Kategoria: Chiny
Pierwszy tydzień odhaczony
Trochę stresu na początku, bo to jednak zawsze było kilka tygodni przerwy i człowiek trochę z wprawy wyszedł, ale od wtorku było już w porządku.
Dwie nowe grupy są fajne, trzy stare grupy także fajne.
Tylko człowiek który układał ten plan…no kurczę. W czwartek mam jedne zajęcia i to z grupą która też ma tylko jedne zajęcia – moje. W piątek mam jedne zajęcia, w dodatku po południu, z grupą która też ma tylko jedne zajęcia – moje. Nawet nie muszę się wysilać by sobie wyobrazić radość tych studentów gdy poznali swój plan zajęć i zobaczyli że ich jedynymi zajęciami w piątki będą moje. Nie muszę się wysilać bo wystarczy że zerknę na notkę z wczoraj.
Słońce dziś świeci, pogoda dopisuje. Jutro ma być jeszcze cieplej. Dwadzieścia trzy stopnie to naprawdę nie w kij dmuchał. Tutaj robi się ciepło tak bardzo szybko. Aż chciałoby się napisać że za szybko, w końcu jak człowiek się przez tych 28 lat przyzwyczaił do późno nadchodzących i krótkich lat to takie dwadzieścia trzy stopnie na początku marca są niezłym zaskoczeniem.
A jutro czeka mnie długie wybieganie i tak bardzo nie mogę się go doczekać że od dwóch dni myślę gdzie by tu pobiec. Dopóki nie kupiłem roweru miałem plan żeby dobiec do miejsca gdzie odbywał się ten górski maraton, ale teraz już wiem jak się tam dostać i miejsce to wcale nie jest aż takie interesujące, także pozostaje mi bieganie po terenach które znam lepiej, które mam już dość porządnie obiegane. Tylko pytanie gdzie? Coś się na pewno znajdzie, w końcu to tylko jakieś dwadzieścia kilometrów, więc nie powinno być większych problemów ze znalezieniem jakiejś fajnej trasy, zwłaszcza że teraz już o szóstej robi się jasno więc nie trzeba ciągle uciekać się do tych samych kierunków, można coś tam zaimprowizować bez obawy że się człowiek przewróci o jakiś wystający pręt, czy olbrzymi kamień.
Wiosna
Chyba zima skończyła się na dobre.
Zgodnie z zasadą którą przedstawiłem Wam wczoraj otwarłem wczoraj okno i tak ciepło w sypialni nie mieliśmy od stycznia kiedy to grzejnik chodził przez kilka godzin każdego dnia.
Dzisiaj zresztą okno także jest otwarte i nic nie zapowiada na to by sytuacja z wczoraj się nie poprawiła. Do tego niebo jest pięknie przejrzyste, perspektywy na deszcz są zerowe. Wspaniale.
I teraz taki żart, a przynajmniej coś co mnie rozbawiło bardzo.
Specjaliści ogłosili dzisiaj że w tym roku Xiamen nawiedzi cztery, lub pięć tajfunów. Jeden w lipcu, dwa w sierpniu i jeden we wrześniu.
Jest to o tyle zabawne że prognozy pogody to prognozy i nawet pogody na tydzień do przodu nie da się przewidzieć, a co dopiero na pół roku do przodu. Takie wróżenie z fusów.
W ogóle to okazało się że we wrześniu zeszłego roku, gdy już byliśmy w Xiamen uderzył w nas tajfun. To pewnie wtedy gdy przez kilka dni padało non stop i wszędzie były śmieci. Już nawet o tym zpaomniałem.
Kolejna nowa grupa poznana, bo w tym semestrze wróciły do mnie trzy stare grupy i pojawiły się dwie nowe.
Jedna to specjalizacja komputery. Poważnie, napisano mi że ich kierunek to komputery. Część studentów mnie poratowała i powiedziała ze ich kierunek nazywa się media cyfrowe. Czyli jakaś tam grafika komputerowa, trochę programowania, czyli taki miszmasz.
Drugi nowy kierunek który dostałem to inżyniera wodno-lądowa i już muszę powiedzieć że Ci z drugiego roku byli z angielskiego znacznie lepsi. Chociaż i tak jestem pod wrażeniem. To są jednak naprawdę porządnie przygotowani do tego przedmiotu młodzi ludzie. Tylko dlaczego, skoro Oni już są tacy dobrzy, daje się Im zajęcia dwa razy w tygodniu w dodatku wymieszane dwa zajęcia w czasie jednych?
