Tydzień ósmy

a-copy

Jest czwartek a to dopiero pierwsze słowa jakie piszę o tym tygodniu.

Dlaczego? Przez ostatnich 5 pięć dni napisałem ponad siedem tysięcy słów o Mjanmie (do teraz nie wiem jak to się odmienia, zresztą nie tylko ja, spece od geografii mają inne zdanie od speców od lingwistyki, a ci z MSZu nie zgadzają się z nikim, więc nie przejmuję się tym swoim brakiem wiedzy jakoś szczególnie) co może nie jest jakimś wybitnym osiągnięciem, ale jednak trochę pracy w tło włożyłem.

b-copy

Samo pisanie to jedno, ono mi sprawia przyjemność, ale dodawanie do niego zdjęć – to potrwa trochę. Jeżeli się uda to wszystko powinno pojawić się na blogu już w przyszłym tygodniu, ale obiecać nie mogę. No móc mogę, ale nie chcę.

W każdym razie tydzień ósmy.

Na uczelni oznacza to tydzień siódmy i jest o tyle zabawne że część grup nie straciła żadnych zajęć więc miała już cztery zajęcia, a inne straciły czy to z powodu tajfunu, czy tego tygodniowego święta i miały dopiero drugie zajęcia w tym tygodniu.

c-copy

Oczywiście dla wszystkich jest to strasznie irytujące i sprawia że te zajęcia są strasznie porozrzucane, ale w tym roku wyciągnąłem lekcję z lat poprzednich i rozdziały w książce sztywno przypisałem do tygodni. Do tej pory przypisywałem rozdziały do zajęć, czyli na pierwszych robiliśmy rozdział pierwszy, na drugich drugi i tak dalej. Stwierdziłem jednak że skoro i tak część zajęć zostanie utraconych, a to co przerobimy na zajęciach nie będzie miało żadnego związku z tym co pojawi się na egzaminie, to nie będę sobie głowy zapełniał i wprowadzał do niej dodatkowy mętlik pod tytułem – a co ja mam dzisiaj zrobić? Także tydzień siódmy i ósmy oznacza rozdział czwarty. Tydzień dziewiąty i dziesiąty rozdział piąty i tak dalej.  No dobrze, tydzień dziewiąty i dziesiąty to pora na egzamin połówkowy, więc zrobimy coś innego, ale rozumiecie o co mi chodzi.

d-copy

W Polsce już jesień, w Xiamen właściwie też.
Różnica polega na tym że wilgotność spadła do zaledwie 55% a temperatura w mieszkaniu do 25 stopni. Co prawda na dworze jest stopni około 28 i słońce mocno praży, ale jest to nareszcie przyjemne prażenie, a nie tak irytujące jak jeszcze dwa tygodnie temu kiedy to człowiek wracał po dwóch godzinach zajęć zlany potem. Jest do tego stopnia przyjemnie że mogę biegać bez zatrzymywania się. Co prawda pić muszę, ale piję mniej niż te dwa tygodnie temu, jeden bidon wystarcza na półtorej godziny, nie ma już strachu że litr wody to będzie za mało.

dsc02691-copy

Patrzę i porównuję jak to było rok temu. No było tak że musiałem się zatrzymywać, ale byłem szybszy. Nie mam pojęcia na jakim tętnie wtedy biegałem, ale domyślam się że lekko moje serce nie miało. Rzadko kiedy ma w tym klimacie.

dsc02694-copy

A teraz tak, bo skoro za parę dni zaczną pojawiać się wpisy z Mjanmy to warto wyjaśnić pewną rzecz, która wydarzyła mi się na parę dni przed wylotem.
Jako że we wtorek wieczorem miał uderzyć w nas tajfun postanowiłem swoje pagórkowate wybieganie zrobić we wtorek. Pech chciał że w pewnym punkcie się przewróciłem i to dość solidnie, prawdę mówiąc nie wiem o co zahaczyłem bo nawet nie zdążyłem się standardowo obrócić, poleciałem prosto na dłonie, ale dłonie się prześlizgnęły i wylądowałem na łokciach i kolanach.

dsc02701-copy

Standardowo najpierw się rozejrzałem i stwierdziłem że jednak lepiej będzie tę ranę w kolanie i łokciu wyczyścić. Także wyciągnąłem apteczkę z plecaka i zacząłem czyścić. Tak, mam apteczkę w plecaku, zawsze gdy wychodzę biegać na dłużej niż półtorej godziny mam ze sobą plecak, a w nim apteczkę. Bardziej z powodu przyzwyczajania się do dodatkowego obciążenia, biegania z plecakiem i pojemności bidonu niż z powodu apteczki, kurtki i papieru toaletowego. Także ranę wyczyściłem, wyskrobałem z niej parę drobnych kamieni, a potem dalej pod górkę.
Wróciłem do domu, June jeszcze spała co uznałem za błogosławieństwo, bo żona moja ma straszne problemy z widokiem krwi u innych osób, więc szybko się umyłem, wyczyściłem rany, ale plastrów nie zdążyłem założyć bo się obudziła.
Następnych kilkadziesiąt minut skróćmy do jednego zdania – wylądowaliśmy w szkolnej przychodni. Tam pani pielęgniarka zabrała się za dezynfekowanie ran, które potem zasypała jakimś białym proszkiem (poważnie, pierwszy raz coś takiego widziałem, nie mam pojęcia co to, ale wygląda że to jakaś zasypka która ma powstrzymać krwawienie.
Łokieć trochę mi spuchnął, ale miałem z Polski maść na opuchliznę, uznając że był to wynik uderzenia o krawężnik.

dsc02717-copy

Jak się okaże w Mjanmie łokieć spuchnął z zupełnie innego powodu. Także środek tej historii  jeszcze przed wami.

dsc02720-copy

Koniec jest taki że poszliśmy z June do szpitala, tam zrobili mi prześwietlenie łokcia, lekarz powiedział żebym ropę wyciskał, dezynfekował ranę jodyną i za tydzień-dwa wszystko powinno być w porządku bo kamieni żadnych już tam nie ma.
Standardowo w Chinach dostaliśmy z June dwie propozycje zbadania czy są kamienie czy nie – możemy tę ranę rozciąć i obejrzeć, co będzie tańsze, ale bolesne, albo prześwietlić, co będzie droższe, ale bezbolesne. Warto mieć w życiu opcje, prawda?

e-copy

To było w poprzedni piątek, w poniedziałek przestałem ranę uciskać i dałem jej czas by się zrosła. Dzisiaj jest zrośnięta, opuchlizna zeszła, łokieć nie boli i zostaną jedynie blizny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.