Do domu

dsc02567-copy

Zerwałem się z łóżka pół godziny przed budzikiem. Na śląsku mówimy na to rajzenfiber, w Niemczech nazywają to dokładnie tak samo tylko piszą reisefieber.
Nerwy związane z podróżą. Każdy z nas to zna. No cóż, dzięki temu miałem więcej czasu by się ogarnąć i mogłem wyjść na deszcz.

Tak, bo z samego rana padało. Bez problemu znalazłem taksówkę, czego się trochę obawiałem i miałem w pogotowiu wizytówkę do jednego z taksówkarzy, i ruszyliśmy na lotnisko. Oczywiście ruszyliśmy za wcześnie bo o ile droga z lotniska trwała dwie godziny, o tyle droga na lotnisko trwała niecałe pół godziny. Za taką szybką podróż należał się kierowcy napiwek i tak uśmiechniętego człowieka to ja już dawno nie widziałem. Jednak nie wszystkim chciwość przeżarła trzewia i porządnych ludzi jest jeszcze całkiem sporo.

dsc02569-copy

Śniadanie zjadłem w jedynej otwartej restauracji czyli siedzi oferującej smażone kurczaki. Zaletą tej sieci jest to że obojętnie gdzie człowiek się znajdzie to jedzenie zawsze będzie przynajmniej przyzwoite i jadalne.

dsc02570-copy

Potem odprawa, spóźniony samolot, chmara chińczyków biegających po lotnisku niczym kurczaki bez głowy bo zmieniono bramkę pod którą podstawiano samolot i lot.

Lot był najgorszym lotem w moim życiu.
Takiego bólu głowy nie miałem od dawna. Prawdopodobnie od ogólniaka. Głowa się prawie wyłączyła, żołądek ścisnął się pięść i usiłował wywrócić się na drugą stronę, a ja jedyne co mogłem zrobić to oddychać głęboko i liczyć do 10. Ciągle, nieustannie liczyć do 10, bo przecież tabletki nadałem w bagażu.

Na moje szczęście odprawa w Hong Kongu trwała tylko kilkanaście minut, a na bagaż czekać nie musiałem. Tabletki pomogły praktycznie natychmiast. Gdyby nie one to byłoby krucho.

dsc02574-copy

A potem był obiad, czyli kawa i curry.
Jedzenie na lotnisku w Hong Kongu jest drogie, ale jest w pełni warte swojej ceny, nie dość że faktycznie smakowało jak curry to jeszcze było tam więcej mięsa niż warzyw (co trochę odbiega od curry, ale tłumaczy cenę) więc można było się solidnie najeść, a że był to mój pierwszy posiłek od śniadania w Rangun to spałaszowałem to błyskawicznie.

Zresztą miałem też inny powód by się spieszyć – musiałem dostać się na dworzec w Shenzhen przez 19, kiedy to odjeżdżał mój pociąg do Xiamen.

dsc02576-copy

Podróż metrem trwała długo, ale więcej czasu straciłem na odprawie. Liczyłem że większość ludzi będzie wracać siódmego października, ale chyba jednak więcej wracało szóstego, tak jak ja. W Shenzhen znalazłem się pół godziny przed odjazdem pociągu. Potem kolejka do kupna biletu do metra, kolejka w metrze i nagle dotarło do mnie że metrem nie zdążę.

Wybiegłem ze stacji i pobiegłem szukać taksówki, jedyne jakie były to te nielegalne, zaryzykowałem, dogadałem się co do ceny, ale podróż zamiast dziewięciu minut trwała pół godziny, chociaż kierowca się nie oszczędzał. Zapłaciłem mu znacznie mniej niż było uzgodnione bo jednak pociąg odjechał, zrozumiał.

Naprawdę zostali na świecie jeszcze porządni ludzie.

Na żaden inny pociąg do Xiamen nie miałem już szans, bilety wyprzedano. Pozostało więc kupić bilet na pierwszy pociąg dnia następnego.

dsc02580-copy

Noc na dworcu w Shenzhen skończyła się przed północą kiedy to zostałem z dworca wyrzucony. Spędziłem ją więc na podziemnym parkingu oblewając się potem i przytulając plecak i torbę. Dworzec otworzono o szóstej, część restauracji jednak nie otworzono tak szybko i przyszło mi zjeść w innym fast foodzie, tym razem słynącym ze złotego M. Co ciekawe, zestaw śniadaniowy smakował dokładnie tak samo jak zestaw śniadaniowy w Bratysławie. Nawet mieli masło na bułkach.

