Deszcz nie przeraża mnie

Jak zapowiadali deszcz na rano tak deszcz padał. Pomny tego co wydarzyło się tydzień temu ubrałem koszulkę z krótkim rękawem i na nią kurtkę.

Ruszyłem przed siebie, tak jak cały poprzedni tydzień biegałem w lewo, tak dzisiaj postanowiłem pobiec w prawo. Bieganie w lewo oznacza podbieg pod górę, a w prawo bieg nad morze, z opcjonalnym podbiegiem.

Zaskakująca była dla mnie liczba ludzi których spotkałem po drodze, a może powinienem napisać zaskakujący był brak ludzi. Deszcz padał, było ciemno, ale po drodze mijam mały skwer na którym zawsze widzę kilkanaście starszych osób. A dzisiaj nie było tam nikogo, deszcz Ich przegonił.
Mnie nie przegonił, nie przegoniła mnie także ciemność, chociaż to właśnie ona pomogła ukryć się kałuży.

Kałuży, co warto powiedzieć, sięgającej mi do połowy łydki. A gdy człowiek wskakuje nagle do kałuży w której woda zalewa mu buty to może się poczuć niekomfortowo. Pamiętam jak kiedyś chuchałem na moje buty po deszczu. Wkładałem w nie rolki papieru by wyschły szybciej, a sam ubierałem grube skarpety, nawet dwie pary, żeby się nie przeziębić. Skarpety ciepłe dalej ubieram, ale to raczej dlatego że chodzę boso a jednak od tych kafelek na podłodze trochę ciągnie, ale na buty już tak nie chucham. Nie tylko dlatego że mam kilka par i zawsze jest w czym biegać, ale także dlatego że te buty są już trochę zużyte. Trochę to lekkie niedopowiedzenie. Z wyglądu są okropne bo prawy but ma dziury na trzy palce szerokie z obu stron, na szczęście w lewym dziura jest tylko od strony zewnętrznej. Na szczęście są wygodne.

Potuptałem nawet do parku i w parku minąłem tylko dwie osoby, a normalnie o tej porze mijam co najmniej dwadzieścia, więc deszcz faktycznie Ich przegonił.

Kurtka ubrana po raz drugi i dzisiaj sprawiła się o wiele lepiej, deszczu w ogóle nie czułem, więc jej najważniejsze założenie się sprawdziło. Za nieprzemakalność trzeba jednak zapłacić w jakiś sposób i tutaj przychodzi mi płacić brakiem oddychalności, czyli gdy tylko opuszczę ręce to pod z rękawów spływa, nie skapuje, więc tak czy siak skończyłem bieg mokry. Na szczęście trochę mniej niż gdybym biegł bez kurtki, lub w innej, więc jestem bardzo zadowolony.

Mgła opadła

Rano miało padać więc postanowiłem ubrać kurtkę przeciwdeszczową i wyjść biegać. Oczywiście nie padało, ba nie padało od dobrych kilku godzin bo widać było że ulice są już prawie suche. Nie zraziło mnie to jednak ani trochę i poszedłem biegać.

Bardziej chyba chciałem w końcu chciałem kurtkę przetestować niż schować się przed deszcze. Także przetestowałem.

Może zacznę od plusów, bo są jednak ważne. Jest całkowicie wodoszczelna. Do biegania w deszcz idealna, zresztą z takim założeniem została kupiona. Nie przepuszcza wiatru, chociaż za dużo to go dzisiaj nie było, ale gdy powiało to nogi poczuły, ale tułów i ręce już nie, więc jest dobrze. Z tyłu ma takie dwie fajne dziury, do tego z przodu dwa zamki błyskawiczne żeby zrobić więcej dziur, a na dodatek jeszcze dwie kieszenie w środku żeby sobie parę rzeczy schować.

A minusy? No minus to jest jak dla mnie jeden. Pocę się w niej okropnie. Dzisiaj gdy się zatrzymałem to z rękawów wylewał mi się pot. Nie, nie kapał – wylewał. Może to moja wina bo ubrałem koszulę z długim rękawem, może gdybym ubrał z krótkim to byłoby lepiej, ale tyle potu to ze mnie nie leciało od dobrych paru miesięcy.

