Tydzień piąty

Życie pana Mniej Więcej

Czy znacie najsłynniejszą osobę z Chin? Wystarczy wymienić go z nazwiska i każdy go rozpozna. Na nazwisko ma Cha (差) a imię to BuDuo (不多).  Znają go w każdej prowincji, mieście i wsi. Na pewno go widziałeś i nie ma wątpliwości że ktoś ci o nim opowiadał. Każdego dnia jego imię wymawiane jest niezliczoną ilość razy przez wszystkich w Chinach.

week5a-copy

Z wyglądu pan Cha BuDuo wygląda trochę jak ty i jak ja. Ma dwoje oczu, ale wzroku nie ma najlepszego, ma dwoje uszu, ale także nie słyszy najlepiej. Ma nos i usta, ale nie rozróżnia wszystkich smaków ani zapachów. Jego głowa nie jest jakaś mała, ale pamięci najlepszej nie ma.

Często mówi ‘Wszystko należy wykonać chabudo (mniej więcej – mój przypis) by było dobrze. W końcu jaki jest sens w dążeniu do doskonałości i stracie czasu skoro wszystko można zrobić na mniej więcej i też będzie dobrze?’

Gdy był dzieckiem mama wysłała go do sklepu po cukier brązowy. Wrócił z białym. Gdy mama na niego nakrzyczała on jedynie potrząsnął głową i powiedział ‘Brązowy cukier, biały cukier, czy to nie jest mniej więcej to samo?’

week5b-copy

Gdy poszedł do podstawówki nauczyciel zapytał się go o nazwę prowincji graniczącą na zachodzie z prowincją Hebei. Powiedział że to Shaanxi  (陕西). ‘Źle! Wykrzyczał nauczyciel. To Shanxi (山西) nie Shaanxi.’ Na co Pan Cha BuDuo odrzekł ‘Czy Shanxi i Shaanxi to nie jest mniej więcej to samo?’

Gdy ukończył swoją edukację znalazł pracę w banku. Chociaż radził sobie przyzwoicie zarówno w piśmie jak i w liczeniu, nigdy nie słynął z dokładności. Często zdarzało się że zamiast ‘十’ (10) pisał ’千’ (1000), a z symbolu oznaczającego 1000 (千) robił symbol oznaczający 10 (十). Doprowadzało to do furii kierownika banku który regularnie zwracał mu na to uwagę. Pan Cha BuDuo zawsze odpowiadał z uśmiechem twierdząc że różnica między ‘千’ a ’十’ to zaledwie jedno pociągnięcie pióra więcej, więc czyż nie jest to mniej więcej to samo?

week5d-copy

Pewnego dnia musiał udać się z ważną sprawą do Szanghaju. Spokojnym krokiem dotarł na stację kolejową dwie minuty po odjeździe pociągu. Pociąg przybył o czasie i już odjechał. Pan Cha BuDuo spojrzał tępo przed siebie wypatrując pary z pociągu i z niedowierzaniem potrząsnął głową. ‘Przyjdzie mi przyjechać jutro. W końcu jutro to mniej więcej dzisiaj. Ci ludzie w pociągach zbyt poważnie do tego wszystkiego podchodzą. Przecież 8:32 to mniej więcej 8:30.’ – powiedział to samego siebie odchodząc z dworca. Nie był w stanie zrozumieć dlaczego pociąg nie mógł poczekać na niego dwie minuty.

Doszło do tego że Pan Cha BuDuo zachorował.  Poprosił rodzinę by przyprowadzili do niego doktora Wong (汪) z ulicy Wschodniej. Ktoś z rodziny pobiegł szukać doktora Wong, ale pomylił drogi i znalazł się u doktora Wong (王) który był weterynarzem. Było nie było Wong to Wong, a lekarz to lekarz doktor Wong, weterynarz, udał się do Pana Cha BuDuo.
Ten leżał chory w łóżku i chociaż wiedział że to nie ten doktor Wong, to powatzał sobie że ‘Doktor Wong (王), weterynarz, to prawie ten sam doktor co doktor Wong (汪), doktor nauk medycznych.  Doktor Wong starał się wyleczyć Pana Cha BuDuo tak jak leczyłby krowy, jednak już po godzinie pacjent nie żył.

week5e-copy

Umierając Pan Cha BuDuo powtarzał sobie ‘Życie to prawie to samo co śmierć, prawie to samo, a skoro jest prawie to samo to powinno być dobrze. Po co być tak poważnym?’ To były jego ostatnie słowa.

