Tydzień szesnasty

Pierwszy tydzień egzaminów już za mną.

Przyjemnie jest tak sobie usiąść i porozmawiać ze studentami. Niektórzy z nich są niezwykle otwarci mówiący bez skrępowania o tym że w ich życiu najważniejsze są pieniądze i ich zarabianie jest dla nich ostatecznym celem.

Co mi od razu przypomina taką scenę sprzed kilku dni. Siedzimy z June na ulicy czekając na kolację i obok ktoś zaczyna rozkładać dywaniki samochodowe, tak na sprzedaż.
– A wiesz że w Zhengzhou mnóstwo nauczycieli tak robi?
– Wychodzą po pracy żeby sprzedawać dywaniki samochodowe?
– Albo dywaniki, albo inne rzeczy.
– I dużo na tym zarabiają?
– Może nie dużo, ale zawsze coś. Tylko że robią to zamiast być w domu ze swoim dzieckiem.
– Pewnie w ich głowach jest myśl że robią to dla rodziny bo zarabiają pieniądze dzięki którym będą mogli coś temu dziecku kupić.

To takie podsumowanie Chińskiego modelu wychowawczego, a jeszcze lepsze jest tutaj:

Rodzice się dzieckiem nie zajmują, rodzice pracują i zarabiają pieniądze, dzieckiem zajmują się doświadczeni dziadkowie. Ci sami, którzy swoimi dziećmi się nie zajmowali bo zarabiali pieniądze i oddawali swoje dzieci pod opiekę swoich rodziców, którzy pracowali w polu oddając swoje dzieci pod opiekę…i tak możemy się cofać i cofać, ale chyba już rozumiecie że większością dzieci zajmują się ludzie którzy nigdy dziećmi się nie zajmowali i którzy dziećmi już zajmować się nie powinni.
Parę tygodni temu zrobiło się głośno o babci która upuściła dziecko z wysokości dwóch pięter bo źle stanęła na ruchomych schodach. To był wypadek ale ja chodząc tutaj po okolicy widzę ludzi którzy albo dziećmi nie powinni zajmować się z powodu wieku, albo z powodu braków umysłowych. Bo jeżeli dzieciak radośnie biega dwa metry od ulicy a opiekun w najlepsze gra w grę na komórce to coś tutaj jest nie halo.

Zresztą to jest coś co znam z Jiawang, tam też od groma dzieciaków widywało swoich rodziców jedynie w czasie wakacji. Okazjonalnie jeszcze na nowy rok. Resztą czasu spędzali z dziadkami, lub wujostwem. Strasznie to było słabe.

No dobrze, to tyle o tym, pora na coś z zupełnie innej beczki.

Jeden ze studentów zapytał się mnie czy w angielskim są akcenty, bo ostatnio spotkał paru obcokrajowców i ich nie rozumiał.
– Oczywiście że są, są nawet dialekty. Ludzie z Anglii mówią inaczej niż ludzie że Stanów Zjednoczonych, a w samych stanach ludzie z jednego końca mówią inaczej niż ci z innego końca, to samo w Anglii, ludzie z jednej części mówią inaczej niż w innej części.
– Przez całe życie, dopóki nie przyjechałem tutaj, myślałem że w Chinach wszyscy mówią po mandaryńsku.
Jak to usłyszałem to nie mogłem przestać się śmiać. Propaganda działa. Chłopak oczywiście przyjechał z północy Chin skąd dialekt mandaryński pochodzi, więc skąd on mógł wiedzieć że żyje w bańce? Wszyscy wokół niego mówili płynnie w tym dialekcie, regionalizmy jeżeli były to były minimalne, różnice między językiem znanym z domu a uczonym w szkole były minimalne, do tego cały czas mówiono mu że w całych Chinach mówi się w ten sposób, to skąd on miał wiedzieć że tak nie jest. Gdy już przestałem się śmiać zrobiło mi się go żal. Bo nagle znaleźć się w Xiamen gdzie ten dialekt jest strasznie odległy od dialektu z północy, w dodatku wśród ludzi z różnych części Fujian gdzie każde większe miasto ma swój własny dialekt musi być trochę przerażające.
Ja czułbym się przez kraj i system oszukany.

Od razu przypomina mi się gdy byliśmy gdzieś na południu Yunnanu i June postanowiła pobawić się z dzieckiem, ale chłopak w ogóle nie rozumiał co June do niego mówi.
– On nie mówi po mandaryńsku?
– Nie, w domu po mandaryńsku nie rozmawiamy. W szkole go nauczą.
Co doskonale pokazuje podejście ludzi do tego dialektu. Uczą się go bo muszą, ale dla nich to jest praktycznie jak język obcy. Jeżeli nie pójdą na studia to będzie im się przydawał sporadycznie. Dla nich taki mandaryński jest tylko trochę bardziej przydatny niż angielski.

