Październik

Gdy zaczynałem biegać przeczytałem książkę, w której napisano, że warto zrobić sobie plan. Nie była to książka coachingowa czy biznesowa, ot książka o bieganiu. Plan miał dotyczyć biegania i było ich kilka przygotowanych. Do tego autor dodał, że warto wyznaczyć sobie cele, tak w liczbie mnogiej. Bo jeden cel to może być za mało i może okazać się za trudny do osiągnięcia więc należy wyznaczyć sobie także cele mniejsze, bardziej przystępne.
Podszedłem do tego bardzo poważnie i cele sobie rozpisałem, gdzieś pewnie nawet mam jeszcze plik z nimi, pamiętam, że po każdym treningu pisałem notatkę z tym jak mi poszło i co czułem.  Teraz aż tak poważnie do tego nie podejdę, ale cele uważam za integralną część każdego zadania i temu właśnie ma służyć ta notka – wyznaczeniu celów na nadchodzące biegowe pół roku.

Także zacznę od tego jakie mam wyniki w tym roku i z czym do realizacji celów w ogóle podchodzę. Pamiętajmy, chodzi o bieganie, nie inne sprawy.

W półmaratonie udało mi się pobić życiówkę o jakieś dziesięć minut i teraz mogę się chwalić czasem 1:27 (z jakimiś groszami), przy okazji udało mi się pobić życiówkę na dziesięć kilometrów o parę sekund (co w ogóle mi uświadamia, że ta życiówka na dychę powinna być jeszcze bardziej poprawiona) i teraz wynosi 40 minut z jakimiś sekundami.
Są to wyniki do poprawy przy odpowiednim treningu lub treningu w ogóle, ponieważ tych ostatnich kilka lat to jednak tylko biegałem a nie trenowałem (takie rozróżnienie, dość ważne). Czas w połówce nabiegałem po czterech mocnych treningach, nie jakichś absurdalnych, ale jednak mocniejszych i treningu pod kątem biegania pod górę przez dłuższy okres czasu, czyli naprawdę nic spektakularnego.

Poprawiłem się też w maratonie o parę minut, ale to wyszło bardziej przy okazji niż planowo. Długi okres czasu biegłem z ludźmi biegnącymi na 3:30, potem Ich opuściłem, ale przez kilka kolejnych kilometrów miałem na oku i odstawiłem dopiero w okolicach 30 kilometra, no może trochę wcześniej. Ostatecznie na mecie byłem pięć minut przed Nimi, ale jest to wynik bardzo niemiarodajny, bo tętno średnie było niższe niż nawet na treningach, czyli był to bieg bardziej na luzie. No cóż, to jest po prostu poziom, który muszę trzymać i poniżej którego nie powinienem, na razie, schodzić.

No dobrze, tyle piszę o tych wynikach, więc pora ustalić cele.
Cel A, czyli ten najważniejszy to połamanie trójki w maratonie w Krakowie 22 kwietnia 2018 roku.
Cel B, czyli ten zapasowy, mniej wymagający, to czas poniżej 3:05 w maratonie w Krakowie 22 kwietnia 2018 roku.
Nie planuję żadnych startów pobocznych, żadnych treningów na zawodach, żadnych zawodów przed maratonem, sześć miesięcy przygotowywania się i treningu.

Czy jestem w stanie to zrobić?
Poprawa życiówki o 25 minut to spore wyzwanie i to przemawia na moją niekorzyść. Podobnie jak rekordy życiowe, które powinny być o jakieś 150 sekund lepsze zarówno w przypadku połówki jak i dziesiątki.
Wynik z połówki napawa optymizmem, ponieważ generalnie uznaje się, że wystarczy wziąć czas z połówki i dodać ~10 minut by uzyskać czas w maratonie. Pewnie jest na to jeszcze mądrzejszy przelicznik, taki z ułamkami, ale nie będę się tym bawił.
Niskie tętno z ostatniego maratonu także jest pozytywem.
Ostatnich osiem kilometrów w maratonie przebiegłem ze średnią 4:34 min/km czyli o 20 sekund na kilometr szybciej niż pierwsze trzydzieści cztery. Najszybszy kilometr przebiegłem z górki między trzydziestym dziewiątym a czterdziestym kilometrze, a dwa następne zrobiłem w 4:27 min/km. I owszem, to nie są prędkości na łamanie trójki w maratonie, ale pokazują, że potrafię dodać gazu na końcówce biegu.

