Tydzień czwarty

Fire!

Nauka języków obcych to często nie lada wyzwanie. O ile jeszcze w przypadku języków z jednej rodziny jakoś nauka słówek i nawet gramatykę da się przełknąć, o tyle w przypadku języków z zupełnie innej rodziny sprawa się utrudnia.

Weźmy sobie takie proste słowo jak człowiek. Człowiek po chińsku pisze się tak 人. No i trzeba to jakoś zapamiętać, więc wyobrażamy sobie człowieka stojącego w rozkroku z rękami ułożonymi wzdłuż ciała. Tyle tylko że to dopiero początek, bo przecież jakoś to trzeba wymówić. A wymawia się to rén gdzie ta mała kreseczka nad e oznacza że ton głosu ma się nam podnosić (wyobraźcie sobie że zadajecie pytanie, to trochę pomaga). Teraz trzeba to jakoś zapamiętać.

p1240106

Załóżmy że ten element mamy za sobą, pójdźmy więc kawałek dalej i dodajmy dwie kreski z boków tego człowieka 火 i oto mamy ogień. No to co? Człowiek na stosie? Iskry unoszące się przy człowieku? Człowiek się pali i macha rękami? A to tylko znak, bo jeszcze dochodzi wymowa czyli huǒ z tonem opadająco rosnącym (pytanie zaczynające się od niedowierzania).

I takie rzeczy są do zapamiętania gdy człowiek uczy się chińskiego. Oczywiście z czasem idzie łatwiej i tak na przykład mamy wulkan. Wulkan jest po chińsku bardzo przystępny bo to raptem dwa symbole: 火山, czyli znane nam już火huǒ  i 山shān (z tonem głosu wysokim i stałym, powiedzmy ostatnie do w solfeżu), czyli ogień i góra. No to ma sens, bo góra z ogniem to wulkanem. Logiczne.

p1240107

Weźmy drugi przykład: 火车, czyli火huǒ  i 车chē (jak się domyślacie pionowa kreska oznacza ten sam ton co w przypadku góry), czyli samochód. Samochód na ogień to rzecz jasna pociąg. Pierwsze pociągi to oczywiście parowozy, więc skojarzenie dość naturalne. Mało kto wtedy myślał żeby tworzyć coś w rodzaju, nie no dobra oszczędzę Wam i sobie tego jak wygląda para po chińsku, to nie mój poziom, w każdym razie ogień i samochód daje nam pociąg i to też jest logiczne.

Kolejny przykład, tym razem pójdziemy już poziom wyżej: 火箭. 火huǒ   znamy i pamiętamy, a箭  jiàn (ton opadający więc wyobraźmy sobie że groźnie mówimy ‘no!’) to strzała. Mamy więc ogniową strzałę. Ogniowa strzała to rakieta. Co właściwie też jakoś można sobie uzasadnić, w końcu rakiety to takie nowoczesne strzały a przy wystrzeliwaniu czasem pojawia się ogień, no więc okej – logiczne.

week4a

I tak gdy coś jest logiczne to jest to łatwo zapamiętać. Łatwo jest sobie stworzyć w głowie od początku do końca powiązania myślowe i jakoś te słówka kojarzyć. Oczywiście na początku jest ciężko w końcu wszystko jest nowe, ale z czasem idzie coraz to łatwiej.

Aż do momentu gdy pojawia się takie cholerstwo jak 火鸡, czyli ogień i kurczak. Ogień i kurczak? Znaczy co, że grillowany kurczak? Inna nazwa na KFC? Kurczak z rożna? Jakieś tradycyjne danie? Kurczak zakopywany w popiele? Kurczak wędzony? Może wręcz przypalony kurczak?

Nie. Indyk. Ognisty kurczak to indyk. Czasem moja głowa jest za mała na ten język.

Tajfun

Miał uderzyć już w środę. Szczęśliwie nie uderzył. Albo nieszczęśliwie. Szczęśliwie bo udało mi się zrobić fajny trening, nieszczęśliwie bo go zlekceważyliśmy.

Nie tylko my.

week4b

Uderzył w czwartek nad ranem, w święto środka jesieni. Chińczycy śmieją się przez łzy że do tej pory bóg wody chronił Xiamen, a z okazji święta udał się na księżyc do Chang’e.