Po jego śmierci ludzie zaczęli podzielać pogląd na życie Pana Cha BuDuo. Oficjalnie ogłoszono że opanowanie z jakim stanął twarzą w twarzą ze śmiercią było spowodowane tym że nie skupiał się na detalach takich jak księga przychodów i rozchodów czy równoważnie bilansu zysków i strat. Ponieważ nigdy nie walczył o to żeby mieć zawsze rację ogłoszono go wzorem moralności i cnoty. Po śmierci nadano mu tytuł świętego i nadano buddyjski tytuł Wielkiego Mistrza elastyczności (圆通大师).

week5h-copy

Z każdym mijającym dniem jego reputacja roznosi się dalej I dalej. Coraz więcej ludzi idzie za jego przykładem i powoli każdy staje się Panem Cha BuDuo.  To dlatego właśnie Chiny staną się wkrótce krajem określanym przez inne nacje świata mianem Narodu Leniwych.

Autorem eseju jest Dr. Hu Shih, filozof z okresu końca dynastii Qing, funkcjonowania Republiki Chińskiej, oraz początków Chińskiej Republiki Ludowej (aczkolwiek po powstaniu rządu komunistycznego wyemigrował na Tajwan). Powyższy esej powstał w 1924 jako protest przeciwko podejściu ludzi stawiających przeciętność ponad wszystko.

week5i-copy

Pierwszaki

Przyszły i są w porządku. Przynajmniej tak to na razie wygląda. Zobaczymy jak się rozwiną.  Trochę przerażające jest to że jest ich tak wiele w klasie. 48 osób to jest minimum jakie naliczyłem, 58 było maks.

Jeden z nauczycieli już wymiękł, zaczął narzekać że to dla niego za dużo i już padły sugestie żeby przekazać komuś jego klasy. Nie, mowy nie ma. Ja się w to wrobić nie dam.

Lampy

‘Wczoraj wytłukłem wszystkie lampy w okolicy, teraz jest tak ciemno że sam się boję wyjść (…)’

Tak mi się przypomniało gdy patrzę już szósty dzień na te lampy z rana i z wieczora. Co rano idąc biegać zabieram ze sobą czołówkę. Nie tak jak w Polsce celem przyzwyczajenia się do biegania z nią a z przyczyny o wiele bardziej prozaicznej: po prostu nie ma światła.
Tak patrząc z perspektywy nadchodzących biegów to całkiem dobrze bo przynajmniej przyzwyczajam się do biegania w mroku, szukania nowych ścieżek, przeskakiwania przez drzewa (to wszystko zawdzięczam tajfunowi) i generalnie to nie mam powodów do narzekania. Kostki w końcu jeszcze nie skręciłem pozostaje więc zacisnąć zęby i zapierdzielać.

dsc00174-copy

Problem jest wieczorem. Znaczy gdzieś tak od godziny osiemnastej bo to jest już godzina o której słońca na południu Chin nie ma. Tutaj w ogóle dzień jest strasznie krótki. Słońce wstaje leniwie około 5:30, a zachodzi gwałtownie o 18. I mówiąc że zachodzi gwałtownie to znaczy mniej więcej tyle że o 18:30 nie ma już naturalnego światła.

June gdy przyjechała do Polski nie potrafiła nadziwić się jak to jest że w lato słońce wstaje koło piątej ale jeszcze grubo po 21 potrafi być jasno. No tak to jest u nas, bierzemy to za pewnik, a jednak w innych szerokościach geograficznych jest inaczej.

dscn0249-copy

Między Bogiem a prawdą to mi ten późny wschód i wczesny zachód nie przeszkadza. Późny i powolny wschód jest wręcz fajny bo przynajmniej słońce mnie nie piecze gdy biegam. Za to ten późny zachód sprawia że wieczorem jest już przyjemniej i można wyjść pospacerować. Owszem, nie jest to może idealna pora na robienie zdjęć, ale przynajmniej można wtedy żyć na dworze a nie jedynie egzystować w mieszkaniu z włączoną klimatyzacją.

Macie sklep?