Pół roku odpowiedniego treningu, bez chorób, kontuzji, z dobrą regeneracją i to powinno się udać. Nie będzie to łatwe, ale łatwe cele są niesatysfakcjonujące i nierozwijające, także należy od nich uciekać.

Wrzesień

To piąty miesiąc z rzędu, w którym wyszło mi ponad 400 kilometrów w biegu. Jednocześnie jest to miesiąc, w którym zajęło mi to najmniej czasu i najszybszy miesiąc, nie licząc jakichś absurdalnie krótkich, od 2015. Czyli ogólnie rzecz biorąc było dobrze.

Gdy pierwszy raz przebiegłem 400 kilometrów w ciągu miesiąca chyba nawet tego nie zauważyłem, pamiętam, że przed wyjazdem do Chin miałem jakiś absurdalny miesiąc rzędu 500 kilometrów i teraz gdy patrzę do dziennika rozumiem dlaczego w pewnym punkcie ciało tego nie wytrzymało. Za dużo tego było, tak zwyczajnie, za dużo.

Potem wyjechałem i bieganie nawet po 300 kilometrów miesięcznie było rzadkością, dopiero niedawno udało się do tego wrócić. Z tą różnicą, że teraz robię sobie tygodniowe przerwy od czasu do czasu, a raz w miesiącu tygodniowo kilometraż zmniejszam i zwalniam. Sprawdza się o wiele bardziej niż nieustanne napieranie do przodu.

Prawdę mówiąc to ostatnich pięć lat w ogóle nie trenowałem. Inaczej. Trenowałem ostatnie dwa lata, ale ten trening sprowadzał się do prostych zasad: co najmniej raz w tygodniu trzeba wbiegać pod górkę robiąc przy okazji dłuższy trening i raz w tygodniu trzeba zrobić długie wybieganie. Żadnych treningów szybkościowych, żadnego sprawdzania tętna, wyznaczania zakresów, pilnowania, żeby nie przekraczać pewnego ustalonego poziomu. Ot bieganie.

Zanim wyjechałem miałem małą manię na punkcie tętna. Patrzyłem na nie i albo sam się ograniczałem albo dodatkowo poganiałem. W Xiamen, gdzie moje codzienne tętno było znacznie wyższe od tego jakie mam Polsce bieganie według zakresów nie miałoby sensu. No bo jak, jeżeli już na pierwszym kilometrze leje się ze mnie pot a tętno mam w drugim zakresie?

Nawet z nowym zegarkiem, który mierzy setkę zmiennych które nie są mi do niczego potrzebne i których nie do końca rozumiem, przestałem przejmować się tętnem. Znaczy patrzę na nie, ale nie mam odniesienia. Musiałbym na nowo wymierzyć zakresy, a prawdę mówiąc to nie wiem czy chcę. W manię bym pewnie nie wpadł, ale chyba wolę nie wiedzieć, czy to jest drugi, czy trzeci zakres, czy może to jest już moje maksimum. Chyba lepiej biega mi się z niewiedzą, gdzie według nauki leży maksimum moich możliwości.

Ot taki przykład z dzisiaj. Średnie tętno wyszło mi 148, ale przez kilometrem robiłem proste interwały które to tętno mi podbiły do tego poziomu. I teraz pytanie, jak ja mam ten bieg zaklasyfikować? Interwały? No nie, bo tylko 1/10 to interwały. WB2? Według tętna tak, ale oprócz tego kilometra wszystko było na komforcie. Czyli OWB1? Niby tak. Także ja się tym nie przejmuję, biegam i już.