No nic. Jutro czeka mnie piątek, a piątek będzie dniem trudnym bo chociaż czekają mnie tylko jedne zajęcia to czekają mnie po południu, a ja nie znoszę mieć jednych zajęć po południu. Nigdy nie lubiłem.
Zresztą chyba nikt nie lubi bo pamiętam gdy, dawno temu, studiowałem finanse mieliśmy wykłady z matematyki w piątki o 14, czy nawet 15 i nigdy nie było na nich więcej niż 20 osób. Chociaż cały rok liczył osób ponad 100.
Bez elegii
Dzisiaj dętka wytrzymała.
Prawdę mówiąc miałem pewne obawy czy wytrzyma. W końcu wyglądała na dość starą, w dodatku została wyciągnięta z zakurzonego pudełka, z zakurzonej półki, ale jednak wytrzymała. 31 kilometrów to jest dopiero rozgrzewka, ale poprzednia dętką takiego dystansu nie wytrzymała.
Dzisiaj nie było żadnych świątyń, była za to walka z czasem. Powód był prozaiczny, zobaczyłem że pomimo kilku gór i jazdy pod wiatr jestem w stanie pobić największy dystans pokonany w godzinę, więc chwyciłem rower za rogi i pedałowałem co sił w nogach.
Rzecz jasna udało się, wynik poprawiony minimalnie, ale zawsze i co najważniejsze, był to dopiero mój trzeci raz gdy wsiadłem na ten rower.
Czuć że jest szybszy od meridki, ale co do tego nie powinno być żadnych wątpliwości, w końcu meridka nie została stworzona do jazdy szybkiej a do jazdy po wertepach, a ten…cóż, to najlżejszy rower jaki miałem, a to już o czymś świadczy.
Zanim jednak ruszyłem na wycieczkę, z samego rana poszedłem biegać i znowu nogi niosły. Jeszcze szybciej niż w poniedziałek. Czuję że powoli, powolutku wracam do tego co było przed przerwą. Oczywiście jeszcze jest za wcześnie by mówić że wróciłem, w końcu to dopiero początek drugiego tygodnia, ale czuję że jest dobrze. Teraz pozostaje biegać, stopniowo zwiększać objętość i biegać, biegać, nie poddawać się i jeszcze raz biegać.
A pogoda jest coraz lepsza, dość powiedzieć że na rowerze byłem w krótkich spodniach, rano jest jeszcze zdecydowanie za zimno na krótkie spodnie do biegania, ale gdy w południe słońce zacznie grzać, to nie ma innej opcji. W długich jest zwyczajnie za ciepło.
I teraz taka ciekawostka kulturowa o której nie słyszałem wcześniej.
Na północy Chin ludzie mówią że idą do domu się ogrzać gdy jest zimno. A na południu że wychodzą na dwór się ogrzać gdy jest im zimno w domu.
Sto procent prawdy.
Pierwsze koty za płoty
Czyli pierwsze zajęcia już za mną.
Z tymi poniedziałkowymi zajęciami będzie mały, malutki, maluteńki problem. Mianowicie są w poniedziałek, a w tym semestrze dwa z trzech dni wolnych z powodu świąt wypadną w poniedziałek. Dlatego też dzisiejsza grupa będzie miała dwa razy miesięczną przerwę między zajęciami. Wszystko po to by ta druga grupa nie była poszkodowana. W innym wypadku Ci z dzisiaj mieliby zajęć 9, a Ci z przyszłego tygodnia 6. A 6 zajęć oznacza raptem 3 lekcje.
W dodatku ktoś w szkole wymyślił że semestr ma mieć 17 tygodni. 17 tygodni! Jak ja mam to podzielić po równo między dwie grupy? No nie podzielę.
Wczoraj, jak zresztą można domyślić się z filmu, dotarłem do świątyni. To była pierwsza świątynia na południu Chin do której wszedłem i chociaż one wszystkie są do siebie bardzo podobne, to jednak te na południu widywane czy to przejazdem, czy przebiegiem, czy też tak jak ta poniżej, wydają się być bardziej wyraziste, bardziej kolorowe i jeszcze fajniej przyozdobione. Chociaż chyba nie są aż tak rozsławione jak te na północy bo nie potrafię sobie przypomnieć jakiejś sławnej świątyni z południa Chin.
