Tylko sobie przycupnę tutaj.
Postawię ten znak tak na minutkę tutaj.
Położę tę płytę żeby mi się wygodniej siedziało tutaj.
Przypnę rower tutaj.
A parasol to wyrzucę o tutaj.
Szok na twarzach studentów
To zdumiewające jak można, po miesiącu mówienia, informowania, przypominania, zaskoczyć studentów wyciągając arkusze egzaminacyjne. Naprawdę tego się nie spodziewałem.
W sumie to niektórzy z nich też się nie spodziewali tego egzaminu. Nie wiem czy ci młodzi ludzie mają aż taki problem z angielskim, czy są aż tak nieogarnięci, czy może tak jest im po prostu wszystko jedno.
Stawiam na opcję trzecią, bo mnóstwo, ale to mnóstwo z nich nie przyszło nawet spojrzeć na wyniki. Nie chcę tutaj już nawet mówić o tym jak im poszło bo chce mi się jedynie pokręcić głową z żalu. Część z nich oblałaby polską maturę rozszerzoną z kretesem. No kurczę. A to studenci drugiego roku, na jednej z najlepszych uczelni w Chinach, w dodatku ci the best of the best, a jednak zdobycie 5 punktów było dla niektórych niewykonalne. Przypuszczam że ma to solidny związek z tym szokiem na ich twarzach.
Większość jednak poradziła sobie co najmniej przyzwoicie, więc nie ma powodów do obaw o egzamin końcowy.
Za to w przypadku pierwszego roku. No cóż. Część z nich Polskiej matury na poziomie podstawowej by nie oblała, ale jakoś zaskakujące dobrze by jej nie zdała. No po prostu nie mam słów. Na jakieś 160 prac może 5 osób miało komplet punktów. A my tu mówimy o poziomie podstawowym w Polskich szkołach i porównujemy z best of the best. Generalnie słabo. Grubo poniżej moich oczekiwań. Ciekawi mnie jakby to wyglądało na specjalności językowej.
Zaraz po egzaminie, żeby nie umrzeć z nudów przy książce, zrobiliśmy test IELTS i tutaj była tragedia. Dużo tych młodych ludzi chce kiedyś studiować za granicą, ale oni sobie w ogóle z tym testem nie radzili. Słabo to widzę, naprawdę słabo. Zwłaszcza gdy słyszę że chcą studiować na MIT. Może to co stracą na słuchaniu planują nadrobić na pisaniu? Kto ich tam wie.
A skoro o egzaminach mowa to wydrukowano mi ich za mało. Bo czemu nie.
Człowiek stara się być poważny, motywować tych młodych ludzi do nauki przykładem, stosować rzeczy których się nauczył, mówi o tym jak się uczyć, jak podchodzić do egzaminów, wprowadza jakieś zasady dyscyplinarne, słowem robi to co nauczyciel robić powinien, a potem dostaje za mało egzaminów i studenci muszą pisać na kartkach…
No jak to, kurczę, wygląda…Cha bu duo, prawda? Da radę? No kurczę, da radę, oczywiście że da radę, zawsze sobie można poradzić, o ile się chce, ale to nie powinno działać w ten sposób. Po prostu nie powinno…
Skoro już w temacie egzaminów, to w zeszłym tygodniu zdałem sobie sprawę że nie mam egzaminów końcowych, a miałem bo napisałem je jeszcze we wrześniu. Na moje szczęście ostał mi się jeden plik dźwiękowy, więc do jednego egzaminu wystarczyło zrobić pytania, a raczej przepisać je ze słuchu, a drugi egzamin chociaż trzeba było zrobić od podstaw, to mając już nagrane te najbardziej wkurzające informacje zrobiłem w jeden wieczór. Teraz kopię zapasową mam w dwóch miejscach, bo trzeci raz tych egzaminów robić nie chcę. Co za dużo to niezdrowo.
W górę
Ponieważ miałem trochę więcej czasu wolnego w poniedziałek postanowiłem ruszyć cztery litery i wejść na wzgórze niedaleko szkoły. Po raz kolejny, ale tym razem wejść a nie wbiec. Problem z tym wzgórzem jest taki że dojazd autobusem to tam jest, ale za skarby świata nie mogłem się doszukać jak z niego skorzystać. Postanowiłem więc iść przed siebie licząc na to że jakiś autobus się znajdzie i jakoś patrząc na nazwy przystanków się w tym odnajdę.