Lekcja z dni ostatnich – spóźniony samolot wymaga ponownego zapoznania się z rozkładem pociągów

Tydzień dziewiąty

a-copy

Tajfun i słowotwórstwo

Miał w nas uderzyć tajfun o dźwięcznej nazwie Haima, którą oczywiście Chińczycy przetranskrybowali do 海马 czyli morski koń. Urocze. Znaczy, nikt tego jako morski koń nie czyta, tak jak nikt nie czyta 女儿 jako kobieta syn, ale można to tak odczytać.
Uderzył za to w Filipiny i nie wygląda to zbyt kolorowo. W Xiamen nikt nie zginął gdy uderzył w nas super tajfun, elektryczność i wodę przywrócono w dwa dni, a w ciągu dwóch tygodni wszystko wróciło to stanu ogólnie jest dobrze. Wygląda na to że na Filipinach tak lekko nie będzie. U nas tym razem skończyło się na deszczu i strasznej wilgotności (dzisiaj w czasie biegu myślałem że wyzionę ducha, cztery litry wody a przecież kończy się już październik, więc nie powinno być aż tak źle).

c-copy

W ogóle tajfun to fajny przykład chińskiego słowotwórstwa. Wygląda to po chińsku o tak: 台风 i pisze się taifeng czyli tajwański wiatr/wiatr od Tajwanu. Czyli już kiedyś tam Chińczycy wiedzieli że te wiatry nadchodzą od strony Tajwanu.

d-copy

Czasem ten język jest bardzo przyjazny i logiczny, bo 台 to skrót od Tajwan, którego pełna nazwa to 台北 (no dobra, to już nie wygląda tak fajnie), a 风 to po prostu wiatr. Dokładnie to samo 风 mamy w 风水, czyli feng shui (dosłownie wiatr woda). Pisałem już o ogniu parę tygodni temu, więc wiecie że naprawdę są chwile gdy to wszystko układa się w logiczną całość. Nawet ta nieszczęsna kobieta syn, czyli córka.

Kobieta syn

A skoro już mowa o rozróżnianiu płci to w tym tygodniu ogłoszono złapanie szajki zajmującej się przewożeniem próbek krwi kobiet w ciąży do Hong Kongu gdzie sprawdzano płeć ich dzieci. Bo w Chińskiej Republice Ludowej sprawdzanie płci dziecka jest nielegalne. Do tego stopnia nielegalne że wręcz karalne. Lekarz może cię źle zdiagnozować jeszcze pogorszyć samopoczucie i nic się nie stanie, ale jeżeli sprawdzi i poda ci płeć dziecka to policja go aresztują, dorzuci grzywnę i jeszcze wrzuci do więzienia. Chciałbym żartować, naprawdę chciałbym, ale taka jest prawda.
Podobno, ale to w już nie wierzę ta konkretna szajka zarobiła 30 milionów dolarów, co jest jakąś straszną abstrakcją i przypuszczam że chodzi tu o 30 milionów juanów co jest równie abstrakcyjną kwotą, ale o wiele łatwiejszą do przyjęcia.
A dlaczego tylu ludzi chce sprawdzać płeć swojego dziecka? Co się będziemy oszukiwać, wszystko to ma związek z tym że Chiny przez lata, setki lat wręcz były społeczeństwem typowo rolniczym a córki na roli są o wiele mniej przydatne niż syn. Gdy wprowadzono politykę jednego dziecka ludzie najzwyczajniej w świecie nie chcieli tracić tej jedynej szansy na kogoś kto nie zapewni im przyszłości. Zaraz, zaraz, nie zapewni im przyszłości? No tak, pamiętajmy że rząd Chiński generalnie nie ingerował za mocno w życie swoich obywateli, ale co za tym szło byli oni zdani tylko na siebie i swoją rodzinę, więc syn w przyszłości miał utrzymywać swoich rodziców, a córka? No cóż, córka nie za bardzo miała jak rodziców utrzymywać (to jest straszne uproszczenie, ale musimy je w tej chwili zaakceptować). Także syn -> dostatnia przyszłość dla rodziny, córka -> będziemy przymierać głodem na starość. Oczywiście rząd Chiński rozumiał to i w niektórych miejscach pozwalana na drugą szansę, czyli jak się urodzi córka to można było starać się o drugie dziecko bez wnoszenia opłat.
Politykę jednego dziecka zluzowano dwa lata temu, w tym roku zniesiono całkowicie, rząd Chiński wręcz zachęca ludzi do posiadania drugiego dziecka bo dotarło do nich że siły roboczej ubywa. W rolnictwie nie pracuje już najwięcej osób, ba , wszystko wskazuje na to że wkrótce rolników będzie mniej niż osób zatrudnionych w przemyśle bo sektor usługowy już zatrudnia najwięcej osób.