Na jutro zapowiadają brak opadów i jakieś 15 stopni o szóstej rano, czyli ciągle komfortowo. Bardzo komfortowo. No rany, jest styczeń, a ja mógłbym w krótkim rękawie biegać, kwestia tego że nie chcę.

Trochę obawiam się że ta kurtka będzie tutaj zupełnie bezużyteczna. Mam inną przeciwdeszczową, ale problem z nią jest taki że ona jest przeciwdeszczowa tylko z nazwy bo jeszcze nie zdarzyło mi się żeby mnie przed deszczem osłoniła, ta za to przed deszczem mnie ochroni, ale i tak wrócę mokry, więc w gruncie rzeczy to nie ma wielkiej różnicy.

A mgła w końcu opadła i znowu widzę nowo powstające bloki paręset metrów od mojego.

3:30

Bo w końcu tego czasu nie napisałem. Znaczy 3:34 od wystrzału 3:30 od przekroczenia linii startu, ale mój stoper włączony na starcie pokazał 3:26 a przekraczając start było już osiem minut na zegarze, więc tego będę się trzymać. Zresztą phi, co za różnica.

Dzisiaj byłem już biegać. Uda jeszcze bolą, ale nie ma tragedii bo na 13km te 5min/km wyszło komfortowo. Czyli bardzo poprawiła mi się regeneracja co tylko, niestety, potwierdza to że maratonów nie powinno się biegać od razu, a dopiero po kilku latach regularnie biegania. No w sumie to można i wcześniej, czego jestem przykładem, ale kwestia tego jak bardzo jest to komfortowe.

Zdjęć jeszcze nie ma. Znaczy jakieś tam są, ale niezbyt wiele więc nie wrzucam. Wrzucę dopiero jak będzie coś więcej.

Pełnych wyników też nie i prawdę mówiąc nie spodziewam się że będą. Mam międyczasy, średnie tempo i tym widać muszę się zadowolić, pełnej listy raczej nie udostępnią. I skąd ja mam teraz wiedzieć który byłem ostatecznie w generalce? No przecież ja mogłem być jednym z pierwszych trzech tysięcy biegaczy na mecie! Mogłem być w tych 10%! A tak to się nie dowiem.

Parę moich studentów gratulowało mi dzisiaj ukończenia biegu bo Oni byli woluntariuszami. Mam do Nich ogromny szacunek. Żeby wstawać przed czwartą by stać tych sześć godzin w czasie biegu i jeszcze kilka przed i parę po, to jest jednak olbrzymie poświęcenie.

Zarząd miasta ogłosił alarm pomarańczowy (w Chinach obowiązują cztery poziomy alarmów pogodowych – niebieski, żółty, pomarańczowy i czerwony) w związku z mgłą. Mgłą, jasne. Stężenie tych malutkich farfocli w powietrzu wynosi ~160, czyli dużo za dużo, ale to mgła. Taa…taką mgłę to ja już widziałem i w Jiawang i w Changchun i w Zhengzhou. To nie jest mgła. Najgorsze jest to, że teraz nawet jak doświadczę prawdziwej mgły to będę przekonany że to ten cholerny smog.

Ósmy zaliczony

Do tego doszedł jeszcze rekord życiowy, ale od początku.

Zacznijmy od tego że wejście na linię startu mają tylko uczestnicy biegów (bo równocześnie odbywał się maraton i bieg na pięć kilometrów), oraz organizatorzy/wolontariusze. Czyli słabo bo musiałem June zostawić po drodze.

Najpierw pomyliłem wejścia i stanąłem razem z biegnącymi tę piątkę, ale szybko się zreflektowałem i pobiegłem do swojej grupy. Na plus to że depozyt był ustawiony zaraz przy linii startu więc można było zostawić plecak z ubraniami i iść się ustawić. Na minus to że było tam blisko trzydzieści tysięcy ludzi i żeby się gdzieś przecisnąć trzeb było się mocno napracować.
Na dziesięć minut do startu ktoś postanowił sobie z tych ściśniętych jak sardynki biegaczy zażartować i zaczął rozgrzewkę. O ile wymachy rękami to tylko możliwość zarobienia ciosu w twarz o tyle wykroki sprawiły że się roześmiałem. Nie potrafiłem zrobić pół kroku do przodu a co dopiero mówić o wykrokach. Fajnie że ktoś miał poczucie humoru. Bo nie wierzę że oni tak na serio próbowali rozgrzewać ludzi.