Oczywiście nie wziąłem pod uwagę tego że rozkładu jazdy może najzwyczajniej w świecie na przystanku nie być.
I to był wielbłąd. W każdym razie ruszyłem, szedłem i szedłem, po drodze minęły mnie dwa autobusy, a maszerowałem chyba godzinę, w dodatku wybrałem dłuższą drogę, bo obszedłem kampus, zamiast przejść na skróty.
Koniec końców dotarłem pod wzgórze i zacząłem wchodzić. Blisko 1700 schodów i niecałe 30 minut później byłem już na szczycie.
Generalnie to syf straszny, tam to już chyba nikt nie sprząta, a ludzie też tego nie szanują, a może to tylko mniejszość nie szanuje, ale ze mniejszość w Chinach i tak oznacza kilka milionów to wygląda to tak jak wygląda.
Widok jest bardzo przyjemny, zwłaszcza gdy patrzy się na zatokę w bezchmurny dzień. Zapewne wschód słońca musi tam wyglądać obłędnie, w końcu słońce wschodzi właśnie od tamtej strony. Nie wiem czy w tym roku uda mi się go jeszcze zobaczyć, ale kto wie, zwłaszcza że słońce wschodzi teraz coraz później. No poważnie, wschód słońca po 6, przecież to jakiś żart…
Zakupy
Ogólnie rzecz biorąc zakupy w Chinach nie różnią się aż tak bardzo od zakupów w Polsce. Masa ludzi poruszających się po sklepie jak zombie, czyhająca na promocje i szukająca najkrótszej kolejki. Naprawdę nie widzę tu żadnych różnic. Największa różnica jest taka że warzywa i owoce warzą kasjerki w sklepie. Nie na kasie, nie warzysz sobie sam, tylko idziesz grzeczni z workiem do Pani kasjerki (Pana kasjera nie widziałem) i Ona nabija cenę. Gdy są dwie to z reguły gadają do sobie że z tym obcokrajowcem nie ma co rozmawiać bo on po chińsku nie rozumie, albo próbują się pytać czy rozumie po chińsku. Biorąc pod uwagę że i tak porozumiewają się w jakimś tam swoim dialekcie którego związek z mandaryńskim kończy się na tym że lingwiści przypisują je do jednej rodziny to nie ma za bardzo sensu nawet co kwestionować tego że się nie rozumie i/lub odpowiadać że się rozumie. Lepiej po prostu się uśmiechnąć i grać tego głupiego obcokrajowca.
A potem idzie się do kasy i tutaj Pan/Pani kasjer kasują rzeczy. No właśnie. Teraz taka sytuacja. Gdy nie ma ze mną June, wykładam wszystkie rzeczy na ladę/taśmę i idę na drugą stronę by spakować je do plecaka. Tak też zrobiłem tym razem, pakuję wszystko co kupiłem gdy widzę że jakaś kobieta maca moje tofu palcem. Nie, to nie jakiś abstrakcyjny eufemizm, ona stała i macała moje tofu. Powiedziałem kasjerce że ja tego tofu już nie chcę, ale że ludziom zajmuje moment zanim zorientują się że obcokrajowiec mówi do nich po chińsku (w końcu nie są do tego przyzwyczajeni), skasowała to tofu. Cóż, ja już macanego tofu nie chciałem więc oddałem je kobiece która to tofu wymacała, mówiąc że to dla niej. A ona je wzięła i zrzuciła z lady.
Także chyba wyszedłem na jakiegoś chama, albo kogoś solidnie obraziłem, ale jednak kupowanie wymacanego tofu nie wydaje mi się być dobrym pomysłem.

Na południu nawet słońce wstaje powoli
Skoro nawet deszcz się leni to krzewy trzeba podlewać ręcznie. Stojąc na rurach z gazem.
W końcu przychodzi też pora na przerwę i czytanie gazety.
Po lekturze powrót do pracy, rozmiar pojazdu nie ma znaczenia.
Egzaminy
Tydzień dziewiąty na uczelni, podobnie jak tydzień dziesiąty, to tygodnie egzaminów połówkowych.