g-copy

Najzabawniejsze jest to że kobiet już jest blisko 50 milionów mniej niż mężczyzn, a różnica w tych rocznikach które w ciągu najbliższych kilku lat będą się żenić wynosi  12 milionów. W przedziale 0-14 lat ta różnica wynosi 18 milionów. Czyli w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat 30 milionów Chińczyków będzie miało spory problem ze znalezieniem żony. Naprawdę spory.

j-copy

Może zamiast chcieć mieć syna rodziny powinny chcieć mieć córkę? Lub córki?

Kawa z Mjanmy

Miałem dwie.

img_20161005_125214-copy

Jedną świeżo paloną, zmieloną przy mnie w pobliżu hinduskiej świątyni przez panią która ewidentnie była hinduską, chyba nawet zdjęcie na facebooka wrzuciłem. Nie wiem czy powinienem winić za to podróż samolotem, czy może klimat w Xiamen, ale kawa była bez smaku. Znaczy coś tam było, ale czuć że to kawa z typu tych lepiej zróbmy coś lekkiego, niezbyt gorzkiego, niezbyt kwaśnego, ale cenowo i tak zmiażdżyło każdą kawę dostępną w Chinach.

dsc03019-copy

A drugą kupiłem w sklepie i muszę przyznać że jestem pod wrażeniem. Mocna, lekko gorzka, no świetna. I teraz żałuję że kupiłem tylko dwa opakowania, chociaż może to i lepiej, bo pewnie i tak by się popsuły w tym klimacie

k-copy

Z innych kawowych wieści. Przyglądałem się rozpuszczalnej kawie którą normalnie kupuję na taobao i dotarło do mnie że ona wcale nie jest z Wietnamu jak początkowo myślałem. Znaczy inaczej, ona jest przywożona z Wietnamu, ale produkowana jest w Tajlandii na tajski rynek, skąd jest eksportowana do Wietnamu, gdzie kupują ją Chińczycy i sprzedają w Chinach.

l-copy

Czasem, najzwyczajniej w świecie, brakuje mi słów.

‘Wy macie zegarki, a my mamy czas’

Takie stwierdzenie przeczytałem ostatnio i bardzo mi się spodobało. Bo ono doskonale oddaje Chińskie podejście do czasu.

n-copy

Dwa tygodnie temu poprosiłem naszą koordynatorkę o wydrukowanie egzaminów na nadchodzący poniedziałek. Dostałem je w piątek. No tak, nie powinienem narzekać bo dostałem w piątek na dwa dni przed egzaminami. Tylko to jest taki jeden z kamyczków w ogrodzie Chińskiego podejścia do czasu – dlaczego mam zrobić coś wcześniej skoro mogę to zrobić później.

r-copy

Drugim takim kamyczkiem jest to że moi studenci mają cały semestr na przygotowanie prezentacji na dowolnie wybrany temat zabrali się za to w tym tygodniu. No dobrze, nie wszyscy, ale jednak większość. Problem jest jeden – to jest połowa semestru, od poniedziałku ruszają egzaminy, a potem zostały już tylko dwa zajęcia i egzamin ustny, także tego…już wiem że część z nich tylko łatwych 15 punktów nie dostanie. Pytanie czy oni to wiedzą?