Takie pytanie zadała nam kasjerka w sklepie ważąc warzywa i owoce. Dla Niej, jak i dla wielu innych ludzi, robienie zakupów  na kilka dni do przodu jest niepojęte. Bo gdzie to trzymać, przecież się zepsuje, a wystarczy zejść do sklepu i kupić świeże.
Świeże bo przecież codziennie wszystkiego nie dowożą prosto z pola. Ale niech i będzie że jest to świeże.

dscn0244-copy

Kto ma, tak po prawdzie, czas żeby codziennie chodzić i robić zakupy? No właśnie, starzy ludzie, dlatego w sklepach praktycznie nie widać ludzi młodych a jedynie rodziców tych pracujących w okolicy nauczycieli. No i młodych ludzi z tej muzułmańskiej restauracji. To już w ogóle jest niezły dowcip że oni zakupy robią w sklepach osiedlowych. Rozumiem że chwalą się tym że smakuje jak u mamy, ale skoro ma być to restauracja orientalna, a skoro reklamuje się wielkim napisem ręcznie robiony makaron z północnego zachodu to raczej aspiruje to miana orientalnej a nie domowej.

dsc00166-copy

W ogóle to jest ciekawe. Praktycznie wszędzie gdzie byłem muzułmańskie restauracje miały napis 兰州拉面 czyli, ręcznie robiony makaron z Lanzhou. A na południu Chin widać tylko to 西北拉面. Dziwne o tyle że przecież nie każdy kucharz był z Lanzhou, ale jednak taki napis zawsze był. Może to takie założenie że ludzie na południu Chin nie orientują się gdzie leży Lanzhou? A może jest tu gdzieś w okolicy jakieś inne Lanzhou słynące z makaronu? Nie wiem.

Jeszcze wracając na moment do naszych zakupów. Gdy uderzył tajfun to ludzie oszaleli. Wykupywali ze sklepów wszystko. Wszystkie możliwe ciasta, ciasteczka, czipsy, po prostu wszystko co tylko dało się zjeść. Tylko dlatego że byli przyzwyczajeni do robienia zakupów codziennie. A my co? Myśmy niczego kupować nie musieli bo w lodówce zawsze jest zapas jedzenia. Może nie jakiś duży, ale na kilka dni zawsze starcza.

dsc00268-copy

Tajfun

Nazywa się Megi i już się uformował. Teraz nabiera tempa i już jest zapowiadany jako kategoria trzecia, czyli jeden z wielu, ale jednak. W dodatku celuje prosto w Xiamen, oczywiście po drodze ma zwolnić na Tajwanie. Poprzedni też miał zwolnić i nic z tego nie wyszło, więc zobaczymy jak to z tym będzie.

dscn0195-copy

Czy mnie to martwi? Trochę się boję bo w przyszłym tygodniu muszę skorzystać z kolei, a jeżeli zamkną mi kolej z powodu tajfunu to będę bardzo niezadowolony. Dlatego lepiej żeby ten tajfun się za bardzo nie rozpędzał i w miarę możliwości omijał Xiamen i Hong Kong.

dsc00264-copy

Mantou

dsc00146-copy

Było o tych trudnych do wymówienia bułkach, to teraz będzie o tych z dziwną nazwą. Te wywodzą się z północnych Chin gdzie częściej hoduje się zboże niż ryż. Rzecz jasna ze względu na klimat.

Jest to puszysta, lub nie, bułka gotowana na parze. Powinna być wykonana jedynie z trzech składników: mąki pszennej, wody i drożdży, lub innej mieszanki spulchniającej. Kształtów i rozmiarów jest rzecz jasna pod dostatkiem. Mogą być małe, mięciutkie wręcz stworzone dla delikatnych rąk kobiet z południa, a mogą też być duże, twarde wypieczone z myślą o człowieku klasy robotniczej. I wszystko pomiędzy.

dsc00145-copy

Na południu serwowane są na słodko, co jest…no nie potrafię tego nazwać, dość powiedzieć że kupując zawsze zaznaczamy że nie chcemy słodkich. Mama June smaży je na głębokim oleju i są przepyszne.

Legenda o nazwie jest dość interesująca więc pozwolę ją sobie przytoczyć.