We wrześniu to bieganie bez treningu przyniosło wynik 1:27 w półmaratonie co było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Chciałem załamać 1:30, ale 1:27 to już przyzwoicie. Nie wiem, czy mógłbym to, w chwili obecnej, pobiec szybciej. Może na płaskiej trasie, ale to takie gdybanie.

Jutro czeka mnie, mój trzeci, Silesia Marathon i życiówki bić nie będę, pobiegnę gdzieś tak w okolicach życiówki sprzed roku i tyle. Plan na przyszły rok jest, ale o tym dopiero po Silesii.

 

Bieg przez pięć miast

Jakoś w połowie sierpnia ruszyłem się rozruszać w trochę dłuższym biegu. Regeneracja po ultramaratonie w Lądku Zdroju trwała tydzień, w którym pierwsze trzy dni były…trudne. Łydki wytrzymały bez problemu, plecy nie przeszkadzały, ramiona bardziej dają mi w kość po bieganiu po asfalcie, za to uda…Uda to zupełnie inna historia.

O tym, że ze schodów schodzi się tyłem to wiadomo, bo to norma i po maratonie. O tym, że nie można spodni ubrać, to też wiadomo, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Także o bólu w nogach nie ma się co rozpisywać, zrobię tylko takie małe porównanie.
Po moim pierwszym dobrze przebiegniętym maratonie nastąpił we mnie straszny regres. Przez tydzień ledwo chodziłem, a miesiąc, jak nie dwa, czułem, jak ciało wraca do normy. Od tamtej pory zawsze boję się tak długiej regeneracji. Sam bieg mnie nie martwi, bo to że teraz boli, to nie jest problem, z bólem w chwili obecnej jestem sobie poradzić. Natomiast myślenie o bólu w przyszłości nie jest już takie łatwe.
Do sedna – regeneracja zajęła tydzień i zaraz jak te dwa dni paskudnego biegania minęły zacząłem biegać szybciej, przyjemniej i w końcu w następnym tygodniu przebiegłem 24 kilometry.

A potem przyszła pora na trzydziestkę.
Trzydziestki potrafią być traumatyczne, bo utarło się, że gdzieś wtedy kończą nam się zapasy glikogenu i trafiamy na ‘ścianę’. To chyba zależy od tego jak szybko biegniemy, a nie od tego na którym kilometrze jesteśmy, ale co ja tam mogę wiedzieć.
Przebiegnięcie trzydziestu kilometrów to nie jest problem sam w sobie. Trochę tych trzydziestek już treningowo nabiegałem. Trzydzieści osiem mam zapisane w dzienniczku. Problem jest taki, że zaledwie sześć z nich zrobiłem w parku lub okolicach…
Teraz z niedowierzaniem patrzę na to ile ja kółeczek musiałem zrobić wokół parku by wykręcić takie dystanse. To musiał być dobry trening mentalny.

W każdym razie ruszyłem na tę trzydziestkę z myślą, że dobiegnę do parku na pszczelniku w Siemianowicach a potem zawrócę.  Dotarłem tam bez większych problemów, tym razem nie rozcinając sobie ręki na słupie co uważam za progres, a potem…cóż, potem źle skręciłem i zacząłem biec nieznaną mi częścią parku-lasu, na szczęście wybiegłem na znaną mi z zeszłego roku polanę i wiedziałem już, że jestem w Czeladzi.
Rok temu zawróciłem stamtąd i wróciłem do domu, w tym roku wyszło mi tych kilometrów za mało, wyliczyłem sobie, że muszę pobiec do 18 i dopiero wtedy mogę zawrócić (mam z nawrotami mały problem, bo prawie zawsze gdzieś parę metrów nadrobię i nigdy mi ten dystans nie wychodzi taki jaki być powinien, tylko dłuższy). Gdy tak biegłem w Czeladzi nagle pojawił mi się znak z napisem Katowice. Stwierdziłem, że skoro pokazali taki znak a jestem relatywnie blisko Katowic to nie ma sensu zawracać tylko pobiegnę, zwłaszcza że droga wydawała mi się znajoma.
Oczywiście po paru kilometrach droga przestała być znajoma, ni stąd ni zowąd pojawił się znak oznaczający miasto Sosnowiec, ale że było już za daleko, żeby zawrócić biegłem przed siebie. Kolejne kilometry mijają i staję na skrzyżowaniu: ‘lewo Centrum, prawo je*ać Katowice’, także skręciłem w prawo i trasa stała się znajoma. Jeszcze kawałek i już byłem w Katowicach.