Dzień ostatni

dsc02255-copy

Zacząłem go od wizyty, przypadkowej bo chociaż miasto zwiedzałem trzy dni to zawsze szukałem nowych dróg, ścieżek i parę razy musiałem używać google maps by odnaleźć drogę, na porannym targu. Targi poranne to takie cuda w Azji które pojawiają się rano i znikają po paru godzinach. Są też targi wieczorne, ale one pojawiają się wieczorami i najczęściej w zupełnie innym miejscu. W końcu kto by chciał kupować w tym samym miejscu dwa razy w ciągu tego samego dnia, prawda?

dsc02259-copy

Targ który znalazłem składał się z dwóch równoległych do siebie ulic Jedna była w całości wypełniona mięsem, a druga…no cóż, druga była wypełniona wszystkim co mięsem nie jest a w dalszym ciągu jest zdatne do spożycia, czyli rybami, warzywami i przyprawami. Właśnie ten targ uświadomił mi dlaczego to jedzenie było takie nudne – chociaż wypełnione handlarzami były dwie ulice to jednak wszyscy sprzedawali to samo. Pomidory, czosnek, marchewka, seler, cebula…i tak w kółko. Ze stoiska na stoisko może różniło się to tym że czasem zamiast selera pojawiła się kapusta i okazjonalnie doszedł ogórek, ale oprócz tego różnic zbyt wiele nie było.

dsc02272-copy

Także jak tu jedzenie ma być różnorodne i bogate w smak skoro wszyscy sprzedają dokładnie to samo, a papryczek jest tutaj jak na lekarstwo.

dsc02270-copy

Rozjaśniło się. Tak jak to się rozjaśnia w Azji – nagle, bez okresu przejściowego kiedy to człowiek zastanawia się czy jeszcze jest noc, czy może już dzień, kiedy leniwie wygląda spod kołdry przez okno i nie do końca ufa swoim zmysłom i spogląda na zegarek.

Wtedy zobaczyłem tego pana poniżej.

dsc02262-copy

Nie wiem czy to faktycznie gazeta bliższa partii demokratycznej, ale było to dla mnie o tyle niecodzienne że poprosiłem go o zdjęcie.

Niecodzienne, bo przecież demokracja nie jest czymś co ci faktycznie sprawujący władzę chcą, wręcz przeciwnie. Jednak domyślam się, że pozory muszą sprawiać by nie stracić pieniędzy wysyłanych w ramach pomocy humanitarnej.

Na śniadanie chciałem coś lekkiego, ale wyszła zupa z kurczakiem. Nawet gdy potrafisz przeczytać menu, jeżeli nazwa potrawy nic ci nie powie to możesz skończyć z czymś takim na śniadanie.

dsc02279-copy

dsc02280-copy

A dalej było podobnie jak dzień wcześniej – długi spacer, przystanki na kawę, w tym najlepsza kawa jaką piłem bo pierwszy raz nie był to instant, tylko coś w czym pływały fusy i tym przesłodkim mlekiem skondensowanym.
Naprawdę czegoś takiego brakuje mi w Chinach, takiego miejsca gdzie można usiąść między tambylcami i chłonąć atmosferę miejsca. W Laosie można to zrobić w każdej restauracji, w Mjanmie podobnie, lub napić się kawy, a w Chinach…no cóż, nie ma za bardzo gdzie.

dsc02287-copy

Dotarłem, przypadkiem, na nadbrzeże i spotkałem tam znajomego z dnia drugiego – George’a. Tym razem nagabywał dziewczynę która ewidentnie nie była miejscowa. Nie wiem czy słusznie, czy nie, ale podszedłem do nich i powiedziałem dziewczynie żeby na niego uważała bo jemu zależy tylko na pieniądzach. W końcu George miał pracować od poniedziałku do piątku jako malarz, a tutaj w samym środku tygodnia przechadzał się w południe po nabrzeżu. Dziewczyna tylko się uśmiechnęła, ale George zniknął nagle.

dsc02298-copy

Parę minut później zaczepił mnie inny mieszkaniec Mjanmy. Z dokładnie taką samą śpiewką jak George. Też zaczął opowiadać o świątyni, polach i wiosce. Wtedy coś we mnie pękło i chociaż głosu nie podniosłem to powiedziałem mu żeby się ode mnie oddalił bo jest złym człowiekiem. Widząc moją reakcję oddalił się bardzo szybko.