W czasach okresu Trzech Królestw (220-280 naszej ery), Zhuge Liang, kanclerz kraju Shu Han wracał z zwycięskiej wyprawy przeciwko krajowi Nanman leżącym na południu kraju Shu.
W końcu na jego drodze stanęła niezwykle rwąca rzeka, której nijak przekroczyć się nie da. Wysłał zwiadowców w lewo, wysłał zwiadowców w prawo, no przejścia nie ma. Jeden z pojmanych barbarzyńców mówi że w dawnych czasach poświęcano 49 mężczyzn i wrzucano ich głowy do rzeki jako ofiarę.

Zhuge Liang zakomenderował zabicie kilku zwierząt, oprzyrządzenie mięsa i przygotowanie bułek w kształcie ludzkiej głowy (okrągłe z płaską podstawą). Następnie bułki z mięsem zostały wrzucone do rzeki, a ta się uspokoiła. Stąd wzięła się nazwa蠻頭, czyli głowa barbarzyńcy. Przez te blisko dwa tysiące lat zmieniło się to na 馒头, wymowa jest taka sama, ale zapis oznacza…właściwie to nic nie oznacza bo pierwszy znak występuję tylko w tym słowie, więc nawet gdy ten drugi oznacza głowa to razem nie oznacza to niczego, jest to jedynie zapis fonetyczny.

dsc00260-copy

Coca cola zero

To jest moja główna używka, bo jednak kawy nie mogę ze sobą zawsze zabierać na zajęcia (po pierwsze jest za ciepło, po drugie…no cóż, kawa jest tutaj strasznie droga i nawet kupowanie importowanej z Wietnamu nie pomaga jakoś bardzo, aczkolwiek ta sama kawa jest dwa razy tańsza tylko dlatego że jest importowana), a samej wody pić nie będę (no dobrze, czasem piję, głównie gdy mi już cola brzydnie).

O tym że coca cola dostosowuje smak swoich produktów do rynków to na pewno wiecie, a ta w Chinach jest mniej słodka niż ta w Polsce. I jedna i druga jest zero, ale jednak ta z Polski już taka smaczna nie jest. Pomińmy milczeniem że obie to i tak kupa chemii.

dsc00071-copy

Nie ma jakichś większych problemów z kupieniem coca coli zero w najbliższej okolicy. Jeżeli nie ma jej w jednym sklepie to jest w drugim, a jak nie ma w obu to zawsze jest w najdroższym sklepie w okolicy i w dodatku w tej samej cenie.

Od biedy zawsze można się przemaszerować do dużego marketu, lub drugiego dużego marketu i tam też będzie. A gdy nie chce się maszerować tak daleko to można udać się do szkolnego sklepiku.

dsc00099-copy

I teraz taka sytuacja.
Podchodzi do mnie studentka pierwszego roku i pyta gdzie kupiłem coca colę zero. Po spędzeniu trzech tygodni na kampusie. No dobrze, trzy tygodnie to jeszcze za krótki okres czasu by się rozejrzeć po okolicznych sklepach. Nie, ona nie zapytała się oto by poćwiczyć angielski, bo zapytała się po chińsku (no chyba że sprawdzała mój chiński). Jej pomocny kolega z klasy próbował jej powiedzieć że ja tę colę sprowadzam z zagranicy, co mnie bardzo rozbawiło.
W końcu, po dobrych kilku minutach, wytłumaczyłem jej żeby poszła do sklepu w szkole nad studencką jadłodajnią.
Załapała.

dsc00101-copy

Nie ma to jak pierwszaki po prostu.

Tydzień czwarty

Fire!

Nauka języków obcych to często nie lada wyzwanie. O ile jeszcze w przypadku języków z jednej rodziny jakoś nauka słówek i nawet gramatykę da się przełknąć, o tyle w przypadku języków z zupełnie innej rodziny sprawa się utrudnia.

Weźmy sobie takie proste słowo jak człowiek. Człowiek po chińsku pisze się tak 人. No i trzeba to jakoś zapamiętać, więc wyobrażamy sobie człowieka stojącego w rozkroku z rękami ułożonymi wzdłuż ciała. Tyle tylko że to dopiero początek, bo przecież jakoś to trzeba wymówić. A wymawia się to rén gdzie ta mała kreseczka nad e oznacza że ton głosu ma się nam podnosić (wyobraźcie sobie że zadajecie pytanie, to trochę pomaga). Teraz trzeba to jakoś zapamiętać.

p1240106

Załóżmy że ten element mamy za sobą, pójdźmy więc kawałek dalej i dodajmy dwie kreski z boków tego człowieka 火 i oto mamy ogień. No to co? Człowiek na stosie? Iskry unoszące się przy człowieku? Człowiek się pali i macha rękami? A to tylko znak, bo jeszcze dochodzi wymowa czyli huǒ z tonem opadająco rosnącym (pytanie zaczynające się od niedowierzania).

