Ilość treningów biegowych – 3
Łącznie przebiegłem około 36 kilometrów
Łączny czas biegu to 2:56:19
Ilość treningów nie biegowych – 5
Łączny czas ćwiczeń dodatkowych to 2:54
Średnie tempo – 4:50 min/km
Ilość treningów biegowych – 3
Łącznie przebiegłem około 36 kilometrów
Łączny czas biegu to 2:56:19
Ilość treningów nie biegowych – 5
Łączny czas ćwiczeń dodatkowych to 2:54
Średnie tempo – 4:50 min/km
Czas ostateczny to 3:16:30, czyli nowa życiówka.
Żaden z celów nie został osiągnięty. Wyniku jednak nie traktuję jako porażki. Tyle wstępu, teraz do szczegółów.
Plan na bieg był dość prosty, pobiec zgodnie z taktyką MARCO, czyli:
Od 1 do 3 kilometra biegnę w tempie 4:21 min/km
Od 3 do 14 kilometra biegnę w tempie 4:18 min/km
Od 14 do 28 kilometra wchodzę w docelowe tempo maratońskie, czyli 4:15 min/km
Od 28 biegnę w tempie 4:12 min/km
I wszystko szło bardzo dobrze, tętno było pod kontrolą, nie ruszyłem za szybko, trzymałem się swojego tempa, gdy było za szybko to zwalniałem.
A było, gdzie zwalniać, bo ta pierwsza trójka wyszła w tempie 4:19, potem te jedenaście w tempie 4:16, czyli trochę za szybko, ale w żadnym razie bez tragedii, zwłaszcza że tętno cały czas było w porządku.
Kryzys mnie dopadł w okolicach 24 kilometra i wziął mnie z zaskoczenia. Jednak i tak nie było aż tak źle, bo ten trzeci fragment wyszedł w tempie 4:24, czyli grubo poniżej oczekiwań, ale dalej w czasie na 3:05.
Niestety potem kryzys zaczął się nawarstwiać. Zaczęły pojawiać się myśli by to w ogóle odpuścić, by iść do mety, czyli taki standard. Chyba od 36 zacząłem iść i biec. Wtedy zaczęło powoli do mnie docierać, że jestem odwodniony. Obojętnie, ile bym kubków wypił i tak chciało mi się pić. Na 37 ktoś z kibiców poratował mnie wodą z bidonu za co jestem bardzo wdzięczny i jakoś do mety się dokulałem.
Nie chcę zwalać tutaj winy na pogodę, bo warunki rzadko kiedy są idealne, ale fakty są takie, że straciłem na wadze najwięcej po maratonie od Silesii w 2012, na boku leżeć nie mogę, bo mam spalone słońcem ramiona, a po samym biegu piłem, piłem i dopiero po 4 godzinach poszedłem sikać, czyli było mi ciepło. A tak zasolonych ubrań nie miałem na sobie od dawna, chyba od pierwszego maratonu.
Co było dobre – życiówka, nie obtarłem sobie miejsc intymnych i już wiem jak tego uniknąć w przyszłości.
Co jest do poprawy – czas
Plany na przyszłość:
Najbliższy tydzień to odpoczynek, bo jednak życiówka zobowiązuje. Dzisiaj był najsłabszy poniedziałek po zawodach od poprzedniej Silesii w październiku (no dobrze, wcale nie był taki słaby, ale odpoczynek się należy).
Następnie, do lipca będę rypał kilometry i krosy, czyli długie wybiegania i podbiegi, żeby się przygotować do Maratonu Karkonoskiego na dystansie Ultra.
Kolejny tydzień przerwy.
I ruszam z przygotowaniami do Silesii, ale już według innej metodologii treningowej.