W teorii ma to być taki bodziec motywujący studentów do ciągłej pracy. Mi osobiście w ogóle ten Polski system nie pasował i uważam że jedno kolokwium decydujące o wszystkim jest okropnym demotywatorem.
W każdym razie w teorii jest to rozwiązane fajne, ale w praktyce…no cóż, począwszy od ‘egzaminy śród semestralne nie są aż takie ważne, więc nie mamy żadnego wzorca według którego trzeba je przygotowywać’ (co jeszcze nie jest złe, bo w końcu jest jakaś normalność, ale daje już lekki przedsmak tego co się może dziać), poprzez studentów wypełniających arkusze z innych egzaminów bo się spóźnili i widzieli jakąś kartkę papieru na biurku, na studentach którzy wchodzą do sali jak gdyby nigdy nic w połowie pierwszego zadania i mają pretensje że nie chcę ich do egzaminu dopuścić.
Rozumiem spóźnić się w zimę w Polsce, samemu mi się zdarzyło nie raz. Nigdy na kolokwium, ale na zajęcia od czasu do czasu tak. Wystarczyło żeby któryś z autobusów czy tramwajów spóźnił się, lub wręcz nie przyjechał, co przecież jest normą w zimę.
Spóźnić się na zajęcia w Chinach, gdy trzeba mieszkać w akademiku będącym 10 minut spacerkiem od sal? Nie pojmę. Raz studentka przyszła mi w połowie pierwszych zajęć, czyli spóźniła się 30 minut i na pytanie dlaczego odpowiedziała ‘cały mój pokój zaspał’ i ona uważała że to jest wytłumaczenie. No bo przecież skoro wszyscy zaspali to jej indywidualna odpowiedzialność jest zmniejszona.
Czasem pytam się June skąd się taka mentalność bierze, na co żona odpowiada ‘nikt od nich tego nie wymaga, chińscy nauczyciele się nie przejmują, a oni sami nie rozumieją że robią coś nie tak’. Uwierzycie że w takich chwilach nawet ta szkoła w Changchun wydaje mi się lepsza? Tam przynajmniej studenci chcieli ze mną rozmawiać, a ci tutaj…i to pomimo o niebo lepszych wyników na egzaminach. Ot kolejny dowód na to że to jakie oceny masz nie ma wpływu na to jakim jesteś człowiekiem.
Zgubiłem się
To świeża wiadomość, bo z soboty. Otóż w czasie długiego wybiegania zgubiłem się.
Najpierw się przewróciłem, bo jakiś farfocel nie posprzątał przewróconej, przez tajfun, lampy do której przykuty był stalowy drut. No i wyrżnąłem o ten drut, poleciałem prosto na dłonie i znowu lewe kolano, a przy okazji jakimś cudem obiłem zegarek. Myślę że powinienem zgłosić się do SUUNTO i powiedzieć że nikt nie przetestuje odporności ich zegarków na starcia z betonem jak ja. Jak na razie to znosi te starcia gorzej niż garmin.
Gdy już przemyłem jodyną rany ruszyłem przed siebie. Bo w sumie taką trasę wybrałem – cały czas przed siebie, prosto w nieznane. Nagle pojawiło się rozdroże z lampą i pobiegłem w prawo, dobiegłem do końca drogi w wiosce i stanąłem przed główną drogą. Zawróciłem z powrotem do wioski, bo było jeszcze za ciemno by biegać po głównej drodze i zacząłem szukać tej lampy. Przebiegłem wioskę dwa razy w całości, pytając ludzi po drodze jak się dostać na dworzec. Niektórzy pytali się mnie o to na jaki dworzec chce się dostać, bo chociaż 3 kilometry od wioski znajduje się jeden to może chciałem się dostać do tego drugiego, tego na wyspie, raz padło pytanie czy chce się tam dostać na nogach, co w tamtej chwili bardzo mnie rozbawiło, ale im dłużej nad tym myślę tym widzę że było to głębsze pytanie niż wtedy rozumiałem. Bo przecież mogłem powiedzieć że chcę złapać stopa, ale wtedy pewnie zostałbym oddelegowany do tej głównej drogi, czego nie chciałem zrobić.