A tam to już wiedziałem, jak wrócić do domu. Problem pojawił się, gdy w końcu dotarłem prawi do domu. GPS pokazywał dwadzieścia dziewięć kilometrów. Przebiegłem przez pięć miast i nie zrobiłem nawet trzydziestu kilometrów…treningu mentalnego ciąg dalszy, bo ten brakujący kilometr zrobiłem, ale chyba jak nigdy wcześniej zrozumiałem jak bardzo są te miasta w GOPie poupychane.

2. Ultramaraton Magurski

Word podkreśla mi słowo ultramaraton co już znakiem że to nie jest coś normalnego. Bo czy normalne jest bieganie przez kilka-kilkanaście godzin pokonując blisko 60 kilometrów? No średnio. Jest w tym odrobinę szaleństwa, nutka niepokorności, w końcu już sam bieg maratoński jest wyzwaniem i traktowany jest jako coś nie dla każdego, a żeby biegać jeszcze więcej i to po górach? No to już przesada.

Po przebiegnięciu trzeciego maratonu, pierwszego do którego się przygotowywałem, postanowiłem że przebiegnę ultramaraton. Spróbowałem, ale po 36 kilometrach musieli mnie zwieźć na metę bo jak zęby skaczą z zimna i koc termiczny nie pomaga to należy wybrać opcję przetrwanie.

Od tamtego dnia minęły cztery lata i taki bieg w trakcie którego pokonałbym ponad 42 kilometry chodził za mną cały czas. Do tego stopnia, że rok temu przebiegłem pół dodatkowego okrążenia w Rybniku, czyli wyszło 44 kilometry, a parę miesięcy później w Chinach trasa liczyła 42,4 kilometra, ale oficjalnie dystansu ultra nie pokonałem.

Na swoje drugie podejście, wybrałem bieg w Krempnej, głównie dlatego że te tereny były mi obce, a i sam bieg nie jest jeszcze taki znany, więc ludzi nie będzie za dużo, a jednak pokonywanie szlaków w tłumie nie jest przyjemne.

Do Krempnej przyjechaliśmy dzień wcześniej, dzięki uprzejmości organizatorów rozbiliśmy namiot za szkołą (która była całą noc otwarta więc nie trzeba było kombinować z ubikacją).
Wszyscy w biurze byli niesamowicie uprzejmi, gdy June wstała ze mną o trzeciej nad ranem by skorzystać z toalety zagrzali nam wodę na herbatę, a rodziców zaprosili na kawę. Widać że ten wilk promujący bieg bardziej przypomina tego pluszowego siedzącego w biurze zawodów.

P1230623

Start zaskoczył nie tylko mnie, ale i żonę i rodziców, na szczęście zawsze na starcie zawsze następuje pierwsze zderzenie ze ścianą. Opowiadam sobie ten żart od pierwszego maratonu, to straszny suchar ale zawsze poprawia mi humor.

Cała grupa zgubiła się już na przy pierwszej możliwej okazji bo zamiast biec w prawo pobiegliśmy prosto, o pomyłkę nie było trudno bo po obu stronach znajdowały się taśmy oznaczające bieg. W gruncie rzeczy ta pomyłka nie byłaby jakoś bardzo dotkliwa bo w ostateczności pokonalibyśmy trasę od tyłu, ale ktoś krzyknął i zawróciliśmy.

Długo, długo, bardzo długo biegliśmy gęsiego, bo szlak był wąski, w dodatku zarośnięty i już na trzecim kilometrze wylądowałem po raz pierwszy twarzą na ziemi. Na szczęście to dla mnie nie pierwszyzna, więc szybko wstałem i ruszyłem dalej.

