W drodze do Mjanmy

Każda podróż rozpoczyna się od pierwszego kroku, prawda?  Także pierwszy krok w dotarciu do Mjanmy to krok na dworzec kolejowy. Dworzec, jak to dworzec, jedyna ciekawa sprawa jest taka że jest to tak zwany dworzec północny i zatrzymują, oraz odjeżdżają z niego, tylko pociągi ekspresowe. Także jedyne co trzeba było zrobić to odebrać bilet, pożegnać żonę i ruszyć do Shenzhen.

dsc00782-copy

Dworzec w Shenzhen, też północny, to czteropiętrowy moloch, z masą kawiarni, sklepów, parkingiem na kilka tysięcy samochodów i będąc tam doszedłem do wniosku że skoro w Hong Kongu są budynki z których ludzie mogą przez kilka tygodni nie wychodzić bo wszystko się w nich znajduje to myślę że dworzec Shenzhen aż tak odległy od tego nie jest. Jak czas pokazał byłem wtedy w błędzie, ale o tym dowiem się dopiero za parę dni.

dsc00787-copy

Na dworcu okazuje się że ceny przejazdu autobusem na lotnisko w Hong Kongu są znacznie wyższe od tego co można było znaleźć w internecie, w dodatku autobusy zaczynają kursować dopiero od godziny 9:30, czyli czekałoby mnie 10 godzin czekania na autobus.

dsc00794-copy

Na metro musiałbym czekać jedynie 6 godzin, także niewiele się zastanawiając znalazłem wygodne miejsce do spania na kanapie pod restauracją, ale nawet to mi nie pomogło i po kilku godzinach ruszyłem szukać jedzenia.

dsc00804-copy

Zajęło mi to paręnaście minut, ale znalazłem. W dodatku była to restauracja z rodzinnej prowincji June i serwowali tam świetny chleb z sezamem i zupę pierzową. Oczywiście mieli też jeszcze kilka innych rodzajów chleba, ale ten z sezamem był pyszny, taki jak kiedyś jadłem w Jiawang.

dsc00805-copy

dsc00806-copy

Po śniadaniu nie pozostało już nic do roboty, więc wróciłem na dworzec i ruszyłem do stacji metra, gdzie chciałem kupić bilet. Chiny to jednak kraj z gatunku tych trochę trudniejszych gdzie kupno zwykłego biletu do metra oznacza konieczność znalezienie albo dokładnej kwoty, albo posiadania drobnych nominałów. Tyle dobrego że w Shenzhen, nie wiem czy to z powodu bliskości Hong Kongu, czy ogromnego przepływu obcokrajowców, nie jest aż tak ciężko znaleźć kogoś kto angielskim operuje przynajmniej mniej więcej. Tym razem była to pani w punkcie obsługi klienta która mi pieniądze rozmieniła.

dsc00812-copy

Wyposażony w bilet pojechałem na przejście graniczne, gdzie już stała chmara ludzi, więc przyszło swoje odstać, najpierw po chińskiej stronie, a potem już po stronie w Hong Kongu, gdzie także trzeba było wypisywać jakieś kwitki wjazdowe. Hong Kong jest jednak o tyle przyjemny dla Polaków, że nie dają tam nam nawet pieczątki do paszportu, a jedynie malutki kawałek papieru z datą do której możemy tam przebywać.

Mając już imigrację za sobą przyszła kolej na metro. Kartę na metro kupiłem jeszcze po chińskiej stronie, gdzie także wymieniłem pieniądze, więc sama karta nie stanowiła problemu. Problemem z którym gryzłem się przez tydzień w Xiamen było – jak ja dojadę na lotnisko, skoro czekają mnie cztery przesiadki?

Nie było jednak aż tak strasznie, zrobiłem zdjęcie planu metra i ruszyłem. W dodatku metro mówiło po angielsku, a jeszcze na pierwszej stacji do wagonu weszła pracownica metra i powiedziała ludziom którzy stali żeby ruszyli tyłki do innych wagonów bo tam są miejsca siedzące. A widząc mnie uśmiechnęła się i powiedziała Good morning. Aż mnie zatkało wtedy.

Kolejne dwie godziny spędziłem w czterech liniach metra jadąc w stronę lotniska i były to wspaniałe dwie godziny. Wiele z tego miasta nie widziałem, ale przyjechać do Hong Kongu chciałem od paru lat, no i z zewnątrz, zza szyb, wyglądał dokładnie tak jak sobie wyobrażałem. Zderzenie dwóch światów, tradycji i nowoczesności, a do tego masa, po prostu masa ludzi.

dsc00813-copy

W końcu na lotnisku mogłem zjeść obiad, który ceną mnie poraził, ale jakością także. Chiny przyzwyczaiły mnie do tego że na lotnisku zapłacę straszne pieniądze za jedzenie, ale jakościowo będzie tak sobie, a tutaj zapłaciłem straszne pieniądze ale ta zupa z wieprzowym podbrzuszem była pyszna i pełna mięsa.

Lot do Rangun przespałem, ale i tak nie byłoby o czym pisać bo linie lotnicze nie oferowały niczego poza przelotem. Za wszystko, łącznie z wodą, trzeba było dopłacać.

Rangun, kolejna odprawa imigracyjna, tym razem trochę szybsza, w paszporcie nowa pieczątka i pora na kolejkę do kantoru.
W internecie wyczytałem że na lotnisku wymienią mi pieniądze tylko jeżeli będą w stanie idealnym. Nie za bardzo się tym przejąłem, bo co to niby ma znaczyć że mi pieniędzy nie wymienią. Życie okazało się to zweryfikować, co prawda wolno bo kolejka posuwała się w żółwim tempie, ale jednak: dwa banknoty wymienione bez problemu, ale trzeci ło panie, mowy nie ma. A wszystko z powodu przebarwienia.

Temat olałem i poszedłem stać do kolejki z kartami telefonicznymi, ale po kilkunastu minutach zagadnął w końcu do mnie taksówkarz. Kilkanaście minut stania po Chińczycy stający z przodu nie byli w stanie ogarnąć tego skomplikowanego systemu komórkowego, nawet z pomocą pani sprzedawczyni.

Zagadał do mnie taksówkarz i ruszyliśmy w stronę hostelu. A ile on się naopowiadał i zachwalał swojej firmy turystycznej i pokazywał te swoje lekkie złote pierścienie po tysiące dolarów, słowem od tego ile on się nagadał całkowicie ode chciało mi się z nim współpracować

A już zupełnie mi się ode chciało gdy podjechawszy pod hostel powiedział żebym mu dopłacił jeszcze dwa tysiące kyatów bo dolar to 1200, a nie 1000.

No cóż, zawieźć mnie zawiózł więc nie mogłem już się wycofać.

dsc00816-copy

I tak minęła droga do Rangun.

Lekcja z pierwszego dnia – zawsze warto zrobić kilka kroków więcej by znaleźć lepsze jedzenie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.