Ilość treningów biegowych – 131
Zaplanowana ilość treningów biegowych – 143
Łącznie przebiegłem około 2284 kilometrów
Maksymalny tygodniowy kilometraż – 105
Minimalny tygodniowy kilometraż – 25
Łączny czas biegu to 182:14
Ilość treningów nie biegowych – 200
Łączny czas ćwiczeń dodatkowych to 86:31
Średnie tempo – 4:47 min/km
Największy objętościowo miesiąc to marzec
Najszybszy miesiąc to marzec
Zawody:
Półmaraton Dąbrowski – 1:27:03 PB
Były dwa momenty kluczowe w tym okresie.
Pierwszy, gdy trzeba było usunąć kaletkę łokciową przez co czekał mnie tydzień przerwy. Tydzień przerodził się w dwa tygodnie, ale nie z powodu komplikacji po zabiegowych, a przez pospolitą kontuzję zmęczeniową.
Było to w listopadzie, raptem parę tygodni po rozpoczęciu przygotowań i biegałem wtedy wszystko zgodnie z planem Pana Skarżyńskiego wydłużając jedynie krosy. Wracałem do domu zmęczony, zaczynałem się rolować, nie dość, że zaczęły boleć mnie podeszwy i pachwiny to jeszcze przypałętała się ta niewdzięczna ‘kontuzja’ biodra.
Gdzieś w czasie tej przerwy zdałem sobie sprawę, że ten rodzaj treningu jest dla mnie za ciężki. Nie wiem czemu, może biegałem za szybko, może za dużo, może te krosy za długie, ale po raz drugi próbując robić dwa mocniejsze treningi w tygodniu zaczęły dokuczać mi biodra i chciałbym tu winę zwalić na buty, ale nie mogę, więc zwalam ją na trening.
Drugim momentem kluczowym była kolejna kontuzja, tym razem spadłem ze schodów uderzając w kość ogonową do tego stopnia, że przez dwa tygodnie nie było co mówić o leżeniu na plecach, a co dopiero o bieganiu. Nie znaczy to że nie próbowałem, ale każda próba kończyła się powrotem do domu z podkulonym ogonem.
Ten drugi moment sprawił, że zacząłem regularnie ćwiczyć, co da się zauważyć we wzroście liczby godzin ‘ćwiczeń dodatkowych’.
Nie wiem czy w Krakowie osiągnę cel A, cel B wydaje się być bardziej realny. Wiem natomiast jedno – kolejny okres przygotowawczy spędzę pod kątem innej koncepcji treningowej.
A gdyby ktoś chciał mnie śledzić to numer startowy 696, a relacja na żywo dostępna będzie tutaj – https://live.pzucracoviamaraton.pl/
Pierwszym biegiem w tym tygodniu była szybka trzynastka w poniedziałek, która chociaż na obolałych udach to weszła bardzo spokojnie, szybko i na bardzo dobrym tętnie. To mnie bardzo negatywnie zaskoczyło, bo tak szybkiej regeneracji się nie spodziewałem a ona mogła oznaczać, że nie dałem z siebie wszystkiego dzień wcześniej.
Za to co czułem we wtorek sprawiło, że zmieniłem zdanie. Wycierpiałem szesnaście kilometrów, ale było to naprawdę szesnaście kilometrów cierpień. Tempo porządne, ale niewspółmierne do tętna i tego paskudnego uczucia palenia w udach. Było w tym tyle męki, że postanowiłem zmienić plan i poświęcić ten tydzień na regenerację, bo takiego bólu w czasie biegu nie czułem od dawna.
Środa to był czas regeneracji i zaraz pierwszy dzień w roku, w którym nie robiłem ani ćwiczeń dodatkowych ani nie biegałem.
Czwartek to spokojna dwunastka.
Piątek zresztą też.
Z jednej strony martwię się, że tak mało w tym tygodniu biegam, ale czuję, że muszę się zregenerować i lepiej odpuścić niż przesadzić. Nawet Fartleków nie robiłem, ale to jest coś co poprawię w przyszłym tygodniu, będzie tam trochę szybszych kroków do zrobienia, żeby włókna mięśniowe trochę pobudzić.