I takie rzeczy są do zapamiętania gdy człowiek uczy się chińskiego. Oczywiście z czasem idzie łatwiej i tak na przykład mamy wulkan. Wulkan jest po chińsku bardzo przystępny bo to raptem dwa symbole: 火山, czyli znane nam już火huǒ  i 山shān (z tonem głosu wysokim i stałym, powiedzmy ostatnie do w solfeżu), czyli ogień i góra. No to ma sens, bo góra z ogniem to wulkanem. Logiczne.

p1240107

Weźmy drugi przykład: 火车, czyli火huǒ  i 车chē (jak się domyślacie pionowa kreska oznacza ten sam ton co w przypadku góry), czyli samochód. Samochód na ogień to rzecz jasna pociąg. Pierwsze pociągi to oczywiście parowozy, więc skojarzenie dość naturalne. Mało kto wtedy myślał żeby tworzyć coś w rodzaju, nie no dobra oszczędzę Wam i sobie tego jak wygląda para po chińsku, to nie mój poziom, w każdym razie ogień i samochód daje nam pociąg i to też jest logiczne.

Kolejny przykład, tym razem pójdziemy już poziom wyżej: 火箭. 火huǒ   znamy i pamiętamy, a箭  jiàn (ton opadający więc wyobraźmy sobie że groźnie mówimy ‘no!’) to strzała. Mamy więc ogniową strzałę. Ogniowa strzała to rakieta. Co właściwie też jakoś można sobie uzasadnić, w końcu rakiety to takie nowoczesne strzały a przy wystrzeliwaniu czasem pojawia się ogień, no więc okej – logiczne.

week4a

I tak gdy coś jest logiczne to jest to łatwo zapamiętać. Łatwo jest sobie stworzyć w głowie od początku do końca powiązania myślowe i jakoś te słówka kojarzyć. Oczywiście na początku jest ciężko w końcu wszystko jest nowe, ale z czasem idzie coraz to łatwiej.

Aż do momentu gdy pojawia się takie cholerstwo jak 火鸡, czyli ogień i kurczak. Ogień i kurczak? Znaczy co, że grillowany kurczak? Inna nazwa na KFC? Kurczak z rożna? Jakieś tradycyjne danie? Kurczak zakopywany w popiele? Kurczak wędzony? Może wręcz przypalony kurczak?

Nie. Indyk. Ognisty kurczak to indyk. Czasem moja głowa jest za mała na ten język.

Tajfun

Miał uderzyć już w środę. Szczęśliwie nie uderzył. Albo nieszczęśliwie. Szczęśliwie bo udało mi się zrobić fajny trening, nieszczęśliwie bo go zlekceważyliśmy.

Nie tylko my.

week4b

Uderzył w czwartek nad ranem, w święto środka jesieni. Chińczycy śmieją się przez łzy że do tej pory bóg wody chronił Xiamen, a z okazji święta udał się na księżyc do Chang’e.

O drugiej nad ranem obudziła mnie June, a może to nie ona lecz kiwające się łóżko? Gdy w lutym na Tajwanie zatrząsała się ziemia nie czułem nic, jedynie słyszałem jak moje medale o siebie uderzają. Tym razem nie dość że czułem jak łózko się trzęsie, jak medale tłuką się o siebie to gdy wstałem czułem jak ruszam się stojąc w miejscu. Travelling without moving.  Wyciągnąłem aparat i zrobiłem zdjęcie budynkom z naprzeciwka przez szybę.
Jest we mnie nutka szaleństwa ale nie na tyle mocna by wyjść wtedy na balkon. Nie wiem czy bardziej dlatego że słyszałem jak wiatr wieje i deszcz wali w szyby czy dlatego że nagle nasza klimatyzacja się poruszyła i stanęła blisko ściany, bo wiatr najzwyczajniej w świecie wyrwał ją z zewnątrz.
No dobrze, wyrwał to mocne słowo, zrzucił. Bo mógłbym napisać że te klimatyzacje były czymś przymocowane, ale to Chiny, tutaj panuje chabuduo, czyli po naszemu jako takizm, jeżeli jest jako tako to po co dążyć do tego by było lepiej? Są pogłoski że kiedyś chabuduo zniszczy ten kraj, ale dopóki jest chabuduo to po co się martwić?

week4i

W każdym razie o drugiej nad ranem pożegnaliśmy się z prądem. Nie tylko my. Cała ulica. Całe miasto się z nim pożegnało.

