Marzec ’14

Rozgwiazda

Pewnego dnia szedłem po plaży. Był to poranek po strasznym sztormie i jak to po sztormie na plaży znajdowała się cała chmara rozgwiazd. Rozciągały się aż po horyzont, a nie jest to nigdy widok przyjemny bowiem rozgwiazdy nie potrafię żyć poza wodą. Część z nich zostanie pochłonięta przez fale i wróci do morza, ale większość jest już skazana na śmierć. Skazana z nie swojej winy, bo przecież niczemu ani nikomu nie zawiniły.
Po kilkunastu minutach spaceru gdzieś w oddali zauważyłem coś. Coś się ruszało i stopniowo zbliżaliśmy się do siebie. Moje oczy nie są już najlepsze, ale zauważyłem że coś to osoba, która co parę kroków się zatrzymuje. Im byliśmy bardziej bliżej tym dostrzegałem więcej szczegółów. Osoba okazała się być chłopakiem, młodym, niezbyt wysokim, który zatrzymywał się co kilka kroków, kucał, podnosił rozgwiazdę, po czym wstawał i wrzucał ją do morza. Robił to pomimo młodego wieku i mając z pewnością lepsze zajęcie niż wrzucanie rozgwiazd do morza. Nie potrafił Go zrozumieć, przecież to takie bezsensowne. Te stworzenia są już skazane na śmierć. On i tak nic nie zmieni. Dlatego też gdy w końcu zbliżyliśmy się do siebie zapytałem go:
– Dlaczego wrzucasz te rozgwiazdy do morza?
– Bo mogę je uratować.
– Ale nie uratujesz wszystkich, to co robisz nie ma żadnego znaczenia.
Chłopak spojrzał na mnie, po czym kucnął, podniósł jedną z rozgwiazd, wstał i wrzucił ją do morza.
– Dla niej miało to ogromne znaczenie.

Sowie oczy

Był to jesienny wieczór. Najlepszy okres jesieni, gdy lato jeszcze leniwie się przeciąga i nie za bardzo chce odejść, ale liście na drzewach już mienią się mnogością kolorów. Już są złote, czerwone, ale jeszcze widać niechętną do odejścia zieleń. Wiatr nie jest jeszcze mocny, ale pomaga liściom śpiewać swoje jesienne piosenki. Te same od lat, opowiadające o tym że warto od wyjść na spacer. Ciągle można nosić lekkie ubrania, chociaż wieczorem trzeba już ubrać coś więcej.
Właśnie skończył długi dzień w pracy. Pracy którą kochał, ale która chociaż dawała mu radość psychiczną męczyła go fizycznie. Pomimo tego zmęczenia posłuchał liści śpiewających o spacerze i postanowił wykorzystać ostatnie dni przyjemnej jesieni i ruszył na wieczorny spacer po mieście. Ciężko dokładnie wyjaśnić dlaczego wybrał miasto zamiast parku do którego chodził często, czasem najzwyczajniej w świecie odczuwamy potrzebę zrobienia czegoś i to robimy. Czujemy że musimy coś zrobić i robimy to nie myśląc o konsekwencjach. W pewnym sensie była to właśnie taka sytuacja.
Największą różnicą między spacerem w mieście a w parku są światła na przejściach na pieszych. Nie jest to nigdy nic przyjemnego, ale jesteśmy zobligowani  do zatrzymywania się i czekania. Miał taki mały zwyczaj by w czasie czekana na zielone światło wypatrywać krokodyli. Ludzie myślą, że ponieważ myślisz w kraju w którym krokodyle nie żyją na wolności to nigdy żadnego nie spotkają na ulicy, a już na pewno nie gdy czekają na zmianę światła. On sam uważał że nigdy nie można być zbyt pewnym takich rzeczy, dlatego zawsze wypatrywał krokodyli bo mogą one zrobić komuś krzywdę.
Stojąc i wypatrując krokodyli przeszyło go uczucie które już kiedyś odczuł, ale było to na tyle rzadkie i niespotykane dla niego że w ruch ruszyły pierwotne instynkty, które po kilku sekundach dostarczyły informację o tym co to za uczucie. Ktoś mu się przyglądał.
Początkowo myślał, że to krokodyl go zauważył, ale druga myśl powiedziała mu ze krokodyle mają słaby wzrok i nie za bardzo przejmują się kimś kto się nie rusza. Jego wzrok podążał w lewo i w prawo, ale nic nie przykuło jego uwagi. Uczucie coraz bardziej wzbierało na sile i wtedy właśnie postanowił spojrzeć w dół.
Stała przed nim dziewczyna o oczach olbrzymich jak oczy sowie. Uśmiechała się.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.