Miesiąc: kwiecień 2015
Piątkowy początek lata
Ciepło jest dzisiaj bardzo. Do tego stopnia że ludzie znowu wychodzą w krótkim rękawku i nie pozostaje nic innego jak mieć nadzieję że będzie już tylko cieplej. Chociaż tak między Bogiem a prawdą to wiadomo że wkrótce zacznie padać, a jak tutaj pada to leje i momentami będzie chłodno. Zapewne nie tak chłodno jak bywało w Changchun w czasie kwietniowych biegów wokół jeziora, ale jednak chłodno.
Od dwóch dni w stróżówce nie ma studenta, a jest opiekun budynku i od razu drzwi są otwierane przed szóstą. Z jednej strony utrudnia mi to trenowanie skoków przez płot i skraca dystans pokonywany na początku, a z drugiej pozwala od razu ruszyć do biegu, bez żadnych sztucznych przeszkód w postaci dwumetrowego stosu cegieł zaprawionego zaprawą murarską.
A potem pozostaje tylko biec i przyznać muszę że ten tydzień był zaskakujący (był bo jutro nie idę biegać, a w niedzielę to będzie bieg połączony z robieniem zdjęć a nie taki normalny bieg). Zaskakujący bo wszystkie biegi były w tempie 5:10 min/km i to niezależnie od dystansu. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy bo jest to tempo przyzwoite, a z drugiej martwi bo nie ma progresji, oraz jest to trochę za szybko jak na ten dystans piątkowy. Tydzień temu w piątek było jeszcze szybciej, ale to był dziwny tydzień.
Jutro ruszamy do Xuzhou i jakoś ciągle to do mnie nie dociera. Ruby, czyli nauczycielka angielskiego zadawała mi przez ostatnich kilka dni masę, ale to masę pytań, począwszy od czy na pewno przyjadę, po o której będę w Jiawang. Dzięki temu dowiedziałem się że jutro mają dwa zajęcia z nauczycielami po południu, a potem dwa, ale już bez nauczycieli i właśnie w to okienko się bardzo ładnie wpasuję. Dużo czasu mieć tam nie będziemy, ale dzięki temu będę miał więcej czasu na pokazanie June mojego chińskiego heimatu.
Podejście do spraw szpitalnych
Gdy kilka lat temu (za cztery dni będą to już lata trzy) potrącił mnie samochód i trafiłem do szpitala odwiedzała mnie rodzina. Co było bardzo miłe i przyjemne. Takie rodzinne dodawanie otuchy to w gruncie rzeczy jedna z tych fajniejszych stron posiadania rodziny.
Odwiedziny oznaczały nie tylko pogaduszki, wspieranie na duchu i inne rzeczy nienamacalne, ale także rzeczy bardziej namacalne jak jedzenie. Owoce, ale także coś porządniejszego bo wiadomo jak to jest w szpitalach z jedzeniem. Nie pamiętam czy dostałem jakiegoś kwiatka, ale znając babcię to tak.
W zeszłym tygodniu wujek (starszy brat ojca, co w sumie nie większego znaczenia, ale w Chinach mają tytuł dla każdego członka rodziny) June trafił do szpitala z podejrzeniem nowotworu na płucach. Od razu pozwolę sobie wszystkich uspokoić bo okazało się że to nie nowotwór tylko jakaś torebka z wodą, czy coś w tym guście. Poważne, ale o wiele mniej poważne niż nowotwór u palącego jak huta Chińczyka.
Gdy June się o tym dowiedziała chciała pojechać do szpitala i dać rodzinie wujka pieniądze. Nie owoce, nie kwiatki, nie kartkę z życzeniami, ale właśnie pieniądze. Bo owoce mogą sobie kupić zawsze, kwiatki nie będą potrzebne, a pieniądze na operację będą niezbędne.
I z tym kłócić się nie można. Większość Chińczyków nie ma co liczyć że państwo się Nimi zaopiekuje, darmowa opieka medyczna nie istnieje, emerytury są śmiesznie niskie, edukacja chociaż darmowa to jednak pochłania mnóstwo pieniędzy, czyli tak średnio socjalistycznie.
Ta różnica w podejściu, że my to dajemy kwiatki choremu i może, ale tylko może, podrzucimy coś doktorowi przy poważniejszych sprawach, a pielęgniarkom to kawy i słodycze by się lepiej nami zajęły, a w Chinach przede wszystkim choremu dają pieniądze żeby nie musiał się niczym przejmować mnie zaskoczyła, chociaż nie powinna bo jest logiczna. To jest dokładnie to do czego to państwo mnie już przyzwyczaiło, jednak chciałem się tym podzielić bo warto się tak przez moment zastanowić jak bardzo jesteśmy uzależnieni od pewnych rzeczy.
Tygodniowy koniec lata
Koniec marca był naprawdę upalny, do tego stopnia że można było wychodzić w krótkim rękawie z czego wiele osób korzystało.