Woda też przestała lecieć z kranów, ale skoro jeszcze przez 36 godzin z rury na czwartym piętrze wyrastała fontanna to nie było jednak tak źle.

Wiało i padało, pod każdym z okien układaliśmy gazety, ręczniki (a June się przez trzy tygodnie dziwiła po co nam tyle ręczników, od czwartku już się nie dziwi) i tamowaliśmy co dało się zatamować.

week4l

Dom przestał się ruszać, ale wiało dalej. Około trzeciej uspokoiło się na tyle że zasnęliśmy. Tylko po to by piętnaście minut później znowu się obudzić i znowu przeżywać ten wiatr.

O czwartej w końcu trochę zelżało, na tyle ze udało nam się zasnąć i spaliśmy do siódmej. Wtedy się zebraliśmy, zjedliśmy prowizoryczne śniadanie, a ja otworzyłem drzwi na klatkę i dotarło do mnie że unosi się gaz, więc kazałem June się ubierać, spakowałem jedzenie do plecaka, wzięliśmy jeszcze dwie duże butelki wody i ruszyliśmy na dół.

week4m

Na dole okazało się że właśnie rozpoczęła się akcja ewakuacyjna z powodu wycieku gazu. Akcja ewakuacyjna. Do teraz łapie mnie nerw gdy o tym myślę.

Wiecie jak wygląda akcja ewakuacyjna trzydziestoczteropiętrowego budynku w Chinach? Stoi sobie facet na dole z megafonem, nagrywa do niego wiadomość prosimy o opuszczenie budynku i chodzi z tym megafonem wokół bloku. Chciałbym żartować, naprawdę chciałbym, ale tyle jest tu warte ludzkie życie. Nagraną wiadomość, której na dwudziestym piętrze nie słychać.

week4n

June mi mówi że na naszym piętrze ktoś mieszka, jakaś kobieta z zagranicy. Nie wiem, nie widziałem. Może mieszka.

Zamiast siedzieć na miejscu chodzę wokół tej budynków robiąc zdjęcia, spotykam kobietę która opiekuje się mieszkaniami. Ona ani słowa po angielsku, ale mój chiński pozwolił mi zrozumieć że pyta się o tę kobietę. Wołam June. Zaraz przybiega i kierujemy się wszyscy do kierownika akcji ewakuacyjnej.  Wytłuszczamy sprawę, mówię że mogę na to dwudzieste piętro pójść i sprawdzić czy ta kobieta w ogóle tam jest. Nie, nie ma mowy, nie ma wstępu do budynku. Opiekunka mieszkań próbuje się kłócić, kierownik jest niewzruszony.

Pada drugi zwrot który ten kraj może zniszczyć meibanfa. Nic się nie da zrobić, więc nie ma co o tym myśleć. Tyle warte jest tu ludzkie życie.

week4r

June kłóci się dalej, mówi żeby chociaż pozwolił Jej nagrać wiadomość po angielsku, kierownik mówi że nie ma mowy bo są jeszcze Chińczycy w budynku.

June odchodzi zdenerwowana. Acha, czyli jesteśmy już na poziomie wojny rasowej, kliki w której jedno życie jest więcej warte od innego życia.

W końcu po godzinie kobieta wychodzi jak gdyby nigdy nic. Za nią schodzą jeszcze kolejni Chińczycy. Łącznie trwało to blisko dwie godziny, a wystarczyło posłać kilku chłopa by obskoczyli budynek i popukali do drzwi. Ludzkie życie nie jest jednak tyle warte. Jest warte nagrania wiadomości na megafon i chodzenia z nim w kółko.

Przeszliśmy się przespacerować. Drzewa były wszędzie, a ja byłem w błędzie. Te których kres zapowiadałem wytrzymały. Reszta nie. Tak to się znam na drzewach.

