Tydzień siedemnasty

W poniedziałek byliśmy w restauracji, co zresztą było widać na zdjęciach, ale nie była to taka typowa restauracja, co zresztą też widać na zdjęciach.

Po pierwsze – był to bufet, a z reguły bufety omijamy bo June nigdy nie wyje tego za co zapłaci, ale tym razem pachniało bardzo przyjemnie więc się skusiliśmy.

Po drugie – jedzenie było na taśmie, tak jak kiedyś z otwartymi ustami oglądałem jak wyglądają sushi bary w Japonii tak teraz siedziałem z uśmiechem na twarzy i wyciągałem co popadnie.

A warto było bo było to dobre jedzenie. Często w Chinach oszczędza się na mięsie i albo serwuje się jakieś niskiej klasy lub bardzo mało, a najczęściej to jest to połączenie dwóch czyli niskiej klasy i mało. Tym razem było wręcz odwrotnie, można było brać do woli i było dobre, przynajmniej w porównaniu do innych restauracji.

No dobrze, to bierze się jedzenie z misy i co dalej? Wrzuca to gotującej się zupy. Gęstej, dobrze doprawionej zupy w której mięso/warzywa gotują się a potem się to zjada. Do tego dochodzą jeszcze sosy które można sobie samemu wybrać. Czyli właściwie taki typowy hot pot  (chociaż polska wikipedia mówi że powinienem nazywać to huoguo – 火锅, co jest nazwą chińską), ale dla jednej osoby.

Gdyby nie był to bufet to pewnie jeszcze parę razy byśmy tam przyszli, ale cóż, tego co zapłacimy nie wyjemy, więc nie ma sensu przepłacać.

Również w poniedziałek miał miejsce wyjątkowy dzień czyli 12.12. Jest to kolejny dzień będący świętem zakupów. Nazywany przez obcokrajowców dniem sprzedawania zwrotów z 11.11 i pewnie trochę w tym prawdy jest bo dużo ludzi kupowało 11.11 ubrania/kosmetyki/inne rzeczy z których ostatecznie nie byli zadowoleni i postanowili je odesłać. No poważnie, że tez ludzie nie rozumieją że jeżeli but w oficjalnym sklepie kosztuje 1000 RMB, a w innym jest przeceniony do 199 RMB to coś z nim jest nie tak. Na całe szczęście zwroty towaru funkcjonują całkiem nieźle, więc jakichś wielkich tragedii nie ma.

Jak 11.11 jakichś wielkich zakupów nie zrobiłem, ot jedynie to co kupiłbym normalnie, tak 12.12 trochę zaszalałem, ale te zakupy i tak już miałem zaplanowane, a skoro sklepy dodatkowo dorzucają rabaty to czemu nie skorzystać. Zwłaszcza że masa, ale to masa sklepów, oferuje darmową wysyłkę niezależnie od tego za jaką kwotę zrobi się zakupy. Kupujesz komputer za parę tysięcy juanów – darmowa wysyłka, kupujesz ubrania za tysiąc – darmowa wysyłka, kupujesz paczkę daktyli za trzydzieści juanów – darmowa wysyłka, ale wszystko zostało przebite przez czarną taśmę izolacyjną, której nie mogłem znaleźć w żadnym z okolicznych sklepów a którą kupiłem przez taobao za półtorej juana i dostałem darmową wysyłkę. Pewnie chodzi o komentarz i tyle.

Część z tych moich zakupów już widzieliście na blogu, konkretnie dwa bo kupiłem dwa nowe obiektywy, jeden do zabawy drugi taki porządniejszy. A reszta? Reszta to normalne zakupy które i tak bym zrobił, ale przynajmniej teraz trochę zaoszczędziłem.

Dzięki mojej rozsądnej polityce zakupowej zostałem nawet pochwalony przez moje studentki, które o wiele bardziej niż ja szalały i 11.11 i 12.12. No cóż, oby teraz nie musiały jeść ziemi jak to się potocznie w Chinach mówi.