A pinyin, czyli system zapisu to inna historia. Moja teściowa przykładowo w ogóle w tym się nie odnajduje. Chociaż może akurat pinyin się przyjmie, w końcu to najwygodniejszy sposób pisania na komórkach i komputerach, więc te nowe pokolenia muszą go opanować do perfekcji.

Pogoda ciągle jeszcze dopisuje, mam nadzieję że potrwa to jak najdłużej bo mówiąc uczciwie najgorsze co może się tutaj przydarzyć to deszcz. Wchodzi wtedy wilgoć i wszystko gnije. Oby było tego jak najmniej, bo minąć to nas pewnie nie minie.

Jeszcze tak odnośnie tych wszystkich starych budynków. One są, tylko idąc normalnie po ulicy się ich nie zobaczy. Są bardzo dobrze pochowane między nowymi budynkami, lub nowymi budynkami. Najzwyczajniej w świecie bloki są bardziej praktyczne gdy weźmiemy pod uwagę ilość ludzi i ilość miejsca. Pewnie za paręnaście lat tych starych budynków już nie będzie, bo one już teraz popadły w ruinę i nikt w nich nie mieszka, a stoją tylko dlatego że ich nie chce ich wykupić od właścicieli. Za paręnaście lat wrócą w ręce rządu i wtedy rząd się nimi zajmie w odpowiedni sposób. Pamiętajcie, tutaj żadna nieruchomość nie należy do ludzi. Nawet jeżeli zapłaci się za nią jakąś absurdalną kwotę to i tak nie będzie twoja. Kupujesz możliwość jej posiadania przez 70 lat, a potem wraca w ręce rządu.

Ach, w poniedziałek jest 12.12, czyli szczególne święto dla wszystkich fanów dobrego jedzenia. Od paru lat firma obsługująca transakcje bezgotówkowe dokłada wszelkich starań by ludzi w ten dzień, jak i dni go poprzedzające, wydawali jak najwięcej pieniędzy korzystając właśnie z jej aplikacji. Oznacza to mniej więcej tyle że mnóstwo, praktycznie wszystkie, restauracje oferują absurdalne wręcz zniżki sięgające 50%, lub dwa w cenie jednego. Do tego dochodzą zniżki na taobao i o ile na 11.11 trzeba na te zniżki polować, a sklepy rzucą po jednym, czy może dwóch egzemplarzach czegoś w przecenie tak na 12.12 kupony rabatowe dostaje się ot tak bez niczego, nic nie trzeba robić, klikać, po prostu są.  No to kurczę, jak z tego nie korzystać.

 

 

Słońce

To można się poopalać.

Albo usiąść w cieniu by pobawić się komórką.

Na księżyc tez można spojrzeć.

Przyjemnie zjeść obiad na kamieniu.

Oraz spojrzeć co tam u sąsiadów.

Ludzie, kwiaty, chmury

Czasem w wodzie odbija się rzeczywistość.

Ostatnio jest całkiem sporo słonecznych dni, więc ludzie wychodzą bawić się komórkami na trawie.

Flaga dumnie powiewa.

Ludzie i inne stworzenia

dsc06293-copy

Nie wiem co jest takiego w koszykówce że Chińczyków niezależnie od wieku, ale coś jest.

dsc06296-copy

Poranny targ coraz skromniejszy – znak że nadchodzi zima.

dsc06302-copy

Chodzi jakby rządził na dzielni.

dsc06305-1-copy

Sprzątenie ulic to praca bez końca.

dsc06314-copy

Różowy plecak na brzuchu, dziecko na rowerze, telefon przy uchu, ulica za plecami.

Ludzie pracy i bez pracy

dsc06243-copy

Zima się zbliża więc pora ściąć uschnięte liście.

dsc06258-copy

Jest też pora by porozmawiać z sąsiadami.

dsc06262-copy

Czasem trzeba odpocząć.

dsc06264-copy

Lub zapozować do zdjęcia.

dsc06266-copy

A siedzieć można wszędzie.

W tym tygodniu ma odbyć się kontrola okolicy, więc dzisiaj nie było żadnych sprzedawców ulicznych, sklepy z wypiekami schowały stoły żeby chodnik powiększyć, odmalowano klatki schodowe, wymieniono kubły na śmieci, a do tego zakazano parkowania na chodnikach. Teraz dopiero widać jak tu wszystko by wyglądało gdyby ludzie przestrzegali wszystkich zasad.