Od wystrzału do przekroczenia linii startu zeszło mi jakieś osiem minut, co prawda organizatorzy mówią że były to trzy, ale ja tam swoje wiem, na zegarek patrzyłem. Przebiegliśmy kilkaset metrów i nagle ściana bo nie dość że zwężenie to jeszcze zakręt i trzeba iść, o bieganiu nie ma mowy. Ludzie patrzyli się na mnie jak na wariata bo nie mogłem przestać się śmiać. Jeden z najwyżej ocenianych maratonów na świecie, ekstraklasa biegowa a tu takie coś. Po paruset metrach trochę się rozluźniło, lub będąc bliżej prawdzie – zacząłem biec po trawie oddzielającej dwa pasy ruchu.

A potem to już poszło, tym razem w miarę komfortowo. O północy dostałem smsa że będzie ciepło i należy się odpowiednio nawadniać, a od dwunastego do piętnastego kilometra miałem gęsią skórkę z zimna. I chyba przede wszystkim dlatego skończyłem tak szybko.

Gdzieś po drodze minął mnie znajomy z maratonu górskiego, klepiąc mnie w plecy powiedział miło cię znowu widzieć, i tak jak na górskim mijaliśmy się co kilka kilometrów, tak tutaj już Go nie zobaczyłem.

Na trzydziestym piątym jeden z moich studentów powiedział mi Bart jiayou, czyli dajesz Bart o co Go zresztą prosiłem i pomogło. Od razu mi się lepiej biegło.

Gdzieś tak na czterdziestym stwierdziłem że i tak życiówkę zrobię i mogę przestać biec, ale machnąłem na to ręką i pobiegłem dalej. Ta poprzednia miałaby w maju pięć lat więc wypadało już coś z nią zrobić.

Na metę wbiegłem wyprzedzając jeszcze parę osób, w tym pewnego chińczyka który minął mnie sześć kilometrów wcześniej (zawzięty jestem, wiem) i…no trochę się zawiodłem. Żadnego zatrzymywania się, to norma, ale idziesz dwieście metrów, nikt Ci nic nie podaje, żadnych krzeseł nie ma porozstawianych, kierujesz się do wyjścia, tam ktoś podaje kawałek kartonu, idziesz dalej podajesz kawałek kartonu i dostajesz worek, a w worku medal. Do tego ręcznik, woda, izo, bułka i czekoladka. Ten medal podawany w ten sposób bardzo mnie zasmucił.

Kilka słów o ludziach którzy znaleźli się na starcie chyba przez pomyłkę:
– już na początku minąłem dziewczynę która sobie stanęła na trasie i robiła zdjęcia z kijka do selfików, zbeształem ją po polsku
– paręset metrów potem prawie wpadłem na kolejnego ananasa który robił sobie zdjęcia, zbeształem go po polsku
– na dziesiątym kilometrze wbiegliśmy na most z którego rozciąga się piękny widok na morze, ludzie zaczęli stawać i robić sobie zdjęcia, już nie beształem, uznałem że to się mija z celem
– na trzydziestym kilometrze zobaczyłem w oddali faceta który się na chwilę zatrzymał, pogmerał w kieszeni, a po chwili ruszył do biegu mając papierosa w ustach, wyciągał go gdy prawą rękę przesuwał do tyłu i przykładał do ust zawsze gdy prawa ręka wędrowała do przodu, podziwiam technikę
– że już nie wspomnę o tej chmarze, chmarze ludzi którzy ustawili się z przodu tylko po to by po chwili odpaść ze zmęczenia, ja nie wiem co oni mają w głowach