dsc02418-copy

Nie zraziło mnie to jednak, wręcz podbudowało, kontynuowałem więc swój spacer w nowym miejscu i doczłapałem do starego budynku, tego ze zdjęcia poniżej konkretnie.

dsc02420-copy

To jest dla mnie Mjanmar, kraj pochłonięty przez roślinność. Wystarczy że kilkadziesiąt lat nic się w budynku, z cegły, nie dzieje a już go roślinność pochłania. W ogóle nie dziwi mnie że z Bagan zostały tylko świątynie, bo przecież o nie ktoś dbał, do nich ludzie pielgrzymowali, a cała reszta zniknęła. W końcu kto by się przejmował jakimiś tam budynkami mieszkalnymi. Budynki mieszkalne to pewnie i tak zbyt duże słowo bo najpewniej były to chatki zrobione z drewna i same się rozłożyły przez tych kilkaset lat.

dsc02426-copy

Robiłem zdjęcia i nagle ktoś klepnął mi butelkę z wodą którą trzymałem w tylnej kieszeni spodni. Jakiś mężczyzna wyglądający na bezdomnego postanowił się widać zabawić moim kosztem. No cóż, chociaż ją tylko klepnął to i tak się z nią pożegnałem.  I tak musiałem kupić nową.

dsc02461-copy

W porze obiadu znalazłem się w pobliżu restauracji indyjskiej, ale było to kolejne danie z kategorii panie to smaku nie ma nawet gdy jadłem warzywa na zmianę z ostrą przyprawą. Nie wiedziałem wtedy czy to moje kubki smakowe zostały już tak zniszczone przez ostre jedzenie czy też może kuchnia w Mjanmie jest tak mało wyrazista. Na odpowiedź przyszło mi czekać aż do przylotu do Hong Kongu, gdzie okazało się że kubki smakowe jeszcze są w porządku.

dsc02364-copy

Mjanmar jest krajem skrajności. Z jednej strony mamy ludzi którzy uznają że w porządku jest zarobić na tobie pół dolara chociaż rozmawialiście o rodzinie, pokazywaliście zdjęcia, bo tych pieniędzy potrzebują, a z drugiej mamy zakorkowane czteropasmowe drogi bo jest tyle samochodów. Z jednej strony mamy stare, kolonialne, zarośnięte zieleniną budynki, a z drugiej plac budowy nowego hotelu Sheraton. Mamy dzieciaki siedzące na ulicy i sprzedającego kukurydzę w kubkach by chociaż trochę pomóc rodzinie. Nie da się nie zauważyć mężczyzn i chłopców noszących tradycyjne longyi, ale nie można nie zauważyć masy chłopaków i dziewczyn z tatuażami, szalonymi fryzurami i koszulkami firmowanymi przez zespoły grające punk czy metal.

dsc02501-copy

Poniżej jedna z tych skrajności. Brat i siostra bawią się na ulicy, brat nie ma nawet na sobie spodni, jedynie długą koszulę. A za nimi siedzą dzieci które zaraz do domów odwiezie autobus bo zajęcia w ich prywatnej szkole właśnie się skończyły.

dsc02514-copy

Tak spacerując zdałem sobie sprawę że coś jest nie tak z moim żołądkiem, nie było to na szczęście nic poważnego, ale jednak poczułem że muszę udać się do toalety. A żadnej w pobliżu nie było. Na szczęście zauważyłem komisariat.
How can we help you? Wypisane na murze, więc uznałem że niby czemu nie i poszedłem się zapytać o toaletę.
Policjant początkowo mnie nie zrozumiał, chociaż po angielsku mówił, ale wystarczyło pokazać słowo w słowniku i od razu ruszył do akcji. Już po chwili miał w swoich rękach klucz i prowadził mnie do wygódki zamkniętej na kłódkę.
Wygódka, połączona z prysznicem, miejsce jak miejsce, nic specjalnego. Gdy w końcu wyszedłem i oddałem klucz od razu kilku policjantów do mnie podeszło i zaczęło pytać czy wszystko w porządku, czy umyłem ręce, oraz czy umyłem ręce mydłem. Co było bardzo miłe.
A potem, chyba oficer bo jako jedyny nie miał munduru, widząc mój aparat zapytał czy robiłem zdjęcia i poprosił bym pokazał co fotografowałem. Oczywiście niczemu zdjęć nie robiłem, bo toaleta to toaleta, co tam może być ciekawego (no chyba że to przystanek autobusowy w rodzinnym mieście June i sika się do wiader), więc podziękował i mogłem iść.

dsc02540-copy

Nie było to nic strasznego, w końcu na całym świecie jest zakaz robienia zdjęć posterunków policji, w dodatku ani przez moment nie czułem że wywierają na mnie jakąś presją czy traktują jako potencjalne zagrożenie, ale jednak zdjęcia zobaczyć chcieli.

