Miesiąc: czerwiec 2014
Powrót do Changchun
Pierwsza wiadomość z rana: Tom wyleciał do USA. I wyjaśniło się jaki to samolot…Bo ja naiwnie myślałem że Tom poleciał na krótki urlop gdzieś, a On wsiadł w pociąg do Szanghaju i odleciał. Nikomu nic nie powiedział, wziął tyłek w troki i uciekł. Nie wiem czy polecieli razem z Jesicą, czy nie, ale raczej tak. Bardzo to nieprofesjonalne i dziwne, zwłaszcza że gdy ostatnio rozmawialiśmy mówił że wylatuje w lipcu. Nie wiem czy Johnson nie przegiął z czymś pały…a może powinienem był się domyślić co zamierza widząc jak sprząta puszki po piwie.
Droga powrotna minęła nam spokojnie na oglądaniu widoków za oknami pociągu. I tutaj, na tych wioskach, życie toczy się wyraźnie własnym rytmem. Spokojnie, bez pośpiechu i gdy jest ciepło to wydaje się być to życiem całkiem przyjemnym, ale w zimie to musi być prawdziwa tragedia. Te chałupki wyglądają na zupełnie pozbawione izolacji termicznej, wystaje z nich komin, więc piec jest, ale ile taki piec może dać ciepła…Nie, życie na wsi na północy jest diametralnie różne od życia na wsi na południu.
Przejście podziemne na dworcu przywitało nas, jak zawsze, zimnym wiatrem który jest znakiem rozpoznawczym Changchun. Oczywiście o 2030 autobusów nie ma, podobnie jak i nie ma uczciwych taksówek, ale z tym drugim sobie poradziliśmy przechodząc 200 metrów od dworca. A taksówkarze to powinni się zacząć uczyć chińskiego bo gdy ja do Nich mówię to nie rozumieli i błagalnie patrzyli na Czerwiec, a ja Ją podstępnie odsuwałem na bok i mówiłem ta bo hui shua han yu (ona nie mówi po chińsku). Trochę w tym złośliwości, ale podobnie jest trochę złośliwości w taksówkarzu chcącym Cię ogolić do zera.
Jeszcze krótkie zakupy, bo oczywiście lodówka pusta, a na dodatek sklep też pusty bo chyba wszystko zostało już wykupione i na prawdziwe zakupy trzeba będzie poczekać do jutra.
Tom nie posprzątał. Więcej, wygląda jakby wręcz uciekał bo zostawił mnóstwo rzeczy porozwalanych, na drzwiach do mojego pokoju przylepił kartki z informacjami żebym oddał książki i że przeprasza za bałagan. Oraz ze wszystko co zostawił mogę sobie wziąć. Ketchup, cebula i słoik oleju. I to by było na tyle jeżeli chodzi o Toma w Changchun.
Yanji
To był dzień na zwiedzanie miasta i zakupy. Bo w sumie to nic innego nie mieliśmy zaplanowanego. Znaczy ja miałem zaplanowaną wizytę w grobowcach z czasów królestwa Balhae. Myk jednak okazał się taki że te grobowce nie znajdowały się 10 kilometrów od Yanji, jak to sugeruje angielski internet, a bliżej 100 jak to sugeruje, lepiej rozeznany, chiński internet.
I tu jest właśnie problem ze zwiedzaniem takich mniej znanych miejsc, które są trochę oddalone od tej ubitej ścieżki, że mało kto orientuje się gdzie one się znajdują i z pomocą nie przyjdzie wiele osób. Także z planu tego zrezygnowałem bo widać te grobowce i tak nie były jakieś niesamowite skoro nikt się nimi za bardzo nie interesuje. Trochę szkoda, bo zostało mi 5 tygodni w dongbei i to była w sumie moja ostatnia wyprawa turystyczna, ale co tam, są w życiu rzeczy ważniejsze.
