Więc Panie się chowały.
Panowie z niego korzystali.
Aż w końcu zaszło.
Co nie pogorszyło nastroju niektórych ludzi.
A inni byli już przygotowani do wskoczenia do łóżka.
W poniedziałek byliśmy w restauracji, co zresztą było widać na zdjęciach, ale nie była to taka typowa restauracja, co zresztą też widać na zdjęciach.
Po pierwsze – był to bufet, a z reguły bufety omijamy bo June nigdy nie wyje tego za co zapłaci, ale tym razem pachniało bardzo przyjemnie więc się skusiliśmy.
Po drugie – jedzenie było na taśmie, tak jak kiedyś z otwartymi ustami oglądałem jak wyglądają sushi bary w Japonii tak teraz siedziałem z uśmiechem na twarzy i wyciągałem co popadnie.
A warto było bo było to dobre jedzenie. Często w Chinach oszczędza się na mięsie i albo serwuje się jakieś niskiej klasy lub bardzo mało, a najczęściej to jest to połączenie dwóch czyli niskiej klasy i mało. Tym razem było wręcz odwrotnie, można było brać do woli i było dobre, przynajmniej w porównaniu do innych restauracji.
No dobrze, to bierze się jedzenie z misy i co dalej? Wrzuca to gotującej się zupy. Gęstej, dobrze doprawionej zupy w której mięso/warzywa gotują się a potem się to zjada. Do tego dochodzą jeszcze sosy które można sobie samemu wybrać. Czyli właściwie taki typowy hot pot (chociaż polska wikipedia mówi że powinienem nazywać to huoguo – 火锅, co jest nazwą chińską), ale dla jednej osoby.
Gdyby nie był to bufet to pewnie jeszcze parę razy byśmy tam przyszli, ale cóż, tego co zapłacimy nie wyjemy, więc nie ma sensu przepłacać.
Również w poniedziałek miał miejsce wyjątkowy dzień czyli 12.12. Jest to kolejny dzień będący świętem zakupów. Nazywany przez obcokrajowców dniem sprzedawania zwrotów z 11.11 i pewnie trochę w tym prawdy jest bo dużo ludzi kupowało 11.11 ubrania/kosmetyki/inne rzeczy z których ostatecznie nie byli zadowoleni i postanowili je odesłać. No poważnie, że tez ludzie nie rozumieją że jeżeli but w oficjalnym sklepie kosztuje 1000 RMB, a w innym jest przeceniony do 199 RMB to coś z nim jest nie tak. Na całe szczęście zwroty towaru funkcjonują całkiem nieźle, więc jakichś wielkich tragedii nie ma.
Jak 11.11 jakichś wielkich zakupów nie zrobiłem, ot jedynie to co kupiłbym normalnie, tak 12.12 trochę zaszalałem, ale te zakupy i tak już miałem zaplanowane, a skoro sklepy dodatkowo dorzucają rabaty to czemu nie skorzystać. Zwłaszcza że masa, ale to masa sklepów, oferuje darmową wysyłkę niezależnie od tego za jaką kwotę zrobi się zakupy. Kupujesz komputer za parę tysięcy juanów – darmowa wysyłka, kupujesz ubrania za tysiąc – darmowa wysyłka, kupujesz paczkę daktyli za trzydzieści juanów – darmowa wysyłka, ale wszystko zostało przebite przez czarną taśmę izolacyjną, której nie mogłem znaleźć w żadnym z okolicznych sklepów a którą kupiłem przez taobao za półtorej juana i dostałem darmową wysyłkę. Pewnie chodzi o komentarz i tyle.
Część z tych moich zakupów już widzieliście na blogu, konkretnie dwa bo kupiłem dwa nowe obiektywy, jeden do zabawy drugi taki porządniejszy. A reszta? Reszta to normalne zakupy które i tak bym zrobił, ale przynajmniej teraz trochę zaoszczędziłem.
Dzięki mojej rozsądnej polityce zakupowej zostałem nawet pochwalony przez moje studentki, które o wiele bardziej niż ja szalały i 11.11 i 12.12. No cóż, oby teraz nie musiały jeść ziemi jak to się potocznie w Chinach mówi.