Ciastko z ryżem (poważnie, na zewnątrz jakieś ciasto, a w środku ryż)
Dotarłem do tej świątyni na nowym rowerze, ale o nim będę pisać kiedy indziej. Prawdę mówiąc to cel obrałem sobie inny, ale dotarłem do tej świątyni i postanowiłem podjechać pod górę na którą wbiegaliśmy w czasie maratonu. Po paruset metrach guma w oponie nie wytrzymała i trzeba było wracać do domu. Tylko że wracać musiałem na feldze bo chociaż jedną dziurę zalepiłem to powietrze dalej schodziło, więc dziur musiało być więcej, a żadnej widać nie było.
Powrót na feldze sprawił że na dętce pojawiło się kilkanaście małych dziur. Walka o dętkę trwała półtorej godziny, ale ostatecznie uznałem wyższość dziur i dałem sobie spokój z próbami ich zalepienia.
Zupa z makaronem w stylu japońskim (gdzieś tam w środku pływał małż)
Historia dętki skończyła się dzisiaj gdy wylądowała w koszu na śmieci po zakupie nowej. Dziękuję Ci dętko z przedniego koła nowego roweru. Służyłaś mi krótki i nie zdążyliśmy się nawet zakolegować, jednak dziękuję, pozwoliłaś mi wrócić do domu ze sklepu i dojechać do świątyni. Mam nadzieję że odnajdziesz się w swoim nowym życiu.
[KK] Świątynia
Znaleziona chwilę przed tym jak mi dętka pękła i musiałem wracać do domu.
Wesele
Było o ślubie, to dzisiaj będzie o weselu.
Wszystko zaczęło się o piątej rano kiedy to June musiała iść do fryzjerki by przygotowała Jej fryzurę i makijaż (czyli taka fryzjerka i wizażystka, dwa w jednym, kombo jak kawa z mlekiem). Ja się, rzecz jasna, z łóżka ruszać nie musiałem. Nie miałem nawet zamiaru. Wychodzenie o 8 rano spod nagrzanej kołdry do zimnego mieszkania, a z niego na zimną ulicę by zjeść śniadanie jest bolesne. Sytuacji nie poprawia hulający wiatr, a jedyna myśl która daje motywację to to będzie dobra zupa.
Wstawanie o 5 rano by zrobić dokładnie to samo ale bez perspektywy zjedzenia dobrej zupy jest czymś czego absolutnie nie chciałbym się podjąć i dlatego cieszyłem się niezwykle że to ktoś inny szedł z June.
Zupa z wołowiną jest przysmakiem z tego regionu Chin. Nie jest jakimś znanym rarytasem który można dostać wszędzie, w każdej prowincji, nawet w nie każdej części prowincji Henan znajdziemy restaurację serwującą tę zupę, ale w Luoyang i okolicach znajdziemy ją bez problemu. Z reguły restauracje które ją sprzedają, nie robią niczego innego. Te większe sprzedają jeszcze wołowinę, lub wołowe podroby, ale w tych mniejszych zamówić można tylko zupę.
Samo przyrządzenie jest proste, wrzuca się do miski przyprawy, dosypuje warzyw, krwi i mięsa, a potem zalewa gotującym się wywarem, który po chwili się odlewa, zalewa się jeszcze raz, znowu odlewa, a po chwili zalewa po raz trzeci i podaje. Do tego zawsze dostaje się chleb, albo w całości w postaci placka, albo pocięty jak makaron.
Wybaczcie tę przerwę w narracji, ale mając żonę Chinkę nie mogę teraz nie wspomnieć o jedzeniu.
Góra: nuggetsy, wołowina, orzeszki ziemne, warzywa na słodko
Środek: galaretka z mięsem wieprzowym, świńskie uszy, coś słodkiego
Dół: udka, makaron, jajka
June wróciła i zaczęła z koleżankami ćwiczyć taniec. Dla mnie oznaczało to pobudkę bo minutowa piosenka zapętlona w niemalże nieskończoność była równie irytująca co twinkle twinkle little star grane na taniej zabawce przez 12 godzin w pociągu do Kunming rok temu. W nocy.
Doszły: kiełki czosnku i ryba
Do mniej więcej 1030 siedzieliśmy ze znajomymi June w Jej pokoju, a potem…no cóż, potem to wszyscy wyszli, łącznie z June i zostałem w pokoju sam.