Sobota to dokładna pod względem tempa i tętna kopia piątku, z tą różnicą, że zrobiłem Fartlekowe schody do 60 szybkich.
Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 66 kilometrów
Łączny czas biegów 5:15
Średnie tempo 4:46
Czas ćwiczeń dodatkowych to 4:01
Co było dobre w tym tygodniu?
Regeneracja.
Co jest do poprawy?
Taktyka.
Obawy?
Nie ma obaw.
Ciekawostka z tego tygodnia
Bez ciekawostek – pełne skupienie
Zdjęcie z Dąbrowy
To jest taki tydzień eksperymentalny z kilku powodów. Przed dwoma poprzednimi zawodami ograniczałem kilometraż, ale nie jakoś drastycznie i nie robiłem żadnych mocniejszych akcentów. A w tym postanowiłem posłuchać Jacka Danielsa i ograniczyć kilometraż dość mocno (no dobrze, nie aż tak mocno jak wielki trener zaleca) i zrobić mocny akcent we wtorek.
W poniedziałek zrobiłem szesnaście kilometrów, z czego jakieś 4 to były podbiegi i zbiegi. Konkretnie sześć długich po ~350 metrów. Były to pierwsze podbiegi od…w każdym razie od dawna, bodajże od 3 lat, może więcej i było to ciekawe, podrywałem łydki wysoko i było bardzo dobrze.
Wtorek to trening zalecany przez pana ze wstępu i było to dla mnie coś relatywnie nowego. A może zupełnie nowego? Sporej ilości treningów interwałowych nie mam opisanych, a te które mam to albo minutówki, albo minutowe piramidy, ewentualnie 2x4km z 2012 roku. Kilometrówek nie potrafię sobie przypomnieć, a 1200 metrów to na 95% nie robiłem.
Trening wyglądał tak: piętnaście minut rozbiegania, a potem cztery razy po 1200 metrów przerywane truchtem przez cztery minuty, a na koniec trzy kilometry truchtu. W teorii te przerwy powinny być dwuminutowe, ale to byłoby bardzo trudne.
Koniec końców wyglądało to tak (po kolei: czas łączny – dystans – tempo – tętno):
4’42” – 1.23 – 3:49/km – 162 bpm
4’48” – 1.27 – 3:46/km – 168 bpm
4’51” – 1.27 – 3:50/km – 169 bpm
4’54” – 1.29 – 3:47/km – 169 bpm
I wyglądało to tak:
[iframe src=’https://www.strava.com/activities/1486559101/embed/4b03e99d72d8f14f1cf89659df02251909a1a941′]
Środa to tylko dwanaście kilometrów, więc w niecałą godzinę byłem w domu. Do tego Fartlek, ale problem z takim dystansem jednak jest – nie wiem, jak go ugryźć, bo jednak te ‘normalne’ trasy mają trochę więcej i musiałem się nagimnastykować by te dwanaście wykręcić.
Piątek to powtórzone dwanaście ze środy, ale zmieniona trasa i tempo…o rany, co to za tempo. To zdumiewające jak ograniczenie kilometrażu mnie przyśpiesza. Grunt, żeby przyspieszyło w niedzielę.
No i nie poszło w tę niedzielę tak jak miało.
Zlekceważyłem trasę uznając, że mnie żadna górka nie powstrzyma. Zlekceważyłem odpoczynek przed biegiem robiąc zbyt długie biegi w czwartek i piątek. Zlekceważyłem to że ruszyłem za szybko.
Wszystko to zaowocowało czasem na mecie 1:27:07 (według zegarka) i pobitymi wszystkimi rekordami życiowymi oprócz tego na kilometr. Tylko co z tego, skoro nie pobiegłem tak szybko jak chciałem?
Pod koniec czułem, że nie potrafię. We wrześniu zeszłego roku biegałem jeszcze więcej i pod koniec jeszcze przyśpieszałem, a w tę niedzielę czułem, że nie potrafię. Dużo myśli o poddaniu się, bardzo ciężkie uda, spięte łydki, bardzo kiepsko ten bieg pobiegłem.