Co serwowano na stoiskach po drodze?
– izotoniki i woda i to tak po 3 – 4 stoliki, do tego olbrzymie kubły na śmieci
– od dwudziestego kilometra podawano banany, pocięte nie obrane, więc tak jak się je, moim zdaniem, powinno podawać
– na trzydziestym kilometrze była stacja z jakąś zupą, czyli pewnie zupa z czerwonej fasoli i jeszcze jakieś pierdoły w środku
– fajne były spontaniczne stacje, czyli firmy ustawiały namioty po drodze i rozdawały wodę, banany a przy okazji ustawiały olbrzymie banery reklamowe, jedna firma rozdawała nawet swoje żele, ale jeden ich żel to 40 gramów węglowodanów, więc nawet nie wiem czy by mi to przez gardło przeszło bo musi być słodkie

Na duży plus to że zamknięto tę część miasta i mnóstwo ludzi dopingowało, dziewczyny piszczały na widok obcokrajowca uśmiechającego się do Nich, ludzie krzyczeli obcokrajowiec dajesz, czyli fajnie.
Trasę można jednak wyznaczyć lepszą, można chyba całą wyspę obiec, nie trzeba robić nawrotki na siedemnastym kilometrze, rozumiem że wtedy sparaliżowałoby się większą część miasta, ale myślę że warto.

Podsumowanie i plany (biegowe)

Rok 2015 pod kątem biegania uznaję za zamknięty.

Łącznie wybiegałem 3028 kilometrów, może więcej, może mniej ale powinno oscylować w tych granicach. Jest to o blisko 700 kilometrów więcej niż rok temu, a przy okazji jest to mój trzeci największy objętościowo rok.
Zajęło mi to łącznie 258 godzin i 4 minuty, czyli 45 godzin więcej niż rok temu i ponownie jest to trzeci wynik w karierze.
Średnie tempo to 5:07 minut na kilometr, czyli o 21 sekund lepiej niż rok temu. Jest to mój najlepszy wynik. Średnia 11km/h to nie wyzwanie, coraz bardziej zbliżam się do tych 12km/h, czyli wszystko jest w porządku.

Najszybsze tempo to 2. Bieg Powstań Śląskich gdzie skończyło się na 43:39 w netto, czyli…najszybciej od 2012 roku. To że była to w ogóle pierwsza dycha na zawodach od 2012 roku pomińmy.

Przebiegłem dwa maratony, oba w okolicach 4:20, czyli bez szału, ale przynajmniej nie zdychałem po nich i mogłem od razu wrócić do biegania. To jest dla mnie bardzo ważne, cały czas mam taką obawę w głowie – co się stanie jeżeli pobiegnę maraton na maksa i będę dochodził do siebie przez kilka tygodni tak jak cztery lata temu. Oczywiście teraz nie będę dochodził do siebie aż tak długo, ale dwa tygodnie pewnie bym się męczył. Dlatego też mam taki problem z tym maratonem w sobotę, ale skoro to podsumowanie to podsumowujmy.

Przebiegłem pierwszy maraton w górach, a raczej w górkach. Całkowicie go zlekceważyłem. Z jednej strony nie miałem za dużo czasu żeby się przygotować bo od zapisów do startu minęły dwa tygodnie, a z drugiej spojrzałem na zarys trasy i pomyślałem że jeden podbieg na czterysta metrów i drugi na dwieście to nic takiego. W jakim ja kurczę byłem błędzie. O ile ten na czterysta metrów jeszcze dało się przeżyć, tak ten drugi był gdzieś na trzydziestym piątym kilometrze i to już była katorga. Jednak dzięki temu nauczyłem się żeby nie lekceważyć podbiegów i mieć zawsze przy sobie zapas soli, a nie tylko żeli z solą.

Największym objętościowo miesiącem był grudzień – 341 kilometrów, jednak to w sierpniu spędziłem najwięcej czasu biegając – 28 godzin i 31 minut. Maj był za to najszybszym miesiącem, średnie tempo wynosiło 4:52 minut na kilometr. Długo ten maj odchorowywałem bo to jednak było o wiele za szybko. Drugim najszybszym miesiącem był grudzień tutaj tempo to 4:58 minut na kilometr i czuję się zupełnie inaczej niż te kilka miesięcy temu.