O drugiej nad ranem obudziła mnie June, a może to nie ona lecz kiwające się łóżko? Gdy w lutym na Tajwanie zatrząsała się ziemia nie czułem nic, jedynie słyszałem jak moje medale o siebie uderzają. Tym razem nie dość że czułem jak łózko się trzęsie, jak medale tłuką się o siebie to gdy wstałem czułem jak ruszam się stojąc w miejscu. Travelling without moving.  Wyciągnąłem aparat i zrobiłem zdjęcie budynkom z naprzeciwka przez szybę.
Jest we mnie nutka szaleństwa ale nie na tyle mocna by wyjść wtedy na balkon. Nie wiem czy bardziej dlatego że słyszałem jak wiatr wieje i deszcz wali w szyby czy dlatego że nagle nasza klimatyzacja się poruszyła i stanęła blisko ściany, bo wiatr najzwyczajniej w świecie wyrwał ją z zewnątrz.
No dobrze, wyrwał to mocne słowo, zrzucił. Bo mógłbym napisać że te klimatyzacje były czymś przymocowane, ale to Chiny, tutaj panuje chabuduo, czyli po naszemu jako takizm, jeżeli jest jako tako to po co dążyć do tego by było lepiej? Są pogłoski że kiedyś chabuduo zniszczy ten kraj, ale dopóki jest chabuduo to po co się martwić?

week4i

W każdym razie o drugiej nad ranem pożegnaliśmy się z prądem. Nie tylko my. Cała ulica. Całe miasto się z nim pożegnało.

Woda też przestała lecieć z kranów, ale skoro jeszcze przez 36 godzin z rury na czwartym piętrze wyrastała fontanna to nie było jednak tak źle.

Wiało i padało, pod każdym z okien układaliśmy gazety, ręczniki (a June się przez trzy tygodnie dziwiła po co nam tyle ręczników, od czwartku już się nie dziwi) i tamowaliśmy co dało się zatamować.

week4l

Dom przestał się ruszać, ale wiało dalej. Około trzeciej uspokoiło się na tyle że zasnęliśmy. Tylko po to by piętnaście minut później znowu się obudzić i znowu przeżywać ten wiatr.

O czwartej w końcu trochę zelżało, na tyle ze udało nam się zasnąć i spaliśmy do siódmej. Wtedy się zebraliśmy, zjedliśmy prowizoryczne śniadanie, a ja otworzyłem drzwi na klatkę i dotarło do mnie że unosi się gaz, więc kazałem June się ubierać, spakowałem jedzenie do plecaka, wzięliśmy jeszcze dwie duże butelki wody i ruszyliśmy na dół.

week4m

Na dole okazało się że właśnie rozpoczęła się akcja ewakuacyjna z powodu wycieku gazu. Akcja ewakuacyjna. Do teraz łapie mnie nerw gdy o tym myślę.

Wiecie jak wygląda akcja ewakuacyjna trzydziestoczteropiętrowego budynku w Chinach? Stoi sobie facet na dole z megafonem, nagrywa do niego wiadomość prosimy o opuszczenie budynku i chodzi z tym megafonem wokół bloku. Chciałbym żartować, naprawdę chciałbym, ale tyle jest tu warte ludzkie życie. Nagraną wiadomość, której na dwudziestym piętrze nie słychać.

week4n

June mi mówi że na naszym piętrze ktoś mieszka, jakaś kobieta z zagranicy. Nie wiem, nie widziałem. Może mieszka.

Zamiast siedzieć na miejscu chodzę wokół tej budynków robiąc zdjęcia, spotykam kobietę która opiekuje się mieszkaniami. Ona ani słowa po angielsku, ale mój chiński pozwolił mi zrozumieć że pyta się o tę kobietę. Wołam June. Zaraz przybiega i kierujemy się wszyscy do kierownika akcji ewakuacyjnej.  Wytłuszczamy sprawę, mówię że mogę na to dwudzieste piętro pójść i sprawdzić czy ta kobieta w ogóle tam jest. Nie, nie ma mowy, nie ma wstępu do budynku. Opiekunka mieszkań próbuje się kłócić, kierownik jest niewzruszony.

Pada drugi zwrot który ten kraj może zniszczyć meibanfa. Nic się nie da zrobić, więc nie ma co o tym myśleć. Tyle warte jest tu ludzkie życie.

week4r

June kłóci się dalej, mówi żeby chociaż pozwolił Jej nagrać wiadomość po angielsku, kierownik mówi że nie ma mowy bo są jeszcze Chińczycy w budynku.

June odchodzi zdenerwowana. Acha, czyli jesteśmy już na poziomie wojny rasowej, kliki w której jedno życie jest więcej warte od innego życia.

W końcu po godzinie kobieta wychodzi jak gdyby nigdy nic. Za nią schodzą jeszcze kolejni Chińczycy. Łącznie trwało to blisko dwie godziny, a wystarczyło posłać kilku chłopa by obskoczyli budynek i popukali do drzwi. Ludzkie życie nie jest jednak tyle warte. Jest warte nagrania wiadomości na megafon i chodzenia z nim w kółko.

