słodkie rzeczy mogą mnie zamulić), jedną butelkę wody i jedną specjalnego napoju (sól, miód, woda i rodzynki, czyli powinno być słono, ale też słodko i trochę kwaśno zależnie od rodzynek) ruszyłem. Normalnie na taki dystans nie potrzeba aż dwóch butelek, ale zapowiedzieli 96% wilgotności więc stwierdziłem że nie będę ryzykować.

Po drodze minąłem kilka wózków z jedzeniem. Zawsze są jakieś w okolicach budów. W końcu ktoś tych robotników musi karmić. Dwa wózki zapadły mi w pamięć, bo w jednym Pan robił chleb, coś czego nie widziałem od bardzo, bardzo dawna. Tutaj się chleba nie wypieka, przynajmniej nie takiego jak na północy (przez te trzy lata doszło do mnie że to co Oni tu nazywają chlebem nie jest tym co my nazywamy chlebem, ale ciągle jest chlebem), więc był to dla mnie bardzo sympatyczny widok i chyba w tę sobotę kupię kawałek.
Drugi wózek był z plackami, takimi jak od tej Pani która zniknęła (June mówi że Jej córka była w ciąży i teraz pewnie poszła Jej pomagać, ale ja uważam że to z powodu zmiany ceny z 2 na 2,5 RMB), ale tak od niego śmierdziało mięsem że aż przyśpieszyłem kroku. A ludzie lgnęli do tego wózka że aż strach. Strach zwłaszcza że to mięso śmierdziało na kilka metrów.

Przebiegłem 10 kilometrów. Potem dołożyłem jeszcze jeden. I jeszcze pół. A potem się zatrzymałem, zjadłem kawałek czekolady i zawróciłem.

Wróciłem do domu i okazało się że gdybym pobiegł jeszcze kilometr to zobaczyłbym ten most.
Szlag.