Tydzień piętnasty

Dzisiaj przed Wami ściana tekstu, ale mam nadzieję że sobie poradzicie i nie będziecie mieli mi tego za złe.

Od przyszłego tygodnia zaczynają się egzaminy i to jest właściwie najważniejsze. Już się nie mogę tego doczekać bo chociaż może dla studentów nie jest to najprzyjemniejszy okres, ale za to dla mnie bez wątpienia tak.

Z pięcioma grupami będę musiał się pożegnać, właściwie to już się z nimi pożegnałem. Dwie z nich uczyłem przez rok, trzy przez pełne trzy semestry, ale w ogóle tego nie czuję. Chociaż fajnie jest pracować na takim uniwersytecie stojącym trochę wyżej w hierarchii to jednak czuć że jest się w nim gdzieś tak trochę z boku.

Jakoś w tych ‘gorszych’ szkołach miałem lepszy kontakt ze studentami, a tutaj nawet gdy chodziłem na ten English corner nie było czuć żadnej zażyłości. Nic.

Prawdę mówiąc to może jest w tym trochę mojej winy bo jednak te zajęcia tutaj prowadzę zupełnie inaczej, no ale co się będziemy oszukiwać 80% studentów tutaj chce te zajęcia odbębnić, zdać krajowy egzamin znajomości języka (do którego przygotowują ich chińscy nauczyciele) i mieć ten angielski z głowy.

Czytając poprzedni paragraf pewnie zastanawiacie się co to jest krajowy egzamin znajomości języka. Chińczycy wymyślili sobie dwa różne egzaminy na dwóch różnych poziomach zależnie od kierunku studiów i znajomości języka. Jest to o tyle ciekawe że nawet w ogłoszeniach o pracę zdanie któregoś z tych egzaminów jest często w wymaganiach. Z jednej strony jest to bzdurne bo ten egzamin jest tylko w formie pisemnej, obcokrajowcy spoglądający na pytania często sami nie rozumieją o co chodzi (no poważnie…wyobrażacie sobie native speakera który uczy angielskiego, ale nie potrafi odpowiedzieć studentowi na pytanie z sekcji czytanie ze zrozumieniem? A to nie jest rzadki widok, bo te egzaminy są przygotowywane przez chińczyków i dla chińczyków), no i nigdzie poza Chinami się nie przyda. A z drugiej strony na rozmowie kwalifikacyjnej wystarczy poprosić o papier, nie trzeba sprawdzać czy kandydat faktycznie włada angielskim w takim stopniu jaki sobie wpisał w CV.

Także jest o wiele mniej rozmów, a o wiele więcej słuchania. Może za parę lat to się zmieni bo te egzaminy mają mieć wprowadzoną też część ustną, ale kto to tak naprawdę wie. Po tym jak wycofano z części obowiązkowej egzaminu kończącego ogólniak język angielski można przypuszczać że nic z tego nie będzie.

Skoro już zacząłem o tych testach ‘tylko dla chińczyków’ to pociągnę to dalej. June dostała ostatnio pod swoje skrzydła ośmiolatka, który wyjechał z rodzicami do Singapuru. Tam chodzi do szkoły, ale że rodzice wrócili na parę tygodni do Chin to poszukiwali dla niego kogoś kto podszkoli go z kilku przedmiotów. Padło na June, która teraz pomaga młodzieńcowi przy okazji ucząc się słówek bo jak to sama powiedziała ‘nas w Chinach nie uczą takiego słownictwa’. No nie, nie uczą. Uczą wielu rzeczy a potem efekt jest taki że ludzie nie potrafią rozróżnić przymiotnika od rzeczownika, zamiast liczby mnogiej stosują pojedynczą (lub odwrotnie), a słowa dobierają losowo.

Ostatnio w czasie sprawdzania esejów obniżyłem ocenę z powodu literówek (nie ogarniam jak można przez internet dostarczyć komuś tekst z literówkami, no nie ogarniam) i ten ktoś odesłał mi esej z pytaniem ‘Normalnie nie zwracam uwagi na literówki, czyli jeżeli nie będę ich robić to dostanę wyższą ocenę?’. Tego to ja już w ogóle nie rozumiem. To chyba świadczy o kulturze językowej. June próbowała tłumaczyć że z Chińskim dzieje się podobnie i ludzie coraz częściej bawią się językiem używając błędnych form. To jest jednak inna kwestia, bo każdy język się rozwija na swój sposób, a ustandaryzowane egzaminy przeprowadza się po to by sprawdzić na jakim poziomie zaawansowania językowego się znajdujemy. Lub czy osiągnęliśmy jakiś tam konkretny poziom, zależnie od egzaminu.