Początek kwietnia…no cóż, powiedzenie kwiecień plecień poprzeplata trochę zimy trochę lata sprawdza się nie tylko w Polsce, ale także i tutaj. Jest znacznie chłodniej, do tego stopnia że wczoraj żałowałem że wyłączono już ogrzewanie. A przecież to początek kwietnia, więc powinno już być przyjemnie.
Chociaż…w Changchun dalej sypie śnieg, więc może być gorzej. Dużo gorzej.
Dni są coraz dłuższe, czyli wychodząc rano przed szóstą zastanawiam się dlaczego jeszcze brama nie jest otwarta, a potem przypominam sobie która godzina, odwracam się w prawo i muszę przeskakiwać przez płot.
A potem pozostaje już tylko biec. I dzisiaj zaskoczyłem sam siebie bo nie spodziewałem się że będzie mi się biegło tak dobrze po czterodniowej przerwie. Z reguły po takich przerwach czuję się ociężały, zmęczony, a bieg to mordęga, a dzisiaj nic z tych rzeczy. Widać okazjonalnie taka przerwa może postawić mnie na nogi. Zobaczymy jak to będzie jutro, bo chociaż teoretycznie te czwartkowe biegi są szybsze to jednak nigdy nic nie wiadomo.
Zapomniałem już jak przyjemnie biega się gdy wokół jeszcze nie ma studentów (chociaż to tylko część prawdy bo z reguły gdy jestem w połowie biegu Oni już sprzątają i wszędzie się pakują z tymi miotłami), a ptaki już ćwierkają. Gdyby jeszcze te poranki nie były takie chłodne to byłoby już w ogóle świetnie. Nie można jednak mieć wszystkiego, prawda?
W Jiawang w niedzielę pewnie będzie podobnie. Mam w planach wyskoczyć z samego rana z aparatem i przebiec się po starych ulicach, zobaczyć jak wiele się zmieniło i jak wiele się pewnie jeszcze zmieni. To może być moja ostatnia wizyta w moim małym chińskim domu, bo potem to pewnie nie będzie już do kogo wracać. Dawni uczniowie rozjadą się w cztery strony Chin, lub świata (oby!) i zapewne już się nie spotkamy…a może nie? Może zostanę jeszcze kiedyś zaproszony na jakiś zjazd absolwentów ;-)
A co jest dla Ciebie najbardziej wartościowe
Weekend spędziliśmy u rodziców June, gdzie jak zawsze było zimno. Następny spędzimy w Jiawang, gdzie zimno być już nie powinno. W dodatku dzieciaki się o mnie pytają :-) Już nie dzieciaki w sumie…
W każdym razie dzisiaj ruszamy z piątym tygodniem, czyli do końca już niedaleko. Co ciekawe, dzisiaj zdałem sobie sprawę że studenci z tygodnia szóstego będą mieli na kolejnych zajęciach sprawdzian, bowiem tydzień ósmy wypada w pierwszego maja…
Dzisiaj kontynuowaliśmy część tematów z poprzednich zajęć i dalej mnóstwo studentów opowiadało o swoich ulubionych przedmiotach i najbardziej zapadających w pamięć wspomnieniach. To takie bardzo fajne tematy bo każdy może coś opowiedzieć, chociażby o swoim telefonie.
Tego się właściwie obawiałem że mnóstwo studentów będzie opowiadać o telefonie lub komputerze i będzie to dość monotonne, ale jednak nie. Zeszły rok nastawił mnie tak by nie oczekiwać czegokolwiek i dzięki temu znajduję sporo radości w tym miejscu.
Najczęściej studenci mówili o…no zgadnijcie, ja bym nie zgadł za żadne skarby…termosie. Tak, termosie z gorącą wodą. Coś niesamowitego. Zapytajcie przeciętnego studenta/studentkę w Polsce czy nosi ze sobą termos z wodą? Pewnie jakiś procent ma ze sobą butelkę, ale termos żeby mieć wrzątek? No właśnie, a tutaj to podstawa. Woda – bez tego nie da się żyć.
Bardzo wysoko były też parasolki, ale to akurat w te deszczowe dni więc wynik nie może być uznany za miarodajny.
Oczywiście komórki i laptopy były bardzo wysoko, ale także lampki nocne, czy…książki.
Jeden ze studentów opowiadał bardzo długo o swoim pamiętniku który zaczął pisać gdy Xi Jinping został prezydentem Chin. Czyli w sumie trzy miesiące po tym gdy ja zacząłem pisać tego bloga…naprawdę niesamowite.
Bardzo dużo ludzi kupiło sobie coś za pierwszą wypłatę. Jako pamiątkę. Hmm…chciałem kiedyś coś takiego zrobić, bardzo mi się ta idea spodobała prawdę mówiąc. Kupić sobie coś za pierwszą wypłatę i mieć ze sobą jako pamiątkę, tej pierwszej poważnej pracy. Niestety ten moment już minął, a ja niczego sobie na pamiątkę nie kupiłem. Prawdę mówiąc nie pamiętam już nawet co sobie kupiłem za tę pierwszą wypłatę. Pewnie mnóstwo sprzętu komputerowego. To była dla mnie prawdziwa studnia bez dna.