W Krakowie to wszystko trzeba będzie dopiąć, trzeba będzie rozpocząć wolniej, w tygodniu przed startem biegać jeszcze mniej i powinno być dobrze. Na pewno zacznę wolniej, co do tego nie mam wątpliwości.
Analizując bieg z września widzę, że chociaż był on był równiejszy to jednak tutaj bardziej przyłożyłem się do ostatniego kilometra, czyli nie było jednak tak źle. Tętno było dużo niższe, bo średnio siedem uderzeń mniej, ale co z tego?
Nie chcę teraz myśleć o Krakowie, najbliższy tydzień trzeba załatwić a potem trzeba się jednak bardziej regenerować i mniej spinać na początku. Pobiegłem to jakby to był mój pierwszy bieg, bez krztyny taktycznego wyrachowania z którego zawsze jestem zadowolony.
Zapis biegu:
[iframe src=’https://www.strava.com/activities/1496590177/embed/20f4ccc621ca3482337241f25ac92bc0763e6920′]
Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 89 kilometrów
Łączny czas biegów 6:41:23
Średnie tempo 4:30
Czas ćwiczeń dodatkowych to 4:30
Co było dobre w tym tygodniu?
Rekord na kilometr we wtorek.
Co jest do poprawy?
Taktyka.
Obawy?
Że trójka to jednak za duże wyzwanie obecnie.
Ciekawostka z tego tygodnia
Psy mają pępki w formie blizny.
W zeszłym tygodniu skończyłem czytać Biec lub umrzeć Kiliana Jorneta i chociaż sama książka była meh to było w niej kilka elementów które wydały mi się ciekawe. Jednym z nich było, gdy Kilian opisywał jak w czasie biegu czuje swoje mięśnie i jak zmusza je do większego wysiłku. Takie stwierdzenie byłoby dla mnie czystą abstrakcją jeszcze jakiś czas temu. A w poniedziałek przy ostatnim podbiegu pierwszy raz w pełni świadomie czułem jak prawa stopa się podnosi. Równocześnie czułem, jak lewa nie podnosi się tak jak wysoko, ale byłem zbyt zaaferowany tą prawą by pracować nad leniwą lewą.
A tak z przeżyć mniej wewnętrznych – tak szybko tych długich podbiegów jeszcze nie robiłem, ale wiem, że mogę zrobić je jeszcze szybciej, a przynajmniej jeden. Mam na stravie wyznaczony odcinek o długości 1950 metrów i 42 metrów różnicy w wysokości, czyli ten mój długi podbieg. Najszybciej przebiegłem go w 9:03 i po maratonie w Krakowie będę starał się złamać te cholerne 9 minut.
We wtorek nagle zaczęło padać i zamiast czekać na światłach, po raz drugi, zmieniłem trasę pod jej koniec. Co to oznaczało? Że z trwogą zbliżałem się do 17 kilometrów, bo staram się tych 16 we wtorki i soboty nie przekraczać. Nie dlatego że mam to jakoś wyliczone, ale po prostu nie chcę. Ostatecznie nie przekroczyłem, ale zabrakło chyba 40 metrów, więc było blisko. Było też zaskakująco szybko i czułem się wyjątkowo dobrze, pomimo poniedziałkowych podbiegów. Wygląda na to, że wraz z poprawą pogody poprawia się moja regeneracja.
Środa to bieg długi i był to najdłuższy bieg w roku, a zarazem w całym okresie przygotowawczym, jedna jedyna trzydziestka. Może wydawać się mało, ale o wytrzymałość nie boję się tak bardzo.
Trasa to prawie powtórka z zeszłego roku, czyli z Katowic do Siemianowic, potem do Czeladzi i przez Sosnowiec do Katowic. Nie jest to moja ulubiona trasa, bo albo trzeba stawać na pasach, albo umykać przed samochodami i raczej do niej wracać nie będę, są trasy wymagające mniej ekwilibrystyki.