I tak mijał mi ostatni dzień w Rangun. Pana z dnia poprzedniego nie zastałem tym razem w kawiarni, ale kawę i tak wypiłem.

dsc02547-copy

Szukałem za to kolacji. O ile śniadania i obiady nie były problemem, o tyle kolacje to trochę inne wyzwanie, bo jednak na kolację za dużo jeść nie lubię. Coś jednak zjeść trzeba. Snułem się więc po Rangun przez godzinę, znalazłem restaurację tajlandzką którą traktowałem jako ostateczność, ale po tym jak jedyny napotkany sprzedawca jedzenia ulicznego miał mi do zaoferowania jedynie uśmiech zdecydowałem się tam zajrzeć. Siedziała tam kobieta o białym kolorze skóry i nikt inny co było dla mnie równoznaczne z tym by szukać dalej.
Zauważyłem jak z pewnego miejsca wychodzi ktoś z pudełkami z jedzeniem. Kilkoma pudełkami. Dlatego też poszedłem tam i po chwili podszedł do mnie ktoś kto mówił po angielsku.
– Czy to restauracja?
– Tak, ale mamy tylko kurczaka z ryżem i lody.
– Lody?
– Tak, domowej roboty lody. Może spróbujesz?
– No jasne.

dsc02544-copy

Były przepyszne, zamiast cukru użyto kokosa by je osłodzić, do tego dodatki z tapioki (zapewne) i było to świetne. Nie tyle lody, chociaż i one były przyzwoite, ale fakt znalezienia lodów domowej roboty ot tak wchodząc do pierwszego lepszego sklepu

dsc02548-copy

Kolację ostatecznie zjadłem w tym samym miejscu co śniadanie czyli zrobiła mi się taka żywieniowa klamra.

Lekcja z dnia piątego – czasem znajdujemy to czego nie szukaliśmy

W koło wokół miasta

dsc01676-copy

Znowu znalazłem się na dworcu autobusowym który bardziej przypomina małe miasteczko i znowu pojawiło się wokół mnóstwo taksówkarzy którzy marzyli jedynie o tym by mnie gdzieś zawieźć. Prawdę mówiąc ja też chciałem być zawieziony, ale niestety nie potrafiliśmy się dogadać co do ceny, tak czasem bywa. Oni chcieli więcej, ja więcej płacić nie chciałem, więc trochę się nagadałem, trochę nachodziłem, ale w końcu dogonił mnie ktoś kto akurat jechał w obranym przeze mnie kierunku, a że miał już innych pasażerów to mnie policzył taniej.

dsc01679-copy

I tak znalazłem się pod pagodą Shedagon. Wysokiej na 112 metrów,  w dodatku umiejscowionej na wzgórzu więc sprawiającej wrażenie pełniącej straży nad całym miastem. Zwłaszcza wieczorem gdy jest oświetlona a wokół niej panuje mrok. Chciałem odwiedzić ją właśnie w takich warunkach, nie udało się, ale zawsze warto zostawić sobie coś na kolejną wizytę, także rozczarowany nie jestem.

dsc01736-copy

Przed wejściem czekało mnie ściągnięcie butów, skarpet, a że tym razem nie miałem długich spodni (w końcu wziąłem tylko jedną parę a wyprać ich nie miałem gdzie po przeprawie przez Bagan) to musiałem kupić longyi czyli tradycyjną spódnicę (no dobrze, dobrze, to nie jest spódnica, ale niech już tam będzie).

dsc01698-copy

Właśnie, 8000 kyatów kosztowało wejście do pagody, 5000 kyatów kosztowało longyi , czyli razem 13000. Dałem 15000, ale 2000 kyatów reszty dostałem dopiero gdy się o nie upomniałem. Trzeba się o swoje upominać, zwłaszcza gdy chodzi o pracowników rządowych. W końcu czego jak czego, ale rządu w Mjanmie wspierać za bardzo nie wypada.