A skoro mowa o egzaminach językowych to dostałem potwierdzenie o uczestnictwie w egzaminie w poniedziałek, kartkę ładnie drukarka wydrukowała i w niedzielę poszedłem się egzaminować. Bez problemu dostałem się do budynku  pod numer 600 w którym to miał odbyć się egzamin. Jednak okazało się, bez zaskoczenia, że to nie ten budynek, Pani strażnik powiedziała że to z tyłu, z tyłu wszystkie budynki były zamknięte, więc byłem już mocno wzburzony, do tego stopnia że zacząłem dzwonić do ludzi odpowiedzialnych za egzamin, pierwsza osoba nie odpowiedziała, druga już tak i porada brzmiała poproś o pomoc studenta. Tak, dobrze. Na moje szczęście o drogę pytał już inny obcokrajowiec, więc razem dostaliśmy się do sali egzaminacyjnej. Na nasza szczęście nikt się za bardzo nie przejął tym że na pół godziny przed egzaminem wszyscy mieli być już w sali i weszliśmy tam dopiero na dwadzieścia minut przed egzaminem.

Do mojego komputera zapomniano zamontować słuchawki, ale pomocny Pan szybko je zamontował, potem szybki login, sprawdzenie danych, ustawienie głośności, parę minut na skupienie i punkt dziewiąta egzamin się rozpoczął. Pół godziny na część pierwszą czyli słuchanie (nic nie można było przewinąć) i dwadzieścia minut na drugą, czyli czytanie (tutaj skończyłem grubo przed czasem, do tego stopnia że program powiedział mi że nie mogę tak szybko oddać egzaminu, więc musiałem poczekać aż zleci połowa czasu i dopiero wtedy egzamin oddałem).

Wyniki mają pojawić się za miesiąc, chociaż możliwe że dostanę swój już za dwa tygodnie, bo podobno szybciej idzie z tymi internetowymi (tak po prawdzie to oni już te wyniki mają), ale jak to będzie to się okaże. Zakładam że zdam bo 3 odpowiedzi nie byłem pewny, a reszta poszła bez większych problemów.

Do końca roku zostało już tylko 27 dni, a do czterech tysięcy kilometrów już tylko trochę ponad 200. Aż sam jestem zaskoczony jak to sprawnie idzie. Owszem, trzeba było trochę ten plan zmodyfikować, ale przyznam że dzięki słuchaniu zegarka widać efekty. Nie jestem już tak zmęczony bieganiem jak byłem i znowu chce mi się biegać. Tyle tylko że to wstawanie o czwartej rano co sobotę jest trochę irytujące, głównie z powodu temperatury, bo jednak aż tak przyjemnie o tej godzinie nie jest. To byłby świetny okras żeby się porządnie przygotować do biegów gdyby nie to że do mojego głównego startu w przyszłym roku zostało siedem miesięcy więc to wszystko co robię teraz jest jedynie budowaniem solidnej bazy, tych niezbędnych fundamentów w których będę później rzeźbić, jest to też dla mnie okres poznawania swojego ciała. Bo chociaż biegam już parę lat i trochę swoje ciało znam, to jednak widzę że mogłem do pewnych rzeczy podejść lepiej i więcej czasu zainwestować w regenerację bo za bardzo to sobie lekceważyłem. Cóż, są takie rzeczy których każdy musi się nauczyć sam, w moim przypadku jest tego dość sporo, pomimo masy lektur, filmów, podcastów i innych źródeł.

Trzeba biegać dopóki pogoda na to pozwala, bo na razie jeszcze nie jest tak niesamowicie wilgotno, to się dopiero zacznie w lutym/marcu i potrwa do kwietnia kiedy to płynnie przejdzie w wilgotno i ciepło czyli – duszno. Wtedy to nie będzie ucieczki przed wstawaniem o czwartej nad ranem. A może i trzeciej jak to bywało w tym roku. Nie wiem jednak czy w tym roku poświęcę się do tego stopnia. Mam wrażenie że, przynajmniej ostatnio, lepiej radzę sobie z bieganiem bez przerwy, bo jednak rok temu musiałem się zatrzymywać nawet w czasie biegów trwających godzinę, a teraz płynnie biegam i dwie. Mam nadzieję że to się nie zmieni w przyszłym roku, bo chociaż o czwartej wstawać nie lubię to jest to akceptowalne, ale wstawanie o trzeciej tylko po to by biegać trzy godziny i czterdzieści minut odpoczywać to nie jest coś co chciałbym powtórzyć.