Bieg środowy:
Piątek to ponownie były interwały. Miały być w takim samym tempie jak tydzień temu, czyli 4:05, z tą różnicą, że miały być to odcinki dwukilometrowe. Czyli 6 razy po 2 kilometry w tempie ~4:05, z przerwami czterominutowymi. Koniec końców wyszło tak:
8’11” – 2.06 – 3:58/km
8’11” – 2.06 – 3:58/km
8’17” – 2.06 – 4:01/km
8’07” – 2.06 – 3:57/km
8’17” – 2.05 – 4:02/km
8’08” – 2.06 – 3:57/km
Po pierwszym i piątym miałem dłuższą przerwę, bo musiałem wiązać sznurówki. Trzeci i piąty były bardziej pod górkę, ale i tak wyszło super. Przyznam się uczciwie, że dla mnie takie tempo to rzadkość i bardzo się z niego cieszę.
[iframe src=’https://www.strava.com/activities/1479117622/embed/dcbe33b41b4db3c1d728e3659e626cfe168adec7′]
W sobotę, gdy ruszyłem to myślałem, że się nie rozruszam. Uda ani trochę nie chciały się ruszać, ale po pierwszym kilometrze w końcu się rozkulałem. Nie na tyle żeby kończyć Fartlekiem, którego wymęczyłem tylko dwa razy w tym tygodniu, ale jednak kończyłem szybszym tempem, więc nie ma tak źle.
A za tydzień półmaraton w Dąbrowie i walka o 1:25
Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 105 kilometrów
Łączny czas biegów 8:06
Średnie tempo 4:27
Czas ćwiczeń dodatkowych to 4:39
Co było dobre w tym tygodniu?
Poniedziałkowe podbiegi.
Piątkowe interwały.
Co jest do poprawy?
Czas regeneracji.
Obawy?
Łapie mnie strach przed Dąbrową.
Ciekawostka z tego tygodnia
Próba zamachu na Hitlera dokonana 20 lipca 1944 nie udała się bo Heinz Brandt odsunął walizkę z bombą.
Ilość treningów biegowych – 22
Łącznie przebiegłem około 439 kilometrów
Łączny czas biegu to 33:49
Ilość treningów nie biegowych – 34
Łączny czas ćwiczeń dodatkowych to 18:51
Średnie tempo – 4:37 min/km
Największy objętościowo marzec
Największy objętościowo miesiąc od lipca 2016
Czwarty największy objętościowo miesiąc w życiu
Najszybszy miesiąc w życiu
Pierwsze interwały od lat
Poniedziałek to kompletna masakra. Nogi niby wypoczęte najbardziej od dwóch tygodni, pogoda niby nie tak straszna, bo raptem -9, ale za żadne skarby nie potrafiłem się rozruszać. Tak wolno pod planetarium nie wbiegałem od dawna, w dodatku aż mi się ciężko oddychało. Ale, mimo tego tempo było dobre i ostatnie dwa kilometry z Fartlekiem poszły bardzo fajnie, czyli w gruncie rzeczy nie powinienem tak smęcić. Tyle tylko, że…jak już pisałem – apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Wtorek był już dużo lepszy. Pogoda była cieplejsza i od razu dało się to odczuć. Za skarby nie potrafię podnieść się do biegu, gdy czuję, że jest mi zimno, wtedy najzwyczajniej w świecie chcę bieg jedynie zaliczyć i wrócić do domu. I tak naprawdę temperatura nie ma tutaj znaczenia, a to jak ją odczuwam. Gdy na termometrze było -15 robiłem podbiegi szybciej niż w poniedziałek, gdy było -9. W każdym razie wtorkowe szesnaście kilometrów zostało zaliczone, a na koniec rzecz jasna Fartlek.