dsc01683-copy

Oczywiście żeby dostać się do pagody trzeba przejść przez prawdziwy supermarket i opędzić się od dzieci sprzedających kwiatki. A supermarket to bardzo dobre słowo bo przed świątynią sprzedawane jest dosłownie wszystko. O ile bransoletki buddyjskie i obrazki pagody jeszcze mogę jakoś zrozumieć o tyle koszulek z Pokemonami zrozumieć już nie chcę. Potrafić potrafię, ale nie chcę bo to się dla mnie kłóci.

dsc01750-copy

Tak samo jak kłóci się mi obraz mnichów. Na ulicy często spotyka się mnichów którzy zbierają jedzenie, tak samo jak w Laosie, i widać że naprawdę jest im to potrzebne, a w świątyni praktycznie każdy mnich miał ze sobą komórkę, część z nich miała tatuaże (co samo w sobie nie jest złe, bo jednak mnóstwo ludzi w Mjanmie tatuaże ma), część miała czerwone zęby od żucia betelu (co też nie jest jakieś straszne, bo jednak mnóstwo ludzi tak robi). Problem, dla mnie, był w tym że miałem obraz z Laosu gdzie każdy chłopak musiał przez jakiś czas być w klasztorze i czuć było że dla nich to coś znaczy, co jeszcze potwierdzały rozmowy z mnichami. A tutaj, było to takie na luzie, owszem byli mnichami, ale sprawiali wrażenie jakby byli od tego odcięci, jakby ten buddyzm jednak nie oczekiwał od nich odrzucenia pragnienia rzeczy materialnych (a może nie oczekuje, w końcu tych sekt buddyjskich jest całkiem sporo).

dsc01707-copy

dsc01740-copy

dsc01763-copy

dsc01768-copy

Chodziłem po tej pagodzie, robiłem zdjęcia, ale co w tym wszystkim najlepszego to to że znowu poczułem się jak na początku mojego pobytu w Chinach. Mnóstwo ludzi zaczepiało mnie i prosiło o zdjęcie. Nawet jeżeli ich angielski był nieistniejący to i tak jakoś się tam dogadywaliśmy, wyszło doświadczenie z Chin.

dsc01793-copy

Powiedziałbym że rzucają się w oczy ludzie robiący sobie zdjęcia na tle pagody, ale skoro sam sobie zrobiłem to nie mogę nikogo za to potępiać, w końcu gro z tych osób to pewnie byli, tak jak i ja, odwiedzający.

dsc01837-copy

Pieszo ruszyłem w stronę dworca, znaczy podobno można jechać autobusem, ale sprawdzać tego nie chciałem. Przystanki autobusowe nie mają żadnych rozkładów, a każdy autobus zawiera oprócz kierowcy krzykacza. Krzykacz wychyla głowę przed przystankiem i krzyczy jaki to autobus i dokąd jedzie. Krzyczy rzecz jasna nie po angielsku, więc dla mnie były to informacje zupełnie niedostępne.

dsc01841-copy

Zaletą takich spacerów jest poznawanie miasta, picie kawy tam gdzie piją ją tubylcy i jedzenie śniadań także z nimi. Nawet odkryłem że w Rangunie znajduje się dzielnica Japońska, a może stworzona jedynie dla japońskich turystów bowiem roiło się tam od napisów po japońsku.

dsc01866-copy

Widać że dworzec pochodzi z czasów kolonialnych i o ile z zewnątrz prezentował się przyzwoicie, o tyle w środku wyglądał jakby nie był czyszczony odkąd Mjanmar przestał być nazywany Birmą.

dsc01872-copy

Na szczęście ludzie na dworcu mówili po angielsku, przynajmniej w stopniu podstawowym więc nie miałem żadnych problemów ze znalezieniem odpowiedniego peronu i kupnem biletu. Może kiedyś będzie tak w Chinach?

dsc01882-copy

Wsiadłem do pociągu, do innego wagonu niż reszta turystów i ruszyłem w podróż.

dsc01885-copy

Było coś niezwykle odprężającego w możliwości spędzenia czterech godzin wśród rodowitych Mjanmarczyków pokonujących swoją codzienną trasę na targ, z targu, do pracy, z pracy. Tych kilka godzin spędzonych w towarzystwie ludzi którzy sprzedawali smażone przekąski lub przygotowywali jedzenie na miejscu  w pociągu było…no cóż…zupełnie nowe. Wspaniała odmiana od pachnących jednakowo zupek błyskawicznych które są w ilościach hurtowych spożywane w chińskich pociągach.

dsc01900-copy

dsc01954-copy

dsc02153-copy

W połowie drogi zaczęło padać, co zachęciło jeszcze więcej osób do przejazdu i przewozu jedzenia, masy jedzenia.