W końcu skierowany w dwóch przeciwnych kierunkach stwierdziłem ze pobiegnę do tej głównej drogi bo zaczęło robić się widno. Tylko że wtedy dotarło do mnie że minąłem tę lampę już dwa razy i teraz wystarczy zakręcić i pobiec przed siebie. Tak też zrobiłem i po trochę ponad godzinie byłem w domu, ale jedno powiem – masakra. Zamiast coraz lepiej to biega mi się coraz gorzej.
Obwoźni sprzedawcy
Znacie może takie sceny z westernów gdy do miasteczka przyjeżdża koleś, z reguły pseudo lekarz, z jakimiś specyfikami które mają ludziom życie ułatwić, lub uleczyć ich z czegoś?
Przypuszczam że kiedyś gdzieś między komunizmem a kapitalizmem w Polsce było podobnie, pojawiali się gdzieś, na jakichś festynach, ludzie sprzedający pewnie proszki do prania, albo inne cuda mówiąc że są z zagranicy i zarabiali na tym krocie.
W Chinach spotkałem się z tym po raz pierwszy w piątek. Znaczy może spotkałem się wcześniej, ale nie byłem tego świadomy. Koło 19 koleś rozstawił samochód przy targu wieczornym i zaczął prezentację. Nie mam pojęcia co sprzedawał bo stałem za daleko i za krótko. W końcu to piątek więc muszę iść wcześnie do łóżka, w końcu czeka na mnie długi bieg w sobotę z rana.
Zresztą nawet gdybym miał aparat to i tak bym się nie dopchał. Było wokół niego tylu ludzi, że aż mnie ścięło. Większość oczywiście starszych, ale kilka w średnim wieku też się znalazło. To niesamowite że taki sposób sprzedaży czegokolwiek może jeszcze funkcjonować i jest interesujący dla tego pokolenia. Głośna muzyka, kolorowe światła, a w koło ludzie między sześćdziesiątym a siedemdziesiątym rokiem życia oglądający prezentację jakiegoś domokrążcy.
Przekąski
To taki powrót do korzeni kiedy wszystko było nowe, intrygująca, a aparat był kiepski. Także zaczynamy mały przegląd chińskich przekąsek.
Na pierwszy ogień idą nasiona słonecznika z kilku różnych firm. Różnią się one nie tylko opakowaniem, ale także smakiem. Nie ma tutaj co prawda takiego wyboru jak w Jiawang gdzie można było sobie wybrać dowolny z kilku-kilkunastu smaków począwszy od normalnego na arbuzowym skończywszy, ale nie jest źle.
A skoro o arbuzie mowa to oto nasiona arbuza. Kiedyś myślałem że to źle przypieczone nasiona dyni, ale nie, to nasiona arbuza. Ja nie żartuję, to są rozwinięte i przypieczone nasiona arbuza, które je się jako przekąskę.
Następnie mamy mój ukochany bób. Bób smażony, ale z nim muszą robić coś jeszcze, bo po samym smażeniu świeży bób nie będzie tak wyglądać.
A to paskudnie wyglądające ale przepyszne, przynajmniej te robione przez June, fasolki sojowe. Smażone na głębokim oleju z solą. Pycha, po prostu pycha. Pewnie od samego patrzenia poziom HDL skacze, ale hej, czasem sobie można pozwolić na odrobinę szaleństwa.
Przechodzimy do kategorii mięsnej. Ale tak spokojnie, bo to jest bardziej kategoria mięsopodobne, czyli kurze nóżki. Dostałem kiedyś jedną od uczennicy w Jiawang, została na półce aż do dnia wyjazdu. Brakuje mi odwagi by to skosztować. Chociaż raz, smażoną na głębokim oleju zjadłem. Bez smaku praktycznie.
A to mamy kurze udko. W plastiku, z roczną datą spożycia. Bo czemu nie?
Było już na facebooku, ale co mi tam, niech będzie jeszcze raz. Noga świńska, z roczną datą spożycia, bo czemu nie? Zjadłem już kiedyś świńską stopę, może nie w całości, ale w kawałkach, ale takiej z plastiku bym nie spróbował.
A oto i mały melon ze znaczkiem 福, czyli szczęście. Podobno biją rekordy popularności w Wietnamie.