Środa to spokojny długi bieg. Chociaż tak naprawdę to nie był zbyt długi, bo raptem 22 kilometry, ale za to bardzo spokojny, bo tętno najniższe w tym roku, jeżeli dane nie kłamią, czyli bardzo fajnie. Owszem, tempo nie było jakieś niesamowite, ale biorąc pod uwagę zeszłotygodniowy szał to bardzo dobrze. Nie ma się co spieszyć, trzeba się w końcu zrelaksować. Pogoda dopisała i mogłem na spokojnie z jednym bidonem sobie potruchtać.
Bieg środowy:
Piątek to był dzień na trudny trening. Trudny, czyli 3×5 kilometrów w tempie 4:05 z pięciominutowymi przerwami, czyli interwały. Pierwsze tak długie interwały i pierwsze w ogóle od listopada 2016 roku, kiedy to robiłem jakieś śmieszne minutówki. No cóż, było ciężko, ale to dlatego że być musiało. Pierwsza piątka poszła najwolniej, bo równo w 4:05, następne dwie w 4:04 z czego pierwszy kilometr w drugiej zaskoczył mnie do tego stopnia, że myślałem, że zegarek kłamie. Za to pierwszy kilometr w trzeciej zaskoczył mnie myślami pokroju nie dam rady wycisnąć tego 4:05, 4:08 też jest dobre. Czasem trzeba zacisnąć zęby i gnać przed siebie.
Ten trening dał mi w kość, ale o to właśnie chodzi, gdyby było łatwo to nie byłby to trening. Za tydzień czekają mnie dwukilometrowe interwały, w takim samym tempie, tylko, oczywiście będzie ich więcej.
Trening piątkowy:
[iframe src=’https://www.strava.com/activities/1466851685/embed/ddb3ba620ecd941811048e0ba6e951a1cece4bf7′]
Sobota to nudne szesnaście, ale żeby tym razem nie było nudno to zmieniłem trasę. Biegnąć przez centrum minąłem grupkę pijanych studentów właśnie kończących poprzedni wieczór, a potem…potem trochę zgubiłem trasę i zwątpiłem, że wiem, jak wrócić nie biegnąć po swoich śladach. Na szczęście udało się tego uniknąć i spokojnie biegłem przed siebie. Nie, absolutnie nie spokojnie, bo takiego tempa na treningu po mocnym piątku nie powinno być. Tyle że tętno było w porządku samopoczucie było bardzo dobre i jeszcze na koniec Fartlek. Jest dobrze.
Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 95 kilometrów
Łączny czas biegów 7:21
Średnie tempo 4:37
Czas ćwiczeń dodatkowych to 4:39
Co było dobre w tym tygodniu?
Piątkowy mocny trening był naprawdę dobry.
Co jest do poprawy?
Motywacja przy zimnie.
Obawy?
Że zima wróci.
Ciekawostka z tego tygodnia
Magdalena Lewy-Boulet dostała obywatelstwo amerykańskie 11 września 2001 roku.
Chyba przesadziłem w piątek z tempem, bo w poniedziałek jeszcze te uda nie są na sto procent. Co to oznacza? Niewiele. Spowolnienie we wtorek i środę. Takie jest założenie. Do tego trochę więcej kalorii i powinno grać.
Jest też inna opcja – że to jakaś infekcja, ale leki wzięte, więc tu też się zabezpieczam.
Ogólnie rzecz biorąc to ten poniedziałkowy bieg był dwubiegunowy. Z jednej strony tempo było super, i w ogóle, ale to w ogóle go nie czułem, zwłaszcza gdy pod koniec robiłem Fartleka, a z drugiej strony złapała mnie kolka. A to jeszcze nie jest najgorsze, najgorsze było to że zapomniałem co się robi, gdy kolka złapie. W każdym razie, zatrzymałem się, porozciągałem, ponaciskałem i ruszyłem do biegu. Była to w stu procentach moja wina, bo postanowiłem zacząć wzmacniać przeponę i robić ćwiczenia oddechowe, a chyba mocny trening nie jest najlepszym momentem by te ćwiczenia wprowadzać.