Pierwsze podejście było ciężkie, przede wszystkim z powodu tej wąskiej ścieżki i tłumu. Potem zbieg i ponownie było ciężko. Takie ostre zbiegi to coś do czego nie byłem przygotowany bo niby jak mam się do tego przygotować biegając w mieście nad morzem? No nijak.

Za to widoki…ach…widoki były piękne i mnóstwo ludzi zatrzymywało się by robić zdjęcia jak słońce wschodzi nad polami, które jeszcze są spowite mgłą.
Kilka lat temu w Luoyang spotkałem chłopaka który, jako jedyna spotkana tego dnia osoba, nie robił zdjęć więc musiałem się Go zapytać jaki był powód tej decyzji. Chcę te obrazy zapisać w głowie. Lubię robić zdjęcia, ale czasem są takie widoki które sprawiają że przypominam sobie tego chłopaka i także staram się zdjęć nie robić by utrwalić je w pamięci. Przynajmniej niektóre.

Myślę że to właśnie z powodu widoków znowu wyrżnąłem, tym razem na śliskiej od rosy trawie. Nie pamiętam nawet kiedy ostatni raz biegałem po trawie, a co dopiero na takiej z rosą, no i wyszło jak wyszło, ale przynajmniej ten drugi raz wylądowałem na plecach, pewnie żeby było po równo.

Przed pierwszym punktem z wodą nastąpił kolejny problem z trasą, a może nie tyle z trasą co z przyglądaniem się taśmom. Kilkanaście osób źle pobiegło i po paru chwilach zbiegaliśmy po stromiźnie gęsiego. Ktoś nawet wpadł na pomysł by zacząć w tym momencie wyprzedzać. Zyskiwali po kilka metrów a zaraz potem i tak wracali do szeregu.

Ledwo zbiegliśmy z góry i czekała na nas woda. Czyli punkt z wodą. A chwilę potem kolejne podejście.  To w ogóle bardzo ładne słowo podejście, bo nie podbieg. A wbieganiu na coś takiego nie może być mowy. Naszła mnie wtedy myśl że chciałbym zobaczyć jak sobie z czymś takim radzą zwycięzcy, w końcu jak się uczyć to od najlepszych. Dociskając kolana nad tym właśnie się zastanawiałem.

W Chyrowej na 19 kilometrze i pierwszym pełnym punkcie odżywczym dolałem trochę wody, złapałem żelka i pobiegłem dalej. Ludzie zatrzymywali się dłużej i widać było że wolontariusze uwijają się przy nas jak obsługa w bardzo dobrym hotelu. Wybiegając usłyszałem że jestem…no właśnie nie pamiętam czy usłyszałem 56 czy 58. Przez chwilę się nad tym zastanawiałem, ale potem machnąłem ręką. To moje drugie podejście, tym razem musi się udać, to który jestem nie ma znaczenia, grunt to podchodzić pod każdą górę a na płaskim i z góry zbiegać.
14053986_1080962798655194_3265220832809359871_n

Takie zdjęcie zrobione tuż za punktem: wszyscy przebiegają uśmiechając się do aparatu, a ja idę zapatrzony w aparat próbując zadzwonić do June.

Potem nastąpiło kilka przyjemnych kilometrów, niezbyt strome podejścia, niezbyt strome zbiegi. Trochę po asfalcie, trochę po szlakach, ale zanim było przyjemnie czekała mnie jeszcze jedna wywrotka. Tym razem na płaskiej drodze. Czułem że plaster mi się odlepił z palca i trzy razy rozwiązywałem but by ostatecznie dojść do wniosku że wyjąłem go za pierwszym razem

Dalej nie było już tak przyjemnie. Czekało na mnie podejście na Baranie, które wbrew pozorom nie ciągnęło się tak bardzo jak myślałem, nawet nie było aż tak strasznie. Nie zrozumcie mnie jednak źle, nie było ani łatwo, ani lekko, ani przyjemnie, trzeba było się trochę naskakać, a potem sporo te kolana ponaciskać, ale nie mogło być inaczej, w końcu to góry.