Na obiad czekaliśmy godzinę. Inni też. Jedyne restauracje które były otwarte to te które miały gaz. Oczywiście działo się to co normalnie dzieje się gdy popyt przerasta podaż czyli ilu ludzi chce wejść? TYLKO DWOJE!? Nie zawracajcie mi głowy! Czy nagły wzrost cen wody co osobiście uważam że największe możliwe złodziejstwo. O ile podnoszenie cen jedzenia i serwowanie go jedynie dużym grupom jest karygodne to nie boli mnie tak bardzo jak podnoszenie cen wody, bo jednak bez jedzenia da się przeżyć i w ostateczności zjesz coś zimnego bo sklepy sprzedają ciastka czy inne pierdoły, ale bez wody przeżyć się tak długo nie da. Zwłaszcza w takim klimacie. Ale oczywiście chciwość zwycięża.

Noc spędziliśmy w domu, najpierw wnieśliśmy kilka butelek wody, a potem no cóż. Mycie się zimną wodą.  Wnoszenie wody na dwudzieste piętro to świetne ćwiczenie na łydki jak się okazuje. Włączę je do swojego porannego zestawu. Na szczęście z chęci, a nie z musu.

Noc minęła spokojnie. Na szczęście.

Z samego rana ruszyłem biegać. Tajfun mnie powstrzymał, ale skoro tajfun się skończył to pora wrócić na szlak.
Ruszyłem i po dwóch minutach leżałem. Nigdzie nie ma świateł, jedynie czołówka i wystający pręt który mi umknął. Zdenerwowany postanowiłem wrócić do domu, ale nagle się rozpogodziło, więc ruszyłem przed siebie. Wszędzie drzewa, drogi poblokowane, często trzeba między nimi przeskakiwać, jeszcze częściej zamiast po chodniku trzeba biec po drodze a i to wiele nie pomaga.

Miałem jednak cel w tym moim bieganiu, miałem znaleźć wodę. Znalazłem. Pierwszy sprzedawca liczył sobie 3,5 RMB za butelkę półlitrową, czyli był to jeden z tych którzy chcą się dorobić na ludzkim pragnieniu.

Drugi był uczciwy. Sprzedawał półlitrowe butelki po 1 RMB. Od niego kupiłem siedem butelek i z nimi pobiegłem do domu.

Śniadanie i obiad zjedliśmy na kampusie. A do 18 siedzieliśmy u June w pracy.

Wróciliśmy do domu i już było po wszystkim. Wróciła woda i prąd. Nie było i dalej nie ma internetu, ale woda i prąd już są. Zajęło to znacznie mniej czasu niż sądziłem bo liczyłem na to że zajmie to z tydzień, ale jednak nie. Dobrze jest się dać tak zaskoczyć.

Dzisiaj, w sobotę, drogi były już bardziej przejezdne, chodniki jeszcze poblokowane i usuwanie zniszczeń pewnie trochę potrwa, w końcu poprzewracane są chyba wszystkie drzewa w Xiamen, a przede wszystkim trzeba zająć się wyspą bo to na niej znajduje się wszystko to co najważniejsze, wszystkie inne dzielnice to ledwie dodatek.

Gdzieś w tym wszystkim zrozumiałem po raz kolejny jak bardzo ważne jest w tym wszystkim nastawienie, bo gdy ja cieszyłem się że oboje z June przeżyliśmy cali i zdrowi i mamy co jeść i co pić niektórzy narzekali że chcieliby wziąć prysznic, chociaż ostatni brali raptem przedwczoraj.  Coraz częściej wydaje mi się że dużo ludzi ma spory problem z hierarchią tego co w życiu jest ważne.

Z kronikarskiego obowiązku – najgorszy tajfun od 1949 kiedy to zaczęto informacje o tajfunach zapisywać, status super tajfunu, wiatr dochodził do 11 w skali Beauforta, ale na szczęście nie ma informacji o ofiarach.

A jeszcze post scriptum, dzień po tajfunie June musiała iść do pracy i część rodziców wysłała swoje dzieciaki do tej dodatkowej szkoły. Tajfun lub nie, mamy wodę lub nie, mamy elektryczność lub nie – masz iść się uczyć. Ludzie mają solidny problem z priorytetami w życiu.