Plany

Trzy tysiące kilometrów to świetna spraw, ten dystans chcę utrzymać, średnio to 250 kilometrów na miesiąc, więc powinno być dobrze, ale piszę to teraz, a nie wiem jak będzie wyglądać to na wiosnę i lato gdy wilgotność dobije do 100% a temperatury wzrosną do 35 stopni.
Drugi punkt planu to przebiec maraton w piątek (w końcu to już rok 2016) i spróbować sił w jakimś krótszym górskim ultramaratonie w Polsce. Celuję w Chudego Wawrzyńca bo tam poległem w 2012 roku i chcę się zrewanżować.
Z drugim punktem powiązany jest punkt trzeci czyli jeszcze więcej wycieczek biegowych i wbiegania, bo na razie to jeszcze wchodzę, na to dwudzieste piętro.

Nie chcę zakładać jakiegoś czasu w maratonie bo tam będzie trzydzieści tysięcy ludzi i pewnie tempa nie znajdę przez pierwszych pięć kilometrów, ale zobaczymy bo na rekord życiowy jestem przygotowany.

Ciągle biegowo

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy w porannym bieganiu jest fakt że latarnie wyłączane są na mojej trasie o szóstej, lub parę minut po szóstej. Nie na całej trasie, ale jej większość jest nieoświetlona przez jakieś pół godziny, czyli odkąd światła wyłączą do wschodu słońca. Zazwyczaj nie jest to jakiś większy problem bo trasę mam jedną, obieganą, poznaną, nie sprawiającą już żadnych problemów. Są jednak takie dni, jak dzisiaj, w czasie których próbuję czegoś nowego, w sensie nową trasę, i okazuje się że momentami trzeba zwolnić, czasem przeskoczyć, czasem można pobiec szybciej a człowiek do tego nie jest do końca przyzwyczajony. A sekundy uciekają.

Jednak tymi sekundami chyba będę się coraz mniej przejmować bo mój GPS jest nieobsługiwany przez mój ulubiony program (przynajmniej w wersji którą posiadam) więc muszę zgrywać go w inny sposób i nagle okazuje się że tracę jakieś 200-300 metrów na 13-14 kilometrach, co przedtem miejsca nie miało. Czyli GPS swoje, a korekcja na mapie swoje. Różnice są niewielkie i jeszcze mnie nie wkurzają, ba mam nadzieję że nie będą mnie wkurzać w ogóle, w końcu wystarczy tych kilkaset metrów więcej przebiec, ale jest to trochę niefajne. Zobaczymy jak ta niefajność się rozwinie.

Jutro jeszcze jeden bieg i w piątek pora na odpoczynek. Wypadałoby bo jednak moja norma to pięć biegów w tygodniu, więc nie ma co przesadzać, a poza tym już dzisiaj było mi trochę trudniej się rozbujać, ale tłumaczę to sobie zaskakująco szybkim poniedziałkiem i planowo szybkim wtorkiem. Niby nie powinno się już tak szybko biegać przed maratonem, ale znowuż nie przesadzajmy, na moim poziomie to nie może mieć aż takiego znaczenia.

Teraz moim największym zmartwieniem jest gdzie by tu pobiec jutro? Bo chciałoby się zobaczyć coś nowego, ale dystans jest taki że na zbyt wielkie oddalenie się od domu nie pozwala, bo to tylko sześć kilometrów w jedną stronę. Drugiego stycznia czeka mnie oglądanie tych samych widoków przez prawie całą drugą połowę maratonu bo ktoś uwidział sobie że zrobimy nawrotkę, nie wiem po co komu ona, ale skoro tak sobie wymyślili to nic nie poradzę. Przeraża mnie myśl o tym że będzie tam trzydzieści tysięcy maratończyków. Głównie dlatego że lubię sobie stanąć gdzieś z tyłu i się przeciskać w czasie biegu, a przy trzydziestu tysiącach ludzi to naprawdę będzie przeciskanie.

Będzie biegowo

Chyba do końca roku będziemy kręcić się w tematach biegowych, lub około biegowych.