Pogoda jeszcze dopisuje, co jest bardzo pozytywnym zaskoczeniem, problemem jest jednak to haniebne zanieczyszczone powietrze. W kilkunastu miastach na północy ogłoszono czerwony alarm z powodu smogu, poproszono ludzi o niewychodzenie na dwór i zarządzono zmniejszenie produkcji w kilku fabrykach, wszystko by jakoś ten smog rozpędzić. No cóż, jak na razie to kiepsko to wygląda. Gdyby wiał mocny wiatr to byłoby łatwiej, a tak pozostaje żyć w tym smogu. Najgorsze jest to że o ile na północy to ma sens bo tam jednak jest ogrzewanie i trzeba jakoś te rury nagrzać (a co się będziemy oszukiwać – pali się głównie węglem), tak na południu to wszystko pochodzi z jakichś innych pierońskich fabryk. Tak naprawdę to nie wiadomo co jest w powietrzu. Mnóstwo ludzi chodzi w maskach i coraz mniej się temu dziwię.
Kilku moich studentów jest strasznie nieodpowiedzialnych. Powiedzmy że są na trzecim roku i musieli zaliczać mój przedmiot ale na zajęciach nie pojawili się ani razu. I co ja mam z takimi ananasami zrobić? Najzabawniejsze jest to, że ja nawet nie mam listy z ich nazwiskami. No poważnie, nie dostałem w tym roku. Dostałem za to listę egzaminowanych z zeszłego roku. Są chwile kiedy profesjonalizm tej uczelni mnie przerasta.
Mam też innego ananasa, który chodził najpierw napisał do mnie że na egzamin w połowie semestru nie mógł przyjść bo był w szpitalu, a potem nie przygotował prezentacji (chociaż miał na to ponad miesiąc) bo jeszcze dwa tygodnie był w szpitalu, a potem ‘to jakoś tak wyszło’, a po tym wszystkim nie przyszedł na egzamin ustny. Czasem brakuje mi słów. No najzwyczajniej w świecie brakuje mi słów.
Nie wiem czy nie bardziej brakuje mi przy ludziach którzy sami z siebie zdecydowali że nie zrobią pracy grupowej. No bo po co ją robić, skoro mogą jej nie zrobić i nie dostać łatwych kilkunastu punktów których może im potem brakować do wyższej oceny?
Słabe to strasznie, zwłaszcza że są to niby najlepsi studenci na roku. Z pewnością jedni z lepszych w kraju, bo jednak ten uniwersytet stoi wysoko w rankingach. Nie super wysoko, ale znacznie wyżej niż dwa poprzednie. Nie wiem czy to mentalność nowego pokolenia, czy mentalność tych konkretnych ludzi, ale wiele zachowań jest po prostu słabych.
Wszystko wskazuje na to że w nadchodzącym tygodniu przekroczę 4000 kilometrów w ciągu roku, nigdy do tej pory mi się to nie zdarzyło, najbliżej byłem w 2012 kiedy to wyjechałem do Chin po raz pierwszy i wszystko szlag trafił. Przez półtorej roku starałem się biegać tak jak biegałem w Polsce, czyli pobudka, śniadanie, godzina przerwy i dopiero biegać. Dopiero dzięki June dotarło do mnie że mogę biegać bez jedzenia. Rany ile to mi czasu zaoszczędziło, no i pozwoliło się rozkręcić, bo nie ma się co oszukiwać, w Jiawang o siódmej nad ranem było już tak ciepło że nie byłem w stanie biegać tak często i tak długo jak w Polsce. Dużo nawyków musiałem zmienić żeby się w końcu dostosować do Chin, a i tak nie jest idealnie. Do teraz tętno mam nieporównywalnie wyższe niż w Polsce, ale teraz zamiast z tym walczyć po prostu to zaakceptowałem i staram się z tym żyć, bo nic innego nie zrobię. Ot po prostu w tym miejscu nie jestem w stanie osiągnąć swojej optymalnej formy. Bywa, nie ma co z tym walczyć i tyle.