Przeszliśmy się przespacerować. Drzewa były wszędzie, a ja byłem w błędzie. Te których kres zapowiadałem wytrzymały. Reszta nie. Tak to się znam na drzewach.

Na obiad czekaliśmy godzinę. Inni też. Jedyne restauracje które były otwarte to te które miały gaz. Oczywiście działo się to co normalnie dzieje się gdy popyt przerasta podaż czyli ilu ludzi chce wejść? TYLKO DWOJE!? Nie zawracajcie mi głowy! Czy nagły wzrost cen wody co osobiście uważam że największe możliwe złodziejstwo. O ile podnoszenie cen jedzenia i serwowanie go jedynie dużym grupom jest karygodne to nie boli mnie tak bardzo jak podnoszenie cen wody, bo jednak bez jedzenia da się przeżyć i w ostateczności zjesz coś zimnego bo sklepy sprzedają ciastka czy inne pierdoły, ale bez wody przeżyć się tak długo nie da. Zwłaszcza w takim klimacie. Ale oczywiście chciwość zwycięża.

Noc spędziliśmy w domu, najpierw wnieśliśmy kilka butelek wody, a potem no cóż. Mycie się zimną wodą.  Wnoszenie wody na dwudzieste piętro to świetne ćwiczenie na łydki jak się okazuje. Włączę je do swojego porannego zestawu. Na szczęście z chęci, a nie z musu.

Noc minęła spokojnie. Na szczęście.

Z samego rana ruszyłem biegać. Tajfun mnie powstrzymał, ale skoro tajfun się skończył to pora wrócić na szlak.
Ruszyłem i po dwóch minutach leżałem. Nigdzie nie ma świateł, jedynie czołówka i wystający pręt który mi umknął. Zdenerwowany postanowiłem wrócić do domu, ale nagle się rozpogodziło, więc ruszyłem przed siebie. Wszędzie drzewa, drogi poblokowane, często trzeba między nimi przeskakiwać, jeszcze częściej zamiast po chodniku trzeba biec po drodze a i to wiele nie pomaga.

Miałem jednak cel w tym moim bieganiu, miałem znaleźć wodę. Znalazłem. Pierwszy sprzedawca liczył sobie 3,5 RMB za butelkę półlitrową, czyli był to jeden z tych którzy chcą się dorobić na ludzkim pragnieniu.

Drugi był uczciwy. Sprzedawał półlitrowe butelki po 1 RMB. Od niego kupiłem siedem butelek i z nimi pobiegłem do domu.

Śniadanie i obiad zjedliśmy na kampusie. A do 18 siedzieliśmy u June w pracy.

Wróciliśmy do domu i już było po wszystkim. Wróciła woda i prąd. Nie było i dalej nie ma internetu, ale woda i prąd już są. Zajęło to znacznie mniej czasu niż sądziłem bo liczyłem na to że zajmie to z tydzień, ale jednak nie. Dobrze jest się dać tak zaskoczyć.

Dzisiaj, w sobotę, drogi były już bardziej przejezdne, chodniki jeszcze poblokowane i usuwanie zniszczeń pewnie trochę potrwa, w końcu poprzewracane są chyba wszystkie drzewa w Xiamen, a przede wszystkim trzeba zająć się wyspą bo to na niej znajduje się wszystko to co najważniejsze, wszystkie inne dzielnice to ledwie dodatek.

Gdzieś w tym wszystkim zrozumiałem po raz kolejny jak bardzo ważne jest w tym wszystkim nastawienie, bo gdy ja cieszyłem się że oboje z June przeżyliśmy cali i zdrowi i mamy co jeść i co pić niektórzy narzekali że chcieliby wziąć prysznic, chociaż ostatni brali raptem przedwczoraj.  Coraz częściej wydaje mi się że dużo ludzi ma spory problem z hierarchią tego co w życiu jest ważne.

Z kronikarskiego obowiązku – najgorszy tajfun od 1949 kiedy to zaczęto informacje o tajfunach zapisywać, status super tajfunu, wiatr dochodził do 11 w skali Beauforta, ale na szczęście nie ma informacji o ofiarach.

A jeszcze post scriptum, dzień po tajfunie June musiała iść do pracy i część rodziców wysłała swoje dzieciaki do tej dodatkowej szkoły. Tajfun lub nie, mamy wodę lub nie, mamy elektryczność lub nie – masz iść się uczyć. Ludzie mają solidny problem z priorytetami w życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.