Corner
Dzisiaj zamiast do swojej standardowej grupy złożonej z jednej studentki i Jej koleżanki (lub dwóch) trafiłem do innej grupy z której nie znałem nikogo. To takie…irytujące.
Nie zrozumcie mnie źle, gdzieś już ta moja introwertyczna natura zanikła i nie najgorzej radzę sobie z poznawaniem nowych ludzi, ale…wysłuchiwanie po raz tysięczny tych samych komplementów:
jaki ty jesteś przystojny, jaki ty jesteś słodki, jaki ty jesteś zabawny, jaką ty masz bogatą mimikę twarzy, jaka ta twoja dziewczyna musi być szczęśliwa…jest najzwyczajniej w świecie nużące.
I te ślepia spaniela…to mnie strasznie martwi zawsze. Cóż zrobić.
Oczywiście milion tych samych pytań na nowo. Za to niektórzy studenci to…no nie mam słów. Jedna studentka to twoim językiem ojczystym jest niemiecki bo jesteś z Polski, prawda? Zabiłem Ją wzrokiem, a gdy wychodziła podeszła mnie przeprosić. Nie pozostało mi nic innego jak się uśmiechnąć i powiedzieć że żartowałem i żeby się nie przejmowała. Może trochę przesadziłem, ale to trochę tak jakby się Chińczyka zapytać czy Jego pierwszym językiem jest japoński. No po prostu kurde nie wypada.
A potem to już równia pochyła. Począwszy od człowieka który usiłował mnie przekonać że mówienie hello do obcokrajowców których się nie zna to nic złego. Nie, oczywiście że to nic złego. Nie przez rok. Nie przez dwa lata. Nawet nie przez trzy lata, ale mówienie tego gdy obcokrajowiec biegnie jest dla mnie nieakceptowalne.
I drugie pytanie a w Boga wierzysz? I już mi zupełnie witki opadły.
No wiem żeby nie pytać o wiek i zarobki, ale o Boga?
Nie, nie wypada. Podobnie jak nam nie wypada pytać o to czemu by wjechać do Tybetu potrzebujemy dodatkowego pozwolenia, nie możemy tam wjechać samodzielnie i wszystko musi być kontrolowane przez policje. Podobnie jak nam nie wypada mówić że Tajwan to oddzielne państwo a nie Chiny. Podobnie jak nam nie wypada mówić że falun gong to nie sekta i jest prześladowana wyłącznie dlatego że nie ChRL sobie z jej wyznawcami nie radzi.
Że o mówieniu o tym iż Chiny zostały podbite przez Mongołów przez grzeczność nie wspomnę. Pewnych rzeczy po prostu nie wypada.
Wietrzna środa
Nie znoszę biegać gdy wieje. Mało kto lubi podobno. Podobno to bardzo źle wpływa na styl biegania. Z wiatrem biegnie się za szybko, pod wiatr człowiek chce przyspieszyć i w konsekwencji podnosi tętno wykraczając poza trenowane widełki.
Ja na szczęście nie trenuję a jedynie biegam.
GPS szalał nie mniej niż drzewa które wyginały się od wiatru. Sytuację trochę ratował przyjemnie siąpiący deszcz, ale też nie do końca. Momentami biegło się strasznie gdy wiatr wywracał kolejne rowery, ale na szczęście ani razu nie wywrócił mnie.
Gdyby nie było tego wiatru a jedynie taka temperatura i taki deszcz to byłoby naprawdę, ale to naprawdę przyjemnie. Nawet te przemoczone buty nie byłyby problemem, bo przecież to normalne że po deszczu, lub w jego trakcie buty będą przemoczone. W gruncie rzeczy to plus bo butów do biegania nie myję więc przynajmniej są teraz czyściutkie.
Na jutro zapowiadają poprawę pogody, ma już nie padać, nie wiać, w dodatku ma być cieplej, więc…nie pozostaje nic innego jak tylko dalej biegać.
Byle tylko w weekend pogoda dopisała bo w domu rodziców June jest zimno, a w niedzielę trzeba iść biegać, po prostu trzeba…
Bardzo, ale to bardzo cieszę się że po tym fiasku z maratonem dalej chce mi się biegać. Wręcz nie mogę się doczekać by znowu jutro wstać, przeskoczyć płot i biec. Technika przeskakiwania przez płot jest z tygodnia na tydzień coraz lepsza i jak tak dalej pójdzie to do końca semestru będę z siebie naprawdę dumny.
Wczoraj po zajęciach dotarło do mnie że już 2/3 tygodnia pracy za mną i zostały mi jeszcze trzy zajęcia, czyli tyle co nic. Fenomenalne uczucie, a w przyszłym tygodniu liczba zajęć jeszcze spadnie i w dodatku nie trzeba nic odrabiać. No po prostu żyć nie umierać, lepiej jest chyba tylko w szkołach średnich.
Jedną z olbrzymich zalet paskudnej pogody jest brak ludzi na ulicach, nie ma stad studentów, ani obchodnych handlarzy. Wszystko jest takie…ciche i spokojne.
