Śniadanie było dość proste, baozi i czarna owsianka, którą uwielbiam. A potem ruszyliśmy przed siebie. Yanji nie jest jakimś niesamowicie przyjaznym turystom miejscem, czyli nie ma tutaj wiele do roboty, jest za to dużo sklepów z koreańskimi rzeczami i na tym się skupiliśmy.
Znudzeni zakupami ruszyliśmy do wioski koreańskiej. Fałszywej, zbudowanej koło nowopowstającego osiedla, ale takiej która na zdjęciach wydawała się całkiem przyjemna, no i o osiedlu nie wiedzieliśmy dopóki się tam nie pojawiliśmy.
Także podchodząc do bramy widzimy mnóstwo obcokrajowców (powiedział nie obcokrajowiec), ale gdy my próbowaliśmy przez bramę przejść okazało się że jest zamknięta. Czerwiec bardzo chciała zobaczyć co tam się dzieje w środku, więc odczekaliśmy chwilę po czym przeszliśmy przez płot. W środku i tak nikt nie zwracał na nas uwagi, w sumie to prawie nikogo tam nie było, wszystkie budynki były pozamykane a wielkość pajęczyn świadczyła o tym że miejsce to było zamknięte od paru dobrych miesięcy.
Z takich ciekawszych miejsc to zobaczyliśmy w wiosce budynek w którym przygotowywano alkohol, oraz June przetłumaczyła mi legendę o czarnym sosie, którego w Korei nikt nie lubił oprócz pewnego chłopaka który żeniąc się z brzydką kobietą robiącą ten sos zaczął nabierać siły, a ich dzieci rosły silne i zdrowe. Sosu nikt nie lubił bo śmierdział paskudnie.
Na lunch udaliśmy się do japońskiej restauracji gdzie Czerwiec zamówiła smażone koreańskie nudle w tym właśnie sosie, a ja japońską zupę. Skończyło się na tym, że to ja zjadłem nudle, a Ona zupę. Nie mogła znieść ani smaku ani zapachu tego jedzenia. Zresztą jedzenie z tego okręgu podchodzi Jej bardzo średnio by nie powiedzieć w ogóle. Widać że nie jest to Jej ulubiona kuchnia w Chinach.
Gdzieś w międzyczasie zadzwonił Chris żeby zapytać kiedy wylatuję do kraju, bo pewnie ustalał grafik na lipiec i poprosił żebym zagadał do Toma żeby się odezwał. Także napisałem Tomowi wiadomość żeby zadzwonił do Chrisa bo przecież mogę jutro zapomnieć. Tom odpisał że musi zadzwonić wcześnie bo o ósmej ma samolot.
Potem znowu shopping z którego wkrótce wrzucę film, oraz kolacja w pobliskiej restauracji. Olbrzymia, do tego stopnia że się jej nie spodziewaliśmy i w końcu było to coś co Czerwiec mogła zjeść. Tylko co z tego skoro odchorowywała to dnia następnego.
Na i wzdłuż granicy
Z samego rana ruszyliśmy do Tumen, czyli miejscowości na granicy z Koreą północną. Ruszyliśmy pociągiem i Czerwiec nie mogła wyjść z podziwu że tutaj wszyscy mówią po koreańsku. Gdy pytała po chińsku to oczywiście wszyscy Jej odpowiadali i nawet nie musiała się zbyt wiele domyślać.
Podróż pociągiem zajęła nam niecałą godzinę i po chwili już jechaliśmy rykszą do granicy. Granice w Chinach to olbrzymi biznes, ale o tym będzie za chwilę.
Będąc już w pobliżu rzeki postanowiliśmy zrobić sobie małą sesję fotograficzną w tradycyjnych koreańskich ubraniach i o ile na Czerwiec coś się znalazło, tak na mnie te ubrania były za małe, no ale co poradzić. Za to zdjęcia wyszły fajnie, nawet to przy którym Pan Chińczyk mówił kiss kiss.
