Do domu

dsc02567-copy

Zerwałem się z łóżka pół godziny przed budzikiem. Na śląsku mówimy na to rajzenfiber, w Niemczech nazywają to dokładnie tak samo tylko piszą reisefieber.
Nerwy związane z podróżą. Każdy z nas to zna. No cóż, dzięki temu miałem więcej czasu by się ogarnąć i mogłem wyjść na deszcz.

Tak, bo z samego rana padało. Bez problemu znalazłem taksówkę, czego się trochę obawiałem i miałem w pogotowiu wizytówkę do jednego z taksówkarzy, i ruszyliśmy na lotnisko. Oczywiście ruszyliśmy za wcześnie bo o ile droga z lotniska trwała dwie godziny, o tyle droga na lotnisko trwała niecałe pół godziny. Za taką szybką podróż należał się kierowcy napiwek i tak uśmiechniętego człowieka to ja już dawno nie widziałem. Jednak nie wszystkim chciwość przeżarła trzewia i porządnych ludzi jest jeszcze całkiem sporo.

dsc02569-copy

Śniadanie zjadłem w jedynej otwartej restauracji czyli siedzi oferującej smażone kurczaki. Zaletą tej sieci jest to że obojętnie gdzie człowiek się znajdzie to jedzenie zawsze będzie przynajmniej przyzwoite i jadalne.

dsc02570-copy

Potem odprawa, spóźniony samolot, chmara chińczyków biegających po lotnisku niczym kurczaki bez głowy bo zmieniono bramkę pod którą podstawiano samolot i lot.

Lot był najgorszym lotem w moim życiu.
Takiego bólu głowy nie miałem od dawna. Prawdopodobnie od ogólniaka. Głowa się prawie wyłączyła, żołądek ścisnął się pięść i usiłował wywrócić się na drugą stronę, a ja jedyne co mogłem zrobić to oddychać głęboko i liczyć do 10. Ciągle, nieustannie liczyć do 10, bo przecież tabletki nadałem w bagażu.

Na moje szczęście odprawa w Hong Kongu trwała tylko kilkanaście minut, a na bagaż czekać nie musiałem. Tabletki pomogły praktycznie natychmiast. Gdyby nie one to byłoby krucho.

dsc02574-copy

A potem był obiad, czyli kawa i curry.
Jedzenie na lotnisku w Hong Kongu jest drogie, ale jest w pełni warte swojej ceny, nie dość że faktycznie smakowało jak curry to jeszcze było tam więcej mięsa niż warzyw (co trochę odbiega od curry, ale tłumaczy cenę) więc można było się solidnie najeść, a że był to mój pierwszy posiłek od śniadania w Rangun to spałaszowałem to błyskawicznie.

Zresztą miałem też inny powód by się spieszyć – musiałem dostać się na dworzec w Shenzhen przez 19, kiedy to odjeżdżał mój pociąg do Xiamen.

dsc02576-copy

Podróż metrem trwała długo, ale więcej czasu straciłem na odprawie. Liczyłem że większość ludzi będzie wracać siódmego października, ale chyba jednak więcej wracało szóstego, tak jak ja. W Shenzhen znalazłem się pół godziny przed odjazdem pociągu. Potem kolejka do kupna biletu do metra, kolejka w metrze i nagle dotarło do mnie że metrem nie zdążę.

Wybiegłem ze stacji i pobiegłem szukać taksówki, jedyne jakie były to te nielegalne, zaryzykowałem, dogadałem się co do ceny, ale podróż zamiast dziewięciu minut trwała pół godziny, chociaż kierowca się nie oszczędzał. Zapłaciłem mu znacznie mniej niż było uzgodnione bo jednak pociąg odjechał, zrozumiał.

Naprawdę zostali na świecie jeszcze porządni ludzie.

Na żaden inny pociąg do Xiamen nie miałem już szans, bilety wyprzedano. Pozostało więc kupić bilet na pierwszy pociąg dnia następnego.

dsc02580-copy

Noc na dworcu w Shenzhen skończyła się przed północą kiedy to zostałem z dworca wyrzucony. Spędziłem ją więc na podziemnym parkingu oblewając się potem i przytulając plecak i torbę. Dworzec otworzono o szóstej, część restauracji jednak nie otworzono tak szybko i przyszło mi zjeść w innym fast foodzie, tym razem słynącym ze złotego M. Co ciekawe, zestaw śniadaniowy smakował dokładnie tak samo jak zestaw śniadaniowy w Bratysławie. Nawet mieli masło na bułkach.

Lekcja z dni ostatnich – spóźniony samolot wymaga ponownego zapoznania się z rozkładem pociągów