Wieprzowina. Boczek po chińsku, czyli więcej tłuszczu niż mięsa.
Dlaczego? Tradycja.
Zgodnie z tradycją powinienem przyjść do domu rodziców June i dopiero wtedy zobaczyłbym Ją po raz pierwszy. Z racji tego że tej tradycji nie dało się zrobić, to po prostu zabroniono mi wychodzić z pokoju. W międzyczasie posadzono June w salonie i robiono sobie z Nią zdjęcia.
A ja czekałem w pokoju i czytałem książkę. Cóż innego miałem robić?
Ryż na słodko.
Po jakichś 40 minutach June weszła do pokoju i okazało się że możemy iść. Więc wyszliśmy, ruszyliśmy do samochodu, a przed nami szedł Pan odpalający petardy. Chińczycy uwielbiają jak jest głośno, to zdumiewające że problemy ze słuchem nie są w tym kraju częstsze. Samochód zawiózł nas do sali gdzie odbył się obiad.
Golonka
Zaczęli się z June i znajomymi rozsiadać, ale po chwili zostaliśmy przeniesieni w inne miejsce, gdzie byliśmy już tylko my (czyli June, ja i znajomi) i tam też zjedliśmy obiad. W oddali od reszty rodziny, innych znajomych. Na salę wyszliśmy (June i ja) tylko raz by wnieść toast.
Po mniej więcej godzinie nie było już nikogo na dużej sali i dostaliśmy informację że wracamy.
Wieprzowina. Prawie sam tłuszcz.
Wróciliśmy, June się przebrała i ot, koniec wesela.
Tofu, pierwszy raz jadłem w restauracji na ciepło.
Bakłażan w sosie słodko kwaśnym.
Mapo tofu.
Kilka słów wyjaśnień i zaległości
Notek długo nie było, to fakt niezaprzeczalny. Były za to filmy i mam nadzieję że one chociaż trochę Wam ten czas bez słowa pisanego wypełniły. Do tego doszły zdjęcia i wrzucając je do galerii dotarło do mnie że przez trzy miesiące zrobiłem ich mniej niż 100, co jest wręcz żenujące. Dlatego też zamierzam ich robić więcej i wrzucać na bloga, bo to chyba ich brak w notkach sprawił że przestało mi się chcieć wyciągać aparat. Bo sam przed sobą nie chcę się przyznać do przyzwyczajenia się do pewnych widoków.
Jak już zapewne wiecie jesteśmy z June po ślubie i po weselu. Nie mamy jeszcze załatwionych wszystkich formalności ze stroną Polską, więc to jeszcze nie pora na wyszczególnianie wszystkiego co trzeba zrobić (napięcie zauważalnie rośnie), ale że jesteśmy po ślubie w Chinach to wszystkie formalności po stronie Chińskiej mamy załatwione.
Nie chwaliłem się za bardzo tym że bierzemy ślub, bo tak po prawdzie to nie wiedziałem czy nam się uda. June dzwoniła wielokrotnie do urzędu stanu cywilnego (małżeństwa międzynarodowe zawierane są w innym wydziale niż normalne) i dodzwoniła się dwukrotnie. Pierwszy raz usłyszała ‘nie wiemy kiedy zaczniemy pracę po nowym roku, najlepiej dzwonić później’, chociaż daty dni wolnych w placówkach rządowych ustalane są odgórnie i były już opublikowane. A drugi raz dodzwoniła się piętnastego lutego kiedy to staliśmy w kolejce po bilety do Zhengzhou (stolicy prowincji w której June jest zameldowana, bo tylko w takim mieście można zawrzeć małżeństwo międzynarodowe). Staliśmy w niej bo uznaliśmy że pojedziemy do tego urzędu i spróbujemy, albo się uda w ten dzień, albo w następny, w najgorszym wypadku znajdziemy hotel i tyle (w całym Zhengzhou zaprzestano przyjmowania obcokrajowców do tańszych hoteli, nawet ten w którym spałem 3 lata temu się z tego wycofał).
Tym razem June usłyszała ‘Rano mamy dwa śluby to raczej nie damy rady, ale po południu pracujemy do 1630 i mamy ślub i rozwód, więc obiecać nie możemy, ale powinniśmy Was zmieścić. Tylko czy macie dokumenty? Aaa…z ambasady? No to lepiej żebyście je przetłumaczyli w tym biurze, bo może coś być nie w porządku.’