Udaliśmy się do osławionego mostu na rzece Tumen. Osławionego bo ma około 400 metrów i na jednym końcu są Chiny, a na drugim Korea Północna. Sławniejszy jest tylko ten zniszczony przez Amerykanów w Dandong. Chcemy na niego wejść, nawet gotowi zapłacić po 20 RMB, ale okazuje się że obcokrajowcy nie mogą.
W sensie ja nie mogę. Nie dość że cały czas pozostaję w obrębie kraju, płacę za przejście 200 metrów, to tak naprawdę nie mogę tego zrobić bo paszport mam nieładny. Także poszliśmy sobie i pojechaliśmy do Hunchun.
Hunchun to miejscowość na granicy z Rosją i Koreą. Jest tam znaczna mniejszość rosyjska która zaczęła się przeprowadzać po przejściu na emeryturębo życie w Chinach jest tańsze. Tak się przeprowadzają kilka lat i doszło do tego że wszystkie napisy są w trzech językach: po chińsku, koreańsku i rosyjsku. A jeszcze na budynku straży pożarnej był napis po angielsku.
Z miejsca zostaliśmy zagadnięci przez naganiacza taksówkowego, ale olaliśmy Go zupełnie, a On dalej naciskał i w końcu nawet Czerwiec na Niego podniosła głos, a to się zdarzyło pierwszy raz odkąd się znamy. Także niezwłocznie udaliśmy się na lunch i chodząc od sklepu do sklepu udało nam się uzyskać informacje o tym jak na granicę dojechać.
I tu pojawia się problem bo ja chciałem jechać na granicę oddaloną od miasta o 5 kilometrów, ale z Czerwiec się nie dogadaliśmy i pojechaliśmy do miejscowości, a raczej parku trójgranicznego. Tylko że zanim do niego dojechaliśmy wylądowaliśmy w wiosce żołnierskiej z której do parku było z pięć kilometrów.
Żadnej drogi powrotnej do Hunchun, żadnego auta do parku by złapać autobus powrotny. Stopa nie ma jak złapać bo aut praktycznie nie ma, a jak są to są pełne ludzi, ale w pobliżu był sklep z pamiątkami i akurat była godzina zmian więc podrzucili nas do parku.
Nastawieni na to że do parku już i tak nie wejdziemy, bo wszyscy mówili że są tam jakieś zaporowe ceny (no i prawda, są zaporowe jeżeli chce się zobaczyć wszystko i to mnie zdenerwowało strasznie, że muszę płacić żeby zobaczyć granicę, co jest bzdurą kompletną, wyłudzaniem pieniędzy i w mojej opinii nadużyciem), ale jeżeli chce się zobaczyć tylko granicę z Rosją to nie jest tak źle (chociaż i tak jest drogo, a oglądanie granicy polega na tym że wchodzi się na szczyt olbrzymiej wieży i można sobie popatrzeć na łąki, podczas gdy ta granica o której ja myślałem to prawdziwe przejście graniczne, tak przynajmniej wygląda na zdjęciach z satelity), wsiedliśmy do autobusu i wróciliśmy do Hunchun.
Co straciliśmy nerwów i czasu to nasze i podtrzymało to moją opinię o ludziach z Dongbei – większość z nich jest naprawdę, naprawdę niesympatyczna. W Hunchun prawie nikt nie chciał nam powiedzieć jak dostać się do granicy, w sklepach powiedzieli że mogą zadzwonić po kogoś kto przyjedzie, kierowca autobusu wiozącego nas do granicy także mówił że nie wie jak wrócić sugerując jedynie dostanie się na trójstronną granicę.
Chociaż i tak nie ma tak źle bo przynajmniej wróciliśmy cali i zdrowi do Yanji.
Około 20 i zjedliśmy kolację w restauracji. Na szczęście do hotelu nie było daleko bo chwilę potem cała kolacja ze mnie wyleciała. Tak, kolejny raz się potwierdza żeby nie jeść w restauracjach przy stacjach kolejowych.

















