Wtorek przyniósł ożywienie. Po tych obolałych mięśniach nie było już prawie śladu i biegło się, oj biegło…prawdę mówiąc to za szybko, więc bardzo niezgodnie z planem, tylko cóż…skoro zostało przebiegnięte to nie ma teraz co nad tym się rozpisywać. Grunt, że samopoczucie jest dobre, nogi się chyba w końcu pozbierały.
W środę pobiegłem najszybsze WB1 w życiu. Aż musiałem sprawdzić czy kiedyś biegłem taki dystans tak szybko i wyszło mi na to, że nie. Wiele rzeczy w ten dzień zagrały, bo i pogoda była dobra i paliwo dobre. Cieszyło zwłaszcza to, że byłem w stanie zmusić się do Fartleka pod koniec. Co też jest częściowo odpowiedzialne za takie a nie inne tempo. Zupełnie inną sprawą jest to, że ja te wycieczki biegam zdecydowanie, ale to zdecydowanie za szybko. Jednak jest tak już od kilku lat i w ogóle nie staram się tego zmienić, a to chyba najlepsze dla stanu moich nóg nie jest.
Bieg środowy:
Piątek to w końcu było udane BNP. No dobrze, może nie do końca udane, bo o ile pierwsze 9 kilometrów wyszło tak jak powinno, tak kolejnych 8 wyszło za wolno. Fajnie jest zwalić winę na pogodę, bo po raz pierwszy od kilku tygodni odmrażało mi palce a ust to już prawie nie czułem, ale…nastawienie psychiczne nie jest już takie dobre jak tydzień temu. Tak naprawdę to powinno być, bo zrobiłem BNP w trudnych warunkach i chociaż łączne tempo na tych osiemnastu kilometrach było słabsze niż tydzień temu, bo raptem 4:14 min/km, ale…to o niebo lepiej niż pierwsze BNP na początku miesiąca i poprzednie WB2. Prawdę mówiąc był to mój trzeci najszybszy trening w życiu, w dodatku na najniższym tętnie, wykonany w najgorszych warunkach. Cóż, apetyt rośnie w miarę jedzenia i widać październikowe bieganie mnie rozpieściło, bo wtedy tempo rosło z tygodnia na tydzień.
Bieg piątkowy.
[iframe src=’https://www.strava.com/activities/1455421784/embed/8b510dc649d02a5173d672bf30e4dd006ce4ce92′]
Sobota to typowy bieg na zaliczenie. Ot został zaliczony i z głowy, nie ma się tu nad czym rozpisywać.
Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 103 kilometry
Łączny czas biegów 7:56
Średnie tempo 4:36
Czas ćwiczeń dodatkowych to 4:30
Co było dobre w tym tygodniu?
Podbiegi wyszły super.
Udało się BNP.
Co jest do poprawy?
Strona mentalna.
Obawy?
Pogoda.
Ciekawostka z tego tygodnia
William L. Shirer w Powstaniu i upadku Trzeciej Rzeszy wygłasza tezę jakoby Polacy mieli w sobie chęć do samozagłady.
Poniedziałek to powtórka podbiegów sprzed dwóch tygodni, czyli sześć krótkich podbiegów. To będzie taki powtarzający się motyw bo te podbiegi są niesamowite. Pisałem już o tym jak to na początku nie byłem w stanie trzech zrobić bez przerwy, a teraz to wbiegam na tę górkę i sześć razy. Chciałem instynktownie napisać ‘bez problemu’, ale nie będę kłamać, oczywiście że wbiegam z problemami, tętno skacze, uda pieką, tchu brakuje, ale co zrobić, trzeba zacisnąć pięści i napierać. Te sześć podbiegów to zależnie od strony między 220 a 340 metrów podbiegów łącznie, czyli niby niewiele, ale jest są tam dwa momenty ze srogim nachyleniem i trzeba trochę rękami popracować. Nogami w sumie też.