Po kilku minutach na szczycie dotarło do mnie, że organizatorom oberwie się za brak punktu odżywczego bo prawie każdy o niego pytał. No tak, ale nikt nie mówił że będzie. Początkowo miał być tylko na 19 i na 47 kilometrze, a z powodu pogody dołożono jeden na 10 i drugi gdzieś na 30. Mam nadzieję że ultramaratończycy nie są tak wymagający jak niektórzy biegający maratony, którzy oczekują punktów żywnościowych co 5 kilometrów (a niektórzy to pewnie chcieliby cały czas biec przy bufecie) i jednak się tym orgom nie oberwie, bo absolutnie na to nie zasłużyli.

Od szczytu do Ożennej było już blisko. Może nie bardzo blisko, ale przyjemnie, bo niewiele uciążliwych podbiegów, kilka ładnych zbiegów, szlak był już szerszy i gdzieś tam nieświadomie dotarło do mnie że przekroczyłem barierę 42 kilometrów i biegłem dalej. Zacząłem odliczać kilometry do tego 56 kilometra na którym miała być meta.  Na jednym z tych bardziej płaskich momentów wyrżnąłem po raz piąty i ostatni, odruchowo przysunąłem palec do zegarka by go zatrzymać, ale druga myśl kazała nic nie naciskać, więc posłuchałem, szybko się pozbierałem i biegłem dalej.

Gdzieś tam dotarło do mnie że pot wylewa mi się z rękawów, usłyszałem że pewnie mnóstwo ludzi zrezygnuje z pokonywania trasy długiej bo jest za ciepło. Może i trochę w tym prawdy. Pamiętam że od Baraniej do Ożennej biegłem z kimś, ale nie pamiętam z kimś. Każdego mijanego biegacza pytał jak się czuje, czy ma co jeść, co pić, a potem ruszaliśmy dalej. Obaj bez okularów, co było lekkim szaleństwem na tych zbiegach. Gdzieś wtedy oddałem Mu moje pół litra wody, bo miałem jeszcze zapas. Ten odcinek był fenomenalny, to było kilka chwil w czasie których poczułem się częścią czegoś większego.

Ani się obejrzałem a już byłem w Ożennej, ale zbieg po kamieniach był paskudny. Po kilku chwilach czułem każdy możliwy kamień, ale nawet to mi nie przeszkadzało. Leciałem dalej, to było drugie najszybsze pięć kilometrów w całym biegu.

Na punkcie dolałem trochę wody, napełniłem butelki, zjadłem arbuza, żelka, wziąłem strasznie słone orzeszki, które po przeżuciu wyplułem i maszerowałem pod jedną z ostatnich gór. Od tego momentu byłem już sam. Wtedy zobaczyłem ten osławiony już napis BÓL TO ŚCIEMA i wiedziałem że dam radę. Ruszyłem do przodu coraz więcej biegnąc. Po chwili zobaczyłem chorągiewki i skręciłem w las. W głowie kłębiły się myśli a co jeżeli nie zobaczę kolejnej taśmy? A co jeżeli dla żartów podmienili strzałki i pobiegłem na długą trasą? A c o jeżeli źle przeczytałem i pobiegłem na długą trasę?

Z każdą odnajdywaną taśmą głosy cichły i pozostawało jedynie bieganie wymieszane z marszem pod ostatni szczyt na trasie.

Wejście na szczyt było cudowne. Wyłaniam się z lasu i widzę przed sobą całkiem nagie pole. Wspaniały widok, czułem się jak nowo narodzony. Z góry już zbiegałem i tak biegłem przed siebie aż mi zegarek pokazał 56 kilometrów kiedy to zacząłem zadawać sobie pytanie gdzie jest ta cholerna meta?! I wtedy zobaczyłem postać która cicho powiedziała moje imię, odkrzyknąłem Jej imię ze znakiem zapytania, a postać krzyknęła moje i zaczęła biec w moją stronę. Żona wymaszerowała taki hektar i musiałem się zapytać ile do mety? Jeszcze dwa kilometry. Chwilę pobiegliśmy razem, potem chwilę razem pomaszerowaliśmy, a potem już truchtałem do końca. Nie mogłem już biec, parę razy chciałem iść, ale dotruchtałem do mety.

