Durian

P1130074 (Copy)

Z rana na zajęcia i po parunastu minutach okazuje się że mam jednego ucznia, drugi nie przyszedł. Chris mówi że to koniec zajęć, ale prosi żebym został  pogadać, ojciec jednego ucznia narzeka że zajęcia odwołane i ogólnie rzecz biorąc nie było to przyjemne. Z Chrisem natomiast pogadaliśmy o relacjach damsko-męskich w Chinach (nie będę się o przypadku Chrisa rozpisywał) i pojechałem do mieszkania. Przebrałem się i poszedłem biegać.
A raczej truchtać bo to moje tempo ostatnimi czasy jest żenujące, ale tak jak mówiłem – siła. Do tego coraz częściej zaczynają mnie kolana boleć, a to jest dość średni znak. Na szczęście w Polsce mam jeszcze kilka nie zajechanych par butów, więc sprawdzę czy to kwestia obuwia czy tak to już teraz będzie. Jeżeli tak to już teraz będzie to trzeba będzie zacząć się witać z myślą o tym że karierę maratończyka zakończę, a biegać będę dla zdrowia. I to jest w sumie taka myśl jaka mi przyświeca od paru tygodni. Mam takie wrażenie że o ile maraton pewnie bym i teraz przebiegł to największy problem miałbym z głową. Miałbym setki myśli pokroju a po co ci to, weź odpuść, to nie ma sensu i tym razem nie miałbym już tak łatwo by je pokonać. Bo pewnie bym pokonał. Zawsze pokonywałem, mam większe doświadczenie od nich.

P1130075 (Copy)

W każdym razie biegłem przed siebie z podwiniętymi rękawami, biegłem się nie oglądałem, ach jakże było wspaniale jak to śpiewał Kazik w Kulcie. Ludzie mnie mijali, mijałem ludzi, czasem się uśmiechali, czasem schodzili z drogi, a czasem na nią wchodzili, czasem kiwali głową, czasem coś mówili i się uśmiechali. A raz grupka dziewczyn zaczęła krzyczeć:
Obcokrajowiec, obcokrajowiec! Cześć!
– Cześć.
– KOCHAMY CIĘ!
Aż się uśmiechnąłem.

W parku mnóstwo ludzi. Nie odstrasza Ich pogoda, nie odstrasza Ich prognoza. Ich nic nie odstrasza. Przypuszczalnie gdyby z parku jakieś monstrum wyszło to i tak by nie uciekli.

Po powrocie z biegu obiad i pora na spacer. Oczywiście zaczyna padać. Lać. Nagle ludzi na ulicy nie ma. No tak, monstrum z jeziora nie zadziała, ale deszcz jak najbardziej. Woda zaczęła spływać ulicami tworząc rwące potoki. Doszedłem do sklepu i przestało padać.

P1130079 (Copy)

W sklepie postanowiłem kupić kilka jajek, zieloną cebulę, lekki sos sojowy (który leci ze mną do Polski), oraz mój główny cel – durian. Tym razem cały a nie jakieś tam kawałki. A to wszystko dlatego że znalazłem zapomniane 100 RMB i postanowiłem je dobrze wydać. Dobrze wydać, czyli kupić całego duriana. W obieraniu go widziałem największą radość. Wybrałem po zapachu i dałem Pani do zważenia. Pani mówi że nie dobry i wybrała mi inny. Nie kłóciłem się, ekspertem nie jestem. Podziękowałem i wyszedłem ze sklepu.

Idąc ulicą przyciągałem wzrok przechodniów. Nie z powodu duriana, nie z powodu przemokniętego ubrania. Z powodu zielonej cebuli. Dwie osoby zatrzymały się i z niedowierzaniem pytały, wręcz gestykulując, czy ja jem zieloną cebulę. Ciekawe co by powiedzieli widząc ile ja ostrych przypraw jem?

P1130080 (Copy)

Duriana zabrałem do mieszkania i nawet nagrałem film, o ten tutaj:

Także więcej o nim nie opowiem. Tylko przypomnę – moim zdaniem najpyszniejszy owoc na świecie i strasznie, ale to strasznie żałuję, że nie można go do Polski przywieźć. Chociaż te cukierki wystarczą by oddać aromat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.