Tydzień osiemnasty i dziewiętnasty

Minęło nam przesilenie zimowe, czyli dzień będący najkrótszym dniem w roku. Dzień który zwiastuje początek czegoś nowego, bo to on zaczyna okres w którym noce stają się coraz krótsze. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce jak robiło się ciemno o 17, tak robi się ciemno o 17 a słońce nie wstaje przed 630, ba…coraz bardziej zbliża się do wstawania bliżej 7. Strasznie leniwe to słońce.
Niestety już za parę miesięcy takie leniwe nie będzie i zacznie wstawać coraz wcześniej, a gdy tylko wstanie to będzie prażyć. Czyli czeka mnie powtórka z zeszłego roku.

No dobrze, było to przesilenie zimowe, którego my w Polsce w ogóle nie obchodzimy, ot po prostu jest i tyle. W Chinach natomiast jest to dzień jedzenia pierogów. Na północy lepi się pierogi z mięsem i warzywami, a na południ lepi się pierogi z czymś słodkim w środku. Gdy nadejdzie święto smoczych łodzi trochę to się odwróci i na północy będą jeść ryż z czymś słodkim, a na południu ryż z mięsem.

No dobrze, trzeba te pierogi ulepić prawda? Można też kupić i mnóstwo ludzi tak robiło, ale my z June już trzeci rok z rzędu lepiliśmy.

 

Egzaminy minęły w tygodniu dziewiętnastym, teraz jeszcze tylko dwa główne we wtorek i czwartek a potem sześć tygodni wolnego. Niestety June wolnego dostanie może tydzień i będzie to czas kiedy udamy się do teściów.  Z tym to też są jaja, jak prawie co roku, bo biletów nie ma, więc czeka nas podróż do jednego miasta, potem do drugiego (to będzie najdłuższy odcinek), a potem stamtąd do Luoyang, skąd już niedaleko do rodzinnej wioski June.

Najdłuższy odcinek potrwa chyba 17 godzin, w dodatku na siedząco, ale przynajmniej będziemy na miejscu w przededniu nowego roku i będziemy mogli go godnie celebrować. Czyli powinno być fajnie.  Będziemy w tym roku odwiedzać rodzinę, bo rok temu nie odwiedzaliśmy. Będą nam też dawać pieniądze, które pewnie będziemy oddawać teściowej, ale to w sumie norma, więc nie ma co narzekać.

 

Poprzedni rok był największym objętościowo dla mnie. Przebiegłem 4092 kilometry, czyli o ponad 400 więcej niż w 2011 i o ponad 1000 więcej niż w 2015. Czyli wielka progresja. Dwa razy pobiłem swój rekord życiowy w maratonie który teraz wynosi 3:28 bodajże. Nie ma się czym chwalić, ale fajnie że po 5 latach ten wynik został poprawiony. W 2017 pewnie go nie pobiję, ale w 2018 kto wie. Przebiegłem też 2 maratony i jeden ultramaraton, czyli fajnie. Zwłaszcza że udało mi się tym razem ultra ukończyć. Na 2017 zaplanowany mam kolejny maraton i kolejne ultra, tym razem trochę dłuższe bo 68 kilometrów. Plan jest taki żeby trzymać się tych długich wybiegań, a powinno być dobrze.

 

Plany na 2017 są proste: wrócić do Polski, wskoczyć z Chińskim na wyższym poziom, robić lepsze zdjęcie, lepiej pisać i biegać około 300 kilometrów miesięcznie (z wyjątkiem stycznia i lutego)

 

A teraz coś o czym nie lubię pisać, bo chociaż Chiny potrafią kopnąć człowieka w pupę, to jednak życie tutaj jest całkiem okej, jeżeli się zbyt wiele od niego nie wymaga.

W piątek po egzaminach poszliśmy z June do apteki kupić leki bo jakiś wirus mnie dopadł i nie chce puścić. Wychodząc z apteki zobaczyłem jak kobieta stoi pod ścianą i myje warzywa. Kurtka czerwona, ściana szaro bura, więc kolorystycznie wyglądało to ciekawie. Klęknąłem i zacząłem szukać ostrości, a gdy w końcu zrobiłem zdjęcie i odsunąłem od twarzy aparat przeleciał obok mnie nóż.
Kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Ze sklepu obok wyskoczył mężczyzna i zaczął krzyczeć, June zaczęła krzyczeć, kobieta myjąca warzywa obróciła się i zaczęła krzyczeć. Zrozumiałem tyle że nie życzą sobie bym zachował to zdjęcie więc je usunąłem. Zrobiłem to jeszcze zanim mężczyzna do mnie dobiegł i chwycił mnie za rękaw. Dalej krzyczał, wiele przekleństw po chińsku nie rozumiem, ale te które rozumiem usłyszałem, po chwili facet odszedł, pokazałem kobiecie aparat i pokazuje że zdjęcia nie ma, June ich przeprosiła, ale chwile potem facet znowu wyszedł i zaczął krzyczeć na mnie i na June. Żona moja zadzwoniła na policję bo przecież zostaliśmy zaatakowani nożem. Ludzie z okolicznych sklepów zaczęli wychodzić i odciągać nas od tego faceta mówiąc żebyśmy sobie poszli bo on jest chory psychicznie i lepiej to po prostu zostawić.
W końcu przyszła policja, spytała co się stało:
– Mężczyzna rzucił w nas nożem.
– Ktoś jest ranny?
– Nie.
– To od czego się zaczęło?
– On mi zrobił zdjęcie.
– Uuu zdjęcie, chcę je zobaczyć. (pokazuje)  No ale tego zdjęcia nie ma.
– No nie ma, bo oni chcieli żeby je usunąć.
– No to o co chodzi?
– ON RZUCIŁ W NAS NOŻEM!
– Ale nikomu nic się nie stało, tak?
– No tak.
– No to powiedz mężowi żeby pytał ludzi o pozwolenie zanim zrobi im zdjęcie.
I tyle. Spisali notatkę i pojechali. Czyli policja jest, ale równie dobrze mogłoby jej nie być. Zdaję sobie sprawę że kobieta mogła sobie nie życzyć by robić jej zdjęcie, bo sam sobie czasem nie życzę, a ludzie i tak robią, ale wystarczy powiedzieć.

I to jest jeden z powodów dla których wracamy do Polski, przynajmniej na jakiś czas.

4 myśli w temacie “Tydzień osiemnasty i dziewiętnasty”

  1. „I to jest jeden z powodów dla których wracamy do Polski, przynajmniej na jakiś czas.”

    Myślicie o czymś dłuższym niż tylko wakacyjnej wizycie?

    Pozdrowienia :)

  2. W takim razie, już nie ograniczany krótkim urlopem, koniecznie będziesz musiał odwiedzić naszą malowniczą wieś :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.