Dzisiaj przekroczyłem granicę trzech tysięcy kilometrów w ciągu roku. Przekroczyłem ją o dwa kilometry, a że zostały nam jeszcze dwa dni w roku 2015, to pewnie dobiję jeszcze z 24 kilometry. Podsumowanie biegowe zrobię w czwartek po ostatnim biegu, kiedy będę mógł je zrobić (podsumowań, jak wiecie, nie lubię, ale takie biegowe uważam za może nie tyle konieczne, co istotne).

Te wybiegane trzy tysiące to nie tak w kij dmuchał bo najwięcej od dwóch lat (czyli przeprowadzki do Chin), oczywiście daleko mi do objętości z lat 2011-2012, ale zakładałem że przebiegnę o 600 kilometrów mniej w tym roku, także jestem zadowolony.

Drugiego stycznia, jak może nie wiecie, biegnę maraton. Będzie to już numer osiem i moim największym problemem jest – jak się dostać na linię startu. Pytałem studentów, pytałem organizatorów, ale żadna odpowiedź mnie nie zadowala. Albo proponują jechać autobusem, który zapewne nie zdąży na czas, albo wynająć hotel w okolicy startu, co już jest praktycznie niemożliwe bo ludzie wpadli na to wcześniej, albo pojechać taksówką, co zapewne uczynimy.

Proszę, nie myślcie źle o organizatorach maratonu. Na oficjalnie stronie wrzucili informacje o tym jak na start się dostać i jak wrócić z mety. Nawet zaoferowali specjalne autobusy dla uczestników. Problem jest taki, że z mojej dzielnicy na start nie jedzie żaden specjalny autobus. Z każdej dzielnicy jedzie przynajmniej jeden, ale z mojej nie jedzie żaden. Co jest dziwne bo jest to trzecia najbardziej zaludniona dzielnica z wszystkich sześciu i najbardziej zaludniona z pośród wszystkich które nie znajdują się na wyspie.

Podobno rok temu był podstawiany jakiś specjalny autobus, ale teraz nikt o tym nie wie, znaczy pewnie wiedzą ale nie Ci którzy mogliby mnie o tym poinformować. Wolontariusze mają specjalny autobus, ale on odjeżdża dużo za wcześnie jak dla mnie.

Ostatni tydzień

Zacznę od smutnych wieści, bo to one wysuwają się przed szereg innych. Po ponad czterech latach wspólnego biegania mój forerunner 305 uznał że się nie włączy. Uznał że się nie włączy w sobotni poranek, więc wziąłem komórkę i biegłem z chińskim odpowiednikiem endomondo. Dotarło do mnie że albo zapomniałem trasy, albo 305ka trochę mnie oszukiwała ostatnimi czasy. Oszustwo, delikatne bo rzędu paru metrów na kilometrze, mogę przeżyć, w końcu to się zdarza, a o wiele bardziej prawdopodobne jest to że to chiński odpowiednik endomondo oszukiwał. Jednak tego że się nie włączył gdy wrócił z biegu nie mogę darować. Męczyłem się całą sobotę. Wyczytałem wszystko co było w internecie na temat ratowania 305ki i nic nie pomogło. Z jakiegoś powodu żadnego resetu nie mogłem przeprowadzić, więc wygląda na to że bateria padła z dnia na dzień. Dosłownie, bo jeszcze w piątek zrobiłem dwadzieścia kilometrów i nie było żadnych problemów. A w sobotę nawet się nie włączył. Komputer na niego reaguje, widzi go, on też widzi że jest podłączony, ale gdy tylko zdejmę go z ładowarki to się wyłącza, czyli najprawdopodobniej padła bateria. Baterii sam nie wymienię, lutownicy nie mam. Za każdym razem gdy zatrzymuję się na światłach muszę wyciągać komórkę i zatrzymywać apkę, która idealna nie jest, a przecież w sobotę biegnę maraton.

Zacząłem oglądać now garminy/tomtomy/suunto/polary i inne i zdałem sobie sprawę że one mi nie pasują. W przedziale cenowym jaki sobie wymyśliłem nie było niczego co by mnie zadowalało. Albo jakieś bzdurne niepotrzebne rzeczy, albo brak tego do czego byłem przyzwyczajony przez te cztery lata.