Dojechaliśmy do Zhengzhou. Tam czekała już kuzynka June z mężem i chwała Im za to, bo bez Nich byłby klops. Najpierw pojechaliśmy do biura tłumaczeń. Tam stwierdzono że dokument z konsulatu nie może być użyty z powodu ‘no widzi Pani, tutaj nie ma nazwisk i imion przetłumaczonych, a to musi być przetłumaczone’, także wszystkie imiona moje, oraz imiona moich rodziców, do tego nazwisko i nazwisko rodowe mamy mam teraz zapisane w hanzi (chińskich znaczkach). Oczywiście ‘Cały dokument trzeba tłumaczyć od nowa’. Pierwsza moja myśl to, jak często w Chinach, znowu próbują nas naciągnąć, ale po czasie dotarło do mnie że może faktycznie coś jest na rzeczy bo jednak byliśmy w konsulacie w Kantonie, który prowincją Henan (tą w której June jest zameldowana) się nie zajmuje i nie mieli obowiązku wiedzieć jak to wygląda.
Z tym dokumentem pojechaliśmy do urzędu stanu cywilnego, gdzie bez kolejki weszliśmy do biura, wytłumaczyliśmy o co chodzi i zaczęliśmy wypełnianie papierka. Dosłownie jednego. Jeden dla mnie, drugi dla June. W całości po Chińsku, więc nie wiem co się w nim znajdowało oprócz informacji o tym kim jestem z zawodu, jakie mam wykształcenie i kiedy się urodziłem.
Po wypełnieniu Pani urzędnik pyta czy mamy zdjęcia. ‘Nie mają państwo? To muszą państwo zrobić, gdyby państwo zadzwonili wcześniej to byśmy powiedzieli że trzeba mieć.’ Nóż się w kieszeni otwiera, ale trzeba było zacisnąć zęby, wsiąść w samochód kuzynki i pojechać znowu do budynku z biurem tłumaczeń, bo ‘tam jest fotograf’. Fotograf był, zrobił zdjęcia.
Wróciliśmy do urzędu, oddaliśmy zdjęcia i po paru minutach dostaliśmy wydruk z naszymi danymi, trzeba było sprawdzić ich autentyczność i przyłożyć palec wskazujący. Przyłożyliśmy. June za słabo, ja za mocno, więc Pani urzędnik burczała że musi drukować raz jeszcze. Drugi raz już Ona sama przyciskała nasze palce.
Po tym wszystkim trzeba było uiścić opłatę urzędową. Opłata urzędowa za zawarcie małżeństwa wynosi 9 RMB. 9 RMB to śniadanie, a i to nie zawsze. 9 RMB to nie jest nawet kawa, to trzy butelki 0,5L coca coli, to 3 placki z ulicy, to w przeliczeniu jakieś 5 złotych. Kwota abstrakcyjnie niska w porównaniu do reszty naszych wydatków na ślub.
Po uiszczeniu opłaty dostaliśmy po czerwonej książeczce i od razu ruszyliśmy do biura tłumaczeń, bo w nim zajmują się także załatwianiem kolejnych dokumentów. W końcu na co mi akt małżeństwa w Chinach, ja go jeszcze w Polsce muszę umiejscowić, czyli akt małżeństwa trzeba oddać do chińskiego ministerstwa spraw wewnętrznych, notariusza, tłumacza, konsulatu polskiego (niekoniecznie w tej kolejności) i dopiero z nim można iść do konsulatu (lub urzędu stanu cywilnego w Polsce) z prośbą o umiejscowienie.
I tyle. To był ślub. Ach. Kuzynka i Jej mąż cały czas siedzieli w samochodzie, więc nam nie świadczyli. Świadkowie na ślubie nie są potrzebni, gości można zaprosić, ale to nie jest żadna ceremonia, nikt się o nic nie pyta, nie ma żadnej podniosłości momentu, wystarczy wypełnić wniosek, podpisać i już po ślubie.
O weselu i innych zaległościach będzie w najbliższym czasie, także czekajcie cierpliwie.
[VLOG] Dom teściów, Yiyang i czerwona książeczka

































