Czwarty dzień tygodnia pracy

Czwartki zaczynają się od klasy dziewiątej czyli Sophie, Lucy i Brigitte, a w dodatku dzisiaj klasa była super. Rozumiem Ich doskonale i wiem że te pierwsze lekcje zawsze są trudne ale dzisiaj spisali się na medal i jestem z Nich bardzo dumny, podobnie  zresztą jak z klasy dziesiątej, pierwszej, drugiej i czwartej. Czyli wszystkich dzisiejszych. Żałuję tylko że mieliśmy tak mało czasu by pogadać w klasach popołudniowych, ale spokojnie i na Nich przyjdzie jeszcze pora.

Pierwszą długą przerwę spędziłem w biurze uświadamiając sobie że trwa ona od 835 do 1050 Czyli trochę za krótko jak na godzinną przebieżkę, ale za to gdybym…nie…trzy razy w tygodniu wystarczy.

A po przerwie pora na zajęcia i obiad. Stoję w kolejce po obiad. Stoję i wypatruję Lawrence’a. Jeszcze taka rozmowa z wczoraj:
– Wiesz co, chcę zdjęcie z Tobą. Bo ciągle o Tobie mówią a nikt nie wie jak wyglądasz.
– No dobrze, ale w takim wypadku muszę się przygotować.
No i tak stoję i wypatruję, już prawie jest moja kolej kiedy naglę czuję że ktoś mnie bierze pod ramię i odciąga. Lawrence! A miało być na kolację…Jednak jak obiecał tak zrobił dorwał dla mnie tofu, bułki i jeszcze coś specjalnego dla nas dwóch. To coś na talerzu kosztowało 6 RMB. A był tam kurczak, tofu, kiełki, tofu, zielenina, no po prostu komplet. I papryka :) Super, po prostu super.
Po lunchu kulnęliśmy się pocykać zdjęcia.  Lawrence’owi bardzo zależało na tym żebyśmy mieli zdjęcie na tle pomniku Konfucjusza, a że to fajne miejsce to czemu nie. Mieliśmy tylko drobny problem ze znalezieniem kogoś kto by nam to zdjęcie zrobił, bo Lawrence nikogo nie znał (no cóż to w końcu wielka rodzina więc może faktycznie wszystkich krewnych nie znać), więc szybko chwyciłem jedną z moich uczennic a ona bez mrugnięcia oka zrobiła nam zdjęcia i git.

A potem kolejna przerwa, trzy zajęcia i do domu. Dzisiaj poszło bardzo szybko i nawet nie padam na pysk jak co czwartek. Nawet się zastanawiam czy nie ruszyć dzisiaj na zakupy, ale w gruncie rzeczy zostawię to sobie na jutro i sobotę, bo przecież w sobotę też trzeba coś zrobić.

Ach po drodze zjadłem jeszcze kolację, ale takie standardowe tofu już chyba nikogo nie rusza. Chciałem wziąć to co zamówił Lawrence, ale On to dosłownie zamówił, a to nie jest mój poziom znajomości języka, więc jestem niejako zdany na Niego i mój palec wskazujący. A może spróbuję kiedyś sam zamówić? Czyste szaleństwo ;)

W drodze do domu zakupiłem pół kilo słonecznika (nie mamo, nie zabraknie, aczkolwiek z pełnych trzech worków zostały dwa pełne i jedna czwarta), oraz cztery lizaki. Gdyby Pan ze sklepu pod domem miał słonecznik to byłbym w stanie opłacić Jego dzieciom studia z tego ile u niego wydaję.

Wczoraj zauroczyło mnie to słońce nad placem budowy, a dzisiaj udało mi się zrobić jeszcze lepsze zdjęcie (o ile można zrobić dobre zdjęcie słońca), i wiem że te zdjęcia są wtórne i niektórych mogą nudzić, ale mi się podobają, doskonale oddają to moje usystematyzowane ostatnimi czasy życie.

Jestem już oczywiście po pierwszej rozmowie, druga miała odbyć się dzisiaj ale przesunęliśmy na jutro. W sobotę kolejna, a w poniedziałek jeszcze jedna…Ogólnie to nie jest najgorzej. I tak rozmawiam z Lawrencem:
– Wiesz, może być tak że nie wrócę w lutym.
– Czemu?
– Bo firma może ze mną nie przedłużyć kontraktu, może znajdę coś lepszego. Za większą kasę, mniejsze klasy, mniej zajęć…
– Jedź. Najważniejsze żebyś się w życiu rozwijał. Ale jeżeli kiedyś przyjadę do Polski…
– Jeżeli kiedyś przyjedziesz do Polski to będziesz moim gościem.

Zobaczymy jak to się wszystko potoczy. Wiem jedno, niezależnie od tego co się stanie jutro czeka mnie 5×5’ z przerwami 3’ i na pewno będzie dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.