Pojechałem odebrać pakiet startowy do maratonu i muszę pochwalić organizację. Ustawiało się w kolejce, komuś siedzącemu za komputerem podawało się dokument tożsamości, ta osoba drukowała papierek z naszymi danymi, nam dawała jeden, sobie zostawiała drugi i z tym papierkiem szliśmy kawałek dalej gdzie wydawano pakiety wywołując nas z nazwiska. Mnie nie wywołali, ale numer zapamiętałem, więc nie było problemu.
W pakiecie dostałem trzy numery startowe (jeden na przód, drugi na tył, trzeci na worek z rzeczami), koszulkę, worek na rzeczy, chip, pasek na rzeczy i ulotki z regulaminem, czyli fajnie.

Po drodze do domu mijałem decathlon więc wstąpiłem, znalazłem gps, chwilę poszukałem opinii i stwierdziłem że skoro mogę wydać ileśtam pieniędzy i nie być zadowolony to lepiej wydać dwa razy mniej i mieć to minimum potrzebne do zadowolenia. Tak też zrobiłem i dzisiaj biegłem już z nowym gpsem. Mam parę uwag, ale to wina naprawdę dobrej 305ki która mnie rozpieściła, więc nie będę się nad tym rozpisywał. Ogólnie to jest dobrze, mierzy czas, mierzy dystans. Więcej mi nie trzeba.

Kącik kulturowy – przesilenie zimowe

Czyli festiwal dongzhi.

Tradycyjnie jest to czas w którym rodzina powinna być razem, by wspólnie przygotowywać tangyuan, czyli kulki ryżowe symbolizujące jedność rodziny. Każdy członek rodziny powinien zjeść przynajmniej jedno duże tangyuan, oraz kilka małych. Kulki z mąki ryżowej mogą być pozbawione nadzienia, jak i nadziewane. Gotuje się jej w słodkiej zupie, lub wywarze, a następnie podaje w misce razem z zupą. Często podaje się je z winem ryżawym.

Na północy Chin częściej je się pierogi. Zwyczaj ten jakoby pochodzi od Zhang Zhongjing z czasów dynastii Han. Legenda głosi że pewnego chłodnego dnia w zimę zauważył biednych ludzi z odmrożonymi uszami. Postanowił Im pomóc i nakazał swoim uczniom przygotować pierogi z jagnięciną i innymi składnikami, a następnie rozdać je biednym by ich ogrzać. Pierogi były w kształcie uszu, więc nazwano to danie quhan jiaoer tang, czyli pierogowa zupa przeganiająca chłód.

Stara tradycja nakazuje ludziom z jednej rodziny, oraz o tym samym nazwisku, spotkać się w świątyni by oddać cześć przodkom.

Więcej o tangyuan

W czasach dynastii Ming były une nazywane yuanxiao, która to nazwa jest dalej stosowana w północnych Chinach. Oznacza dosłownie pierwszy wieczór.

W południowych Chinach, a tu obecnie przebywamy, wszystkie odmiany tangyuan nazywane są właśnie tak lub tangtuan. Legenda głosi, że w czasie rządów Yuan Shikaia zaprzestano stosowania nazwy yuanxiao gdyż można ją było przeczytać jako usunąć Yuan.
Dosłownie tangyuan oznaczają okrągłe kulki w zupie, tangtuan z kolei oznacza okrągłe pierogi w zupie.

Zależnie od region stosuje się różne nadzienie. Na południu dominują nadzienia słodkie takie jak cukier, sezam, pasta z fasoli, a na północy preferowane są nadzienia słone takie jak mięso czy warzywa.
Różne są także techniki przygotowywania. Na południu najpierw przygotowuje się kulki z nadzienia które następnie umieszcza się w koszu z mąką ryżową po czym potrząsa się naczyniem by mąka oblepiła nadzienie.
Na północy z kolei najpierw przygotowuje się ciasto z mąki ryżowej a następnie lepi pierogi wkładając farsz.