Bo dzisiaj chyba nie dam rady. Chociaż spróbuję.
Są takie dni kiedy czujemy że coś pójdzie nie tak. Takie które już od samego poranka zapowiadają pewnego rodzaju klęskę. Dzisiaj nic tego nie zapowiadało.
Wyjąłem tofu, zrobiłem śniadanie, wyjąłem tofu na obiad i poszedłem do kolegium. Gdzieś tak po piętnastu minutach dzwoni Tom, Chiński Tom, ale nie odbieram bo prowadzę zajęcia. Po kolejnych piętnastu dzwoni Johnson, tym razem odbieram bo akurat mam przerwę. Mówi że Tom czeka pod drzwiami, na co odpowiadam że prowadzę zajęcia i nie mogę otworzyć. Koniec końców jakoś Tom drzwi otwiera i wyciąga drugiego Toma. Idziemy dalej. Godzina jedenasta. Dzwoni Johnson, spotykamy się na parkingu i…zabiera mi klucze…do budynku…bo muszą dorobić dla amerykańskiego Toma. I jak ja mam pójść na obiad…
Na szczęście moje zagubienie zauważała Chloe która mnie poratowała i zaprosiła do stołówki studenckiej. Rany, gdyby nie Chloe to bym chyba głodował, albo musiał się ratować kukurydzą.
Pierwsze dwie grupy nie odrobiły zadań domowych, a że druga grupa jest w miarę sensowna to za tydzień czeka Ich sprawdzian. Odrobili by zadanie to mieliby tak jak grupa trzecia, czyli dopiero za dwa tygodnie. Na grupę pierwszą nie liczyłem, więc Im nie zrobię.
A potem spędziłem godzinę w towarzystwie mojego dosłownego white’s man burden, czyli Rose, która towarzyszy mi zawsze gdy tylko może przez co Jamie i Brian się ze mnie nabijają. Hyh…w każdym razie…Rose zasypywała mi głowę informacjami o Justinie Timberlake’u a ja sprawdzałem zadania domowe. Nawet nie poszło tak źle. Dużo uczniów przepisywało odpowiedzi, kilka pisało odpowiedzi jednym zdaniem, ale jedna czy dwie osoby napisały naprawdę ale to naprawdę zacne odpowiedzi i jestem z Nich mega dumny.
Następnie Johnson zabrał mnie na kolację, zresztą nie tylko mnie, ale że tam nie działo się już zupełnie nic ciekawego, to nie będę się o tym rozpisywał. Dostałem klucze i to jest najważniejsze.