Z tego poniedziałkowego treningu byłem bardzo zadowolony, ale kosztował mnie bardzo wiele. We wtorek wlokłem się (hahaha…) do tego stopnia że ten bieg był wolniejszy od tych podbiegów. Na podbiegach są też zbiegi, ale Rekordy z górki się nie liczą, więc zapominam o tym.
Środa to było bardzo szybkie WB1, widać ciało się zregenerowało po mocnym poniedziałku. Było to najszybsze WB1 jakie zrobiłem w życiu, więc było zapewne za szybkie, ale trudno – bywa. Szukałem nowej trasy, no i znalazłem, tyle tylko że nowa trasa okazała się być trasą wybieganą w czasie Silesii, więc wcale nie była taka nowa. Zresztą, bez znaczenia i tak fajnie było się zgubić. Celowo zrobiłem krótsze WB1, bo trochę obawiałem się piątku, czyli mocnego treningu. W przyszłym tygodniu już się tak szczypać nie mam zamiaru i pobiegnę wolniej i dłużej.
Piątek był niesamowity. Ruszyłem dość normalnie bez żadnych specjalnych odczuć, ot zrobić to BNP w 4:20-4:10-W TRUPA, rozgrzewka zrobiona i pora ruszać. Ruszyłem i tak biegnę, biegnę, przebiegłem pierwszy kilometr w 4:08, drugi w 4:11, trzeci w 4:10 i nie czułem w ogóle tego tempa. Wtedy też postanowiłem, że zamiast BNP pobiegnę w tym tempie do końca. Założyłem sobie, że nie będzie wolniej niż 4:10 i tak sobie biegłem. Chociaż nie, nie biegłem tak sobie bo jednak czasem zwalniałem, ale za każdym razem gdy widziałem że zwalniam kopałem się mentalnie w tyłek i cisnąłem mocniej. Im było bliżej końca tych osiemnastu kilometrów tym tętno było słabsze, ale tempo dalej było mocne. W końcu przyszedł czas na ostatni kilometr i pobiegłem najszybszy kilometr w życiu a potem w bólach wymęczyłem 3M. Ogólnie tempo tych osiemnastu kilometrów to 4:06, połówka padła w 1:27:48, czyli 27 sekund wolniej niż życiówka z września. Czyli progres jest, ale…pisząc to w piątek nie wiem, jak to będzie wyglądać w sobotę rano. Pewnie będzie boleć. No cóż, czasem musi.
W sobotę wlokłem się jeszcze bardziej niż we wtorek. Najwolniej od miesiąca. Doszło do tego, że sam się zastanawiałem czy ja w ogóle biegłem w tym roku wolniej. Jak to się szybko zapomina o tych potwornych wybieganiach na śniegu. Na koniec zmusiłem się do Fartleka do pięćdziesięciu szybkich kroków i z powrotem. Trochę mnie odmuliło, ale co najważniejsze – nogi nie bolały tak bardzo jak tego się obawiałem.
Zapis z piątkowego treningu na stravie:
[iframe src=’https://www.strava.com/activities/1443442218/embed/d3b71b199487943772b2e77548afccf581cd60da’]
Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 96 kilometrów
Łączny czas biegów 7:26
Średnie tempo 4:38
Czas ćwiczeń dodatkowych to 4:32
Co było dobre w tym tygodniu?
Podbiegi wyszły świetnie.
Piątkowe oszukane WB2 wyszło lepiej niż się spodziewałem.
Strona mentalna jest przyzwoita.
Co jest do poprawy?
Regeneracja mogłaby być lepsza. Więcej luzu po tych ciężkich treningach.
Obawy?
Strach, że coś się w aparacie biegowym zacznie dziać i złapie mnie jakaś kontuzja.
Ciekawostka z tego tygodnia
W czasie rozmów z kanclerzem Austrii, przed anszlusem Hitler blefował, że ma żołnierzy przygotowanych do wymarszu. A tuż przed plebiscytem już nie blefował.