To co mnie strasznie irytuje w bieganiu tutaj, bo tętno to tętno, można się z nim pogodzić, to brak świateł z rana. Chociaż teraz jest lepiej bo wyłączają je po szóstej to i tak nie ma mowy by biegać bez czołówki. Ona jest teraz dla mnie tak integralna jak pas z bidonami. Bidonami, tak, liczba mnoga. Owszem, nie potrzebuję aż dwóch, ale jednak wolę je mieć niż nie mieć. Nigdy nie wiadomo kiedy mogą się przydać.
To będzie jeden z dwóch płatków śniegu jakie zobaczę w tym roku. Drugi wisi na oknie.
W drodze do pracy.
Pod tunelem stoją dwa stoiska z akcesorjami do komórek.
Każdy środek transportu może służyć do przewozu więcej niż jednej osoby.
Spać możn wszędzie.
Jak ci się chodzić już nie chce to babcia cię zaniesie.
Świeże mięso. Nie, poważnie, on sprzedaje świeże mięso.
Podziwianie widoków z fajką.
Pierwszy tydzień egzaminów już za mną.
Przyjemnie jest tak sobie usiąść i porozmawiać ze studentami. Niektórzy z nich są niezwykle otwarci mówiący bez skrępowania o tym że w ich życiu najważniejsze są pieniądze i ich zarabianie jest dla nich ostatecznym celem.
Co mi od razu przypomina taką scenę sprzed kilku dni. Siedzimy z June na ulicy czekając na kolację i obok ktoś zaczyna rozkładać dywaniki samochodowe, tak na sprzedaż.
– A wiesz że w Zhengzhou mnóstwo nauczycieli tak robi?
– Wychodzą po pracy żeby sprzedawać dywaniki samochodowe?
– Albo dywaniki, albo inne rzeczy.
– I dużo na tym zarabiają?
– Może nie dużo, ale zawsze coś. Tylko że robią to zamiast być w domu ze swoim dzieckiem.
– Pewnie w ich głowach jest myśl że robią to dla rodziny bo zarabiają pieniądze dzięki którym będą mogli coś temu dziecku kupić.
To takie podsumowanie Chińskiego modelu wychowawczego, a jeszcze lepsze jest tutaj:
Rodzice się dzieckiem nie zajmują, rodzice pracują i zarabiają pieniądze, dzieckiem zajmują się doświadczeni dziadkowie. Ci sami, którzy swoimi dziećmi się nie zajmowali bo zarabiali pieniądze i oddawali swoje dzieci pod opiekę swoich rodziców, którzy pracowali w polu oddając swoje dzieci pod opiekę…i tak możemy się cofać i cofać, ale chyba już rozumiecie że większością dzieci zajmują się ludzie którzy nigdy dziećmi się nie zajmowali i którzy dziećmi już zajmować się nie powinni.
Parę tygodni temu zrobiło się głośno o babci która upuściła dziecko z wysokości dwóch pięter bo źle stanęła na ruchomych schodach. To był wypadek ale ja chodząc tutaj po okolicy widzę ludzi którzy albo dziećmi nie powinni zajmować się z powodu wieku, albo z powodu braków umysłowych. Bo jeżeli dzieciak radośnie biega dwa metry od ulicy a opiekun w najlepsze gra w grę na komórce to coś tutaj jest nie halo.
Zresztą to jest coś co znam z Jiawang, tam też od groma dzieciaków widywało swoich rodziców jedynie w czasie wakacji. Okazjonalnie jeszcze na nowy rok. Resztą czasu spędzali z dziadkami, lub wujostwem. Strasznie to było słabe.
No dobrze, to tyle o tym, pora na coś z zupełnie innej beczki.
Jeden ze studentów zapytał się mnie czy w angielskim są akcenty, bo ostatnio spotkał paru obcokrajowców i ich nie rozumiał.
– Oczywiście że są, są nawet dialekty. Ludzie z Anglii mówią inaczej niż ludzie że Stanów Zjednoczonych, a w samych stanach ludzie z jednego końca mówią inaczej niż ci z innego końca, to samo w Anglii, ludzie z jednej części mówią inaczej niż w innej części.
– Przez całe życie, dopóki nie przyjechałem tutaj, myślałem że w Chinach wszyscy mówią po mandaryńsku.
Jak to usłyszałem to nie mogłem przestać się śmiać. Propaganda działa. Chłopak oczywiście przyjechał z północy Chin skąd dialekt mandaryński pochodzi, więc skąd on mógł wiedzieć że żyje w bańce? Wszyscy wokół niego mówili płynnie w tym dialekcie, regionalizmy jeżeli były to były minimalne, różnice między językiem znanym z domu a uczonym w szkole były minimalne, do tego cały czas mówiono mu że w całych Chinach mówi się w ten sposób, to skąd on miał wiedzieć że tak nie jest. Gdy już przestałem się śmiać zrobiło mi się go żal. Bo nagle znaleźć się w Xiamen gdzie ten dialekt jest strasznie odległy od dialektu z północy, w dodatku wśród ludzi z różnych części Fujian gdzie każde większe miasto ma swój własny dialekt musi być trochę przerażające.
Ja czułbym się przez kraj i system oszukany.
Od razu przypomina mi się gdy byliśmy gdzieś na południu Yunnanu i June postanowiła pobawić się z dzieckiem, ale chłopak w ogóle nie rozumiał co June do niego mówi.
– On nie mówi po mandaryńsku?
– Nie, w domu po mandaryńsku nie rozmawiamy. W szkole go nauczą.
Co doskonale pokazuje podejście ludzi do tego dialektu. Uczą się go bo muszą, ale dla nich to jest praktycznie jak język obcy. Jeżeli nie pójdą na studia to będzie im się przydawał sporadycznie. Dla nich taki mandaryński jest tylko trochę bardziej przydatny niż angielski.
A pinyin, czyli system zapisu to inna historia. Moja teściowa przykładowo w ogóle w tym się nie odnajduje. Chociaż może akurat pinyin się przyjmie, w końcu to najwygodniejszy sposób pisania na komórkach i komputerach, więc te nowe pokolenia muszą go opanować do perfekcji.
Pogoda ciągle jeszcze dopisuje, mam nadzieję że potrwa to jak najdłużej bo mówiąc uczciwie najgorsze co może się tutaj przydarzyć to deszcz. Wchodzi wtedy wilgoć i wszystko gnije. Oby było tego jak najmniej, bo minąć to nas pewnie nie minie.
Jeszcze tak odnośnie tych wszystkich starych budynków. One są, tylko idąc normalnie po ulicy się ich nie zobaczy. Są bardzo dobrze pochowane między nowymi budynkami, lub nowymi budynkami. Najzwyczajniej w świecie bloki są bardziej praktyczne gdy weźmiemy pod uwagę ilość ludzi i ilość miejsca. Pewnie za paręnaście lat tych starych budynków już nie będzie, bo one już teraz popadły w ruinę i nikt w nich nie mieszka, a stoją tylko dlatego że ich nie chce ich wykupić od właścicieli. Za paręnaście lat wrócą w ręce rządu i wtedy rząd się nimi zajmie w odpowiedni sposób. Pamiętajcie, tutaj żadna nieruchomość nie należy do ludzi. Nawet jeżeli zapłaci się za nią jakąś absurdalną kwotę to i tak nie będzie twoja. Kupujesz możliwość jej posiadania przez 70 lat, a potem wraca w ręce rządu.
Ach, w poniedziałek jest 12.12, czyli szczególne święto dla wszystkich fanów dobrego jedzenia. Od paru lat firma obsługująca transakcje bezgotówkowe dokłada wszelkich starań by ludzi w ten dzień, jak i dni go poprzedzające, wydawali jak najwięcej pieniędzy korzystając właśnie z jej aplikacji. Oznacza to mniej więcej tyle że mnóstwo, praktycznie wszystkie, restauracje oferują absurdalne wręcz zniżki sięgające 50%, lub dwa w cenie jednego. Do tego dochodzą zniżki na taobao i o ile na 11.11 trzeba na te zniżki polować, a sklepy rzucą po jednym, czy może dwóch egzemplarzach czegoś w przecenie tak na 12.12 kupony rabatowe dostaje się ot tak bez niczego, nic nie trzeba robić, klikać, po prostu są. No to kurczę, jak z tego nie korzystać.