Pogoda jeszcze dopisuje, co jest bardzo pozytywnym zaskoczeniem, problemem jest jednak to haniebne zanieczyszczone powietrze. W kilkunastu miastach na północy ogłoszono czerwony alarm z powodu smogu, poproszono ludzi o niewychodzenie na dwór i zarządzono zmniejszenie produkcji w kilku fabrykach, wszystko by jakoś ten smog rozpędzić. No cóż, jak na razie to kiepsko to wygląda. Gdyby wiał mocny wiatr to byłoby łatwiej, a tak pozostaje żyć w tym smogu. Najgorsze jest to że o ile na północy to ma sens bo tam jednak jest ogrzewanie i trzeba jakoś te rury nagrzać (a co się będziemy oszukiwać – pali się głównie węglem), tak na południu to wszystko pochodzi z jakichś innych pierońskich fabryk. Tak naprawdę to nie wiadomo co jest w powietrzu. Mnóstwo ludzi chodzi w maskach i coraz mniej się temu dziwię.

Kilku moich studentów jest strasznie nieodpowiedzialnych. Powiedzmy że są na trzecim roku i musieli zaliczać mój przedmiot ale na zajęciach nie pojawili się ani razu. I co ja mam z takimi ananasami zrobić? Najzabawniejsze jest to, że ja nawet nie mam listy z ich nazwiskami. No poważnie, nie dostałem w tym roku. Dostałem za to listę egzaminowanych z zeszłego roku. Są chwile kiedy profesjonalizm tej uczelni mnie przerasta.

Mam też innego ananasa, który chodził najpierw napisał do mnie że na egzamin w połowie semestru nie mógł przyjść bo był w szpitalu, a potem nie przygotował prezentacji (chociaż miał na to ponad miesiąc) bo jeszcze dwa tygodnie był w szpitalu, a potem ‘to jakoś tak wyszło’, a po tym wszystkim nie przyszedł na egzamin ustny. Czasem brakuje mi słów. No najzwyczajniej w świecie brakuje mi słów.

Nie wiem czy nie bardziej brakuje mi przy ludziach którzy sami z siebie zdecydowali że nie zrobią pracy grupowej. No bo po co ją robić, skoro mogą jej nie zrobić i nie dostać łatwych kilkunastu punktów których może im potem brakować do wyższej oceny?

Słabe to strasznie, zwłaszcza że są to niby najlepsi studenci na roku. Z pewnością jedni z lepszych w kraju, bo jednak ten uniwersytet stoi wysoko w rankingach. Nie super wysoko, ale znacznie wyżej niż dwa poprzednie. Nie wiem czy to mentalność nowego pokolenia, czy mentalność tych konkretnych ludzi, ale wiele zachowań  jest po prostu słabych.

Wszystko wskazuje na to że w nadchodzącym tygodniu przekroczę 4000 kilometrów w ciągu roku, nigdy do tej pory mi się to nie zdarzyło, najbliżej byłem w 2012 kiedy to wyjechałem do Chin po raz pierwszy i wszystko szlag trafił. Przez półtorej roku starałem się biegać tak jak biegałem w Polsce, czyli pobudka, śniadanie, godzina przerwy i dopiero biegać. Dopiero dzięki June dotarło do mnie że mogę biegać bez jedzenia. Rany ile to mi czasu zaoszczędziło, no i pozwoliło się rozkręcić, bo nie ma się co oszukiwać, w Jiawang o siódmej nad ranem było już tak ciepło że nie byłem w stanie biegać tak często i tak długo jak w Polsce.  Dużo nawyków musiałem zmienić żeby się w końcu dostosować do Chin, a i tak nie jest idealnie. Do teraz tętno mam nieporównywalnie wyższe niż w Polsce, ale teraz zamiast z tym walczyć po prostu to zaakceptowałem i staram się z tym żyć, bo nic innego nie zrobię. Ot po prostu w tym miejscu nie jestem w stanie osiągnąć swojej optymalnej formy. Bywa, nie ma co z tym walczyć i tyle.

To co mnie strasznie irytuje w bieganiu tutaj, bo tętno to tętno, można się z nim pogodzić, to brak świateł z rana. Chociaż teraz jest lepiej bo wyłączają je po szóstej to i tak nie ma mowy by biegać bez czołówki. Ona jest teraz dla mnie tak integralna jak pas z bidonami. Bidonami, tak, liczba mnoga. Owszem, nie potrzebuję aż dwóch, ale jednak wolę je mieć niż nie mieć. Nigdy nie wiadomo kiedy mogą się przydać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.