Gdzieś po drodze mignęła mi walka kogutów, ale dosłownie mignęła. Folklor, ale taki przyjemny folklor.

To w jakich warunkach mieszkają tam ludzie to coś dla nas niepojętego, od kilka desek zbitych razem i liśćmi bambusowymi przykryty dach.

dsc02053-copy

dsc02059-copy

dsc02061-copy

Podróż skończyła się wraz z deszczem. Wysiadłem z pociągu i ruszyłem do hostelu by odłożyć plecak i dalej zwiedzać miasto, ale już bez tego dodatkowego ciężaru.

dsc02175-copy

Minęły może dwie godziny, usiadłem przy stoliku, zamówiłem kawę i zacząłem rozmawiać z Mjanmarczykiem starszej daty.

dsc02189-copy

Pan miał 76 lat, czyli angielskiego uczył się jeszcze w czasach kolonialnych (no, w większości to już po opuszczeniu Mjanmaru przez Anglików, ale jednak) i zaczęliśmy rozmawiać.

dsc02206-copy

Nie była to łatwa rozmowa, bo zacząłem od tego że chociaż kraj jest brudny to jednak ludzie tutaj wyznają tyle religii, a mimo wszystko szanują siebie nawzajem, nie strzelają do siebie, nie rzucają kamieniami, żyją tak jak powinni żyć, a skończyłem na powtarzaniu że musi mieć nadzieję że będzie lepiej.
Będzie, bo przecież u nas też było źle. Polski przez ponad 100 lat nie było na mapie. Potem komunizm, ludzie nie mieli nic do mówienia, walczyli z rządem i cała nasza przemiana zaszła w ciągu niecałych 30 lat.
On jednak nie wierzył że w Mjanmarze dojdzie do tego za jego czasów, ani za czasów jego dzieci, nawet wnuków. Może kiedyś.

Najbardziej zasmuciło mnie to jak skarżył się na edukację, że chociaż jest to jakby jej nie było. Tak patrząc na suche dane, to raptem co druga osoba po ukończeniu pięciu klas szkoły podstawowej idzie do czteroletniego gimnazjum, a potem już raptem jedna piąta do dwuletniego ogólniaka. Poziom alfabetyzmu to niecałe 90%, niższy wśród dziewczyn niż chłopców. Słabo. Bardzo słabo.

Gdy opowiadał o tym że rząd rządzi pistoletami to zrobiło mi się jeszcze smutniej. W końcu Mjanma ma wybrany w demokratycznych wyborach rząd. Tylko co z tego że ma skoro nie rządzi on a armia? A nawet jeżeli kiedyś odejdzie od władzy to i tak pod jej kontrolą pozostanie cały przemysł i całe to bogactwo naturalne. Cały ten gaz, ropa, kamienie szlachetne i żady nie przekładają się na bogactwo kraju, a jedynie na bogactwo tych najbliższej wojska. Może i wikipedia mówi że jest coraz lepiej, ale ulice mówią jednak coś innego.

W końcu się pożegnaliśmy a ja poszedłem szukać jedzenia.
Tym razem znalazłem chińską restaurację i po zjedzeniu porozmawiałem z szefem po chińsku. Pierwszy raz w życiu ten język przydał mi się poza Chinami. Było to o tyle sympatyczne że w nagrodę dostałem worek żebym mógł sobie do niego włożyć tę dużą butelkę coli. W ogóle to skandal żeby w Chinach nie można było kupić coli zero w półtoralitrowej butelce.

dsc02231-copy

dsc02232-copy

dsc02233-copy

Lekcja z dnia czwartego – czasem lepiej się zatrzymać i napić kawy niż ciągle chodzić