Z 56 kilometrów o których myślałem cały czas zrobiło się 58, ale i te dwa dodatkowe nie okazały się być zbyt wielkim problemem.

Na mecie dostałem medal, zamiast piwa wybrałem wodę, okazało się że przy którymś z upadków rozwaliłem sobie kolano, ale nic nie czułem, w końcu ból to ściema i mogę się teraz tytułować ultramaratończyk.

Czy spróbuję jeszcze raz? Tak, nie raz i nie dwa. Chociaż początkowo ten wąski szlak mnie zraził i stwierdziłem nawet że mi się nie podoba, to gdy w końcu towarzystwo się rozbiegło a trasa rozszerzyła zobaczyłem że ultrabieganie jest świetne. Nie będzie to jednak lekki związek, bez bólu się nie obędzie. Ale niczego innego bym się spodziewał.

Jeszcze na koniec – olbrzymie, olbrzymie podziękowania dla wszystkich wolontariuszy i organizatorów bo wykonaliście kawał naprawdę dobrej roboty i możecie być z siebie dumni.

Jeszcze przed startem

9781937715229

Skończyłem czytać książkę Hala Koermersa Przewodnik po bieganiu ultra i dwie rzeczy utkwiły mi w pamięci najmocniej:

– muszę zacząć liczyć od jeden do stu i z powrotem, ale z innego powodu niż Hal proponuje. W książce podane jest to jako sugestia swoistej mantry mającej odciążyć umysł, odciągnąć Cię od bólu, nudy czy jeszcze czegoś co przeszkadza w biegu. Nie jest to złe, ale że biegam słuchając podcastów to mnie takie liczenie za bardzo nie pomoże bo mam już w uszach coś co moje myśli odciąga od innych spraw. Będę z tego korzystał, bardziej w Xiamen, by kontrolować odwodnienie. Obym nigdy nie zapomniał tego razu gdy pięć butelek półlitrowych dawało dwa i pół litra, ale z sześciu butelek za żadne skarby nie potrafiło mi wyjść trzy litry. Obojętnie jak bym liczył, nie chciało mi wyjść. Musiałem się zatrzymać, zrobić kilka kolejnych łyków i poczekać. Dopiero wtedy wszystko się wyjaśniło.

– trzeba wziąć ze sobą dużo ciepłych ubrań na zmianę po biegu. Prawdę mówiąc to jest coś o czym bym nie pomyślał i co bym potraktował dość lekceważąco. Jednak teraz gdy o tym myślę to jest to bardzo sensowne, bo przecież ultramaraton w górach oznacza że będę dużo chodził więc się od tego wychłodzę, a po dotarciu na metę będę dodatkowo wymęczony i będzie mi ciężko temperaturę utrzymać.

No i tyle.

Cała reszta tej książki to porady dla ludzi którzy nie natrafili jeszcze na http://fellrnr.com/wiki/Main_Page bo ta strona to prawdziwa skarbnica wiedzy. Oczywiście wszystkie te strony i książki i tak są nieporównywalnie mniej przydatne niż własne doświadczenie, ale zawsze warto skorzystać z pomocy ludzi bardziej doświadczonych, zwłaszcza gdy jedyne doświadczenie ma się z nieukończonego biegu sprzed 4 lat.

A bieg już w sobotę, zostały mi jeszcze dwie powolne przebieżki, ot tak żeby mięśnie się nie zastały bo to też jest coś co zauważyłem dopiero w tym roku – jeżeli nie pójdę biegać na dzień przed startem to moje mięśnie są strasznie zastane i w ogóle nie chcą się rozruszać.