Tydzień trzeci

Czyli trochę się boję.

Jest taki ładny cytat z Ptaśka: „Lęku nie należy się wstydzić. Jest równie naturalny i konieczny jak zabawa albo ból.”

A ja trochę się boję, ale daleko mi do wstydu.

Bałem się trochę przed wtorkowym WB2 bo nie wiedziałem czy utrzymam tempo. Utrzymałem, ale to nie zmniejszyło moich obaw, tylko je zmieniło. Pobiegłem w tempie 4:12 min/km, czyli o 8-13 sekund za szybko jak na ten etap. Po biegu czułem się na tyle dobrze, że zwątpiłem czy 3M to rzeczywiście trzy minutówki z trzy minutowymi przerwami czy może trzy trzyminutówki z minutowymi przerwami, bo pamiętałem jak w ich trakcie cierpiałem 6 lat temu.

Piszę to we wtorek wieczorem, więc nie wiem jeszcze jak wyjdzie to w piątek, mam nadzieję, że podobnie. No, tylko boję się. A już przerażeniem wręcz wypełnia mnie myśl o zimie, oddychaniu ustami…wolę chyba już zamknąć plik i przestać o tym myśleć.

Piątkowe WB2 poszło wolniej, bo zaledwie 4:14 min/km. Nie wiem czy to za sprawą deszczu, rozwiązanego lewego buta (bo przecież nie będę go zawiązywał, skoro zostało mi tylko 11 kilometrów do końca), czy jeszcze czegoś innego. Zresztą nie mam zamiaru się tym przejmować, bo wszystko poniżej 4:16 min/km jest super tempem jak dla mnie tempem docelowym.

Skoro termin próby to 22 kwietnia to jeszcze mnóstwo czasu przede mną by to tempo nauczyć się utrzymywać, a może wręcz podkręcić. Było kilka takich momentów, w których byłem z siebie dumny, na przykład, kiedy udało mi się podkręcić do 4:06 przy ósmym kilometrze, ale najbardziej cieszy mnie że nie zwalniam za bardzo pod koniec. Pierwsze trzy kilometry miały końcówki 13, 15 12 a ostatnie trzy 14, 17, 11, czyli przyzwoicie.

Łącznie pokonałem około 94 kilometrów, w czasie 7:19 (siedem godzin, dziewiętnaście minut), czyli średnie tempo to 4:40 min/km. Był to najszybszy tydzień w moim wykonaniu. Ogólnie w październiku pękło już ponad 400 kilometrów, czyli był to szósty miesiąc z rzędu z takim wynikiem. Listopad i grudzień takie raczej nie będę, ale też być nie muszą. Innymi słowy, są naprawdę solidne podstawy by zamierzony cel osiągnąć.
Z ćwiczeń dodatkowych wyszło łącznie: 1:17, czyli wzrost o pięć minut, ale to jest tyle ile ja mniej więcej planuję czasu na nie poświęcać, więc jest dobrze. Zobaczę, może za jakiś czas będę chciał tę ilość podbić, ale chwilowo jest tak jak mówię.

Co było dobre?
Sobotni bieg po piątkowym WB2 był bardzo szybki, na bardzo dobrym tętnie. Po raz pierwszy zegarek pokazał Performance Level 61 (pomimo usilnych prób rozszyfrowania co to oznacza dalej nie rozumiem, podobno ma jakiś związek z VO2max, ale jaki to już inna sprawa, w każdym razie uważam to za małe osiągnięcie), i generalnie czułem się świetnie.
Do tego czuję że moje rozciąganie się zaczyna przynosić coraz lepsze efekty, a przynajmniej coraz łatwiej jest mi się rozciągać.
Rolowanie sprawdza się świetnie, mięśnie szybciej się regenerują i czuję że nie jest to czas stracony.

Co jest do poprawy?
Łydki są zdecydowanie do poprawy, nigdy nie czułem że to jest moja słaba strona i chyba przez to trochę je zaniedbałem, a prawda jest taka że po kilku treningach czułem że brakuje mi w nich pary, także to kolejna partia mięśni do poprawy.

Obawy?
Bardziej długoterminowe, bo czeka mnie operacja w połowie listopada, na szczęście nie jakaś poważna, ale jednak parę dni z treningu wyleci. Będzie potem jeszcze na tyle czasu, żeby formę na kwiecień przygotować, więc bardzo się nie boję, zwłaszcza że czuję, iż podstawy do złamania trójki mam solidne, ale jednak pewna obawa jest.
Podobnie jak z zimą, ale w tym wypadku trochę się uspokoiłem.

Ciekawostka z tego tygodnia:
Jednym z pierwszych opisanych przypadków nostalgii dotyczył szwajcarskich żołnierzy którzy podobno tak tęsknili za krajem ze odgrywanie piosenki Khue-Reyen było karalne gdyż wyprowadzało żołnierzy